Kompozycja z kulek naftaliny

Kompozycja z kulek naftaliny

Michał Oleszczyk

Nagrodzony Złotą Palmą „Zimowy sen” Ceylana rozgrywa się prawie w całości we wnętrzach hotelowych. Mają one w sobie pewną przytulność, ale cała warstwa obrazowa filmu trąci nieznośnym banałem

Jeszcze 1 minuta czytania

Całym sobą pragnąłem, by „Zimowy sen” okazał się arcydziełem na miarę – a może wręcz prześcigającym – „Uzaka” i „Pewnego razu w Anatolii”. Niestety, trwający 3 godziny i 16 minut intymny dramat, umiejscowiony w niewielkim hoteliku gdzieś w Anatolii i skupiający się na postaci Aydina – emerytowanego aktora, zarazem nobliwego i irytującego w swej łagodnej mitomanii – okazał się rozczarowaniem. Wrażenia, jakie wyniosłem z seansu, można porównać do blisko czterogodzinnego wdychania pełną piersią ułożonych w kunsztowną kompozycję kulek naftaliny.

Aydin prowadzi swój hotel, zbiera materiały do książki o historii teatru tureckiego („Mam już wszystko, teraz tylko usiąść i napisać!”), stara się dogadywać z krytyczną wobec niego siostrą i z dużo młodszą piękną żoną. Jest zadowolonym z siebie przedstawicielem świeckiej inteligencji w kraju muzułmańskim: człowiekiem jednocześnie sumiennym i małodusznym, lubiącym dźwięk własnego głosu i mającym o sobie wysokie mniemanie.

Film zaczyna się od kryzysu: oto mały chłopiec z pobliskiej wioski (jego ojciec wynajmuje jedno z mieszkań należących do Aydina) rozwala wielkim kamieniem szybę w samochodzie zarządcy. Ten pojedynczy incydent zostaje przez Ceylana rozpisany na ciąg zazębiających się zdarzeń, ale fabuła jest tu tylko pretekstem do długich (naprawdę długich) rozmów, które na początku pobrzmiewają Rohmerem, ale w końcu ujawniają bezwstydną ambicję naśladowania Czechowa. Nie dziwi to, skoro Ceylan dedykował „Majowe obłoki” (1999) właśnie jemu, a jego filmy uparcie wracają do tematu rozczarowania życiem i postaci nadambitnych marzycieli, mierzących się boleśnie z brakiem geniuszu i równocześnie poszukujących zgody z niedoskonałym światem.

Elementy, które stanowiły o sile poprzednich filmów Ceylana – natchnione używanie kontemplacyjnej ciszy, opóźnianie akcji, wtapianie figur ludzkich w ogromne przestrzenie – tutaj schodzą na dalszy plan, czasem znikając niemal całkowicie. Nakręcony na szerokiej taśmie film rozgrywa się prawie w całości we wnętrzach hotelowych i mimo że mają one w sobie pewną przytulność, cała warstwa obrazowa trąci nieznośnym banałem. Dialogi brzmią tak, jakby pisane były z jednym okiem utkwionym w egzemplarzu „Wujaszka Wani”, skutkiem tego jest brak swobody i sentencjonalność. Całość przypomina nieco bergmanowskie filmy Woody’ego Allena w typie „Wnętrz”, „Września” czy „Innej kobiety”, w których reżyser upierał się, by pracować na przekór własnym talentom i dokonywać zeligowskiej z ducha podmiany własnej tożsamości.

„Zimowy sen”, reż. Nuri Bilge Ceylan.
Francja, Niemcy, Turcja 2014,
w kinach od 24 października 2014 
Ta podmiana Ceylanowi się nie udaje: film ma być portretem człowieka niezdolnego do samokrytyki, ale ze sceny na scenę wygląda dokładnie tak, jakby wyreżyserował go sam Ayidin. Nie ma tu autentycznej próby zdystansowania się do tej zadufanej w sobie, liberalno-artystycznej wrażliwości, która każe samemu Ceylanowi umieszczać w filmie symboliczne uwolnienie dzikiego konia w środku nocy albo półgodzinną dyskusję o braku oporu wobec zła, która naprawdę nie jest aż tak zajmująca, jak reżyserowi się wydaje. Film krytykuje Aydina, nie wychodząc ani na milimetr z paradygmatu, który wyznacza ramy światopoglądu głównego bohatera.

Po trzech godzinach z okładem zostajemy z posmakiem czegoś lekko stęchłego: potrawy przepełnionej dobrymi intencjami, ale wykalkulowanej aż do bólu, film przypomina pracę zaliczeniową na egzaminie ze współczucia stosowanego. Wydaje się, że Ceylan zbyt uparcie celował w tym filmie w arcydzieło, by w pełni zaufać swoim instynktom – nakręcił film dla nagrody, tak jak kujon robi coś dla stopnia.