No future
Alberto Cerriteño / Flickr Attribution-NonCommercial-NoDerivs 2.0 Generic

No future

Maciej Jakubowiak

Zdolność do przekraczania zastanego porządku bywa brana za definicję tego, co literackie. Engelking i Zygmunt w swoich futurologicznych powieściach złowieszczo negują jednak samą możliwość pomyślenia zmiany

Jeszcze 3 minuty czytania

Jeśli uzasadnienie dzisiejszego resentymentu jest jedyną rzeczą, jakiej oczekujemy od przyszłości, to naprawdę przyszło nam żyć w smutnych czasach. Oznacza to bowiem nie tylko rezygnację z jakichkolwiek możliwości krytycznego oporu, ale również potwierdzenie słuszności panującego porządku. Nie dość, że jesteśmy bezsilni, to jeszcze pewnie wcale nie mamy racji. Powieści Wojciecha Engelkinga i Michała Zygmunta zadziwiająco podobnie zaświadczają o ostatecznym wyczerpaniu się wyobraźni utopijnej.

Przyszłość, nie tak znowu odległa, zostaje tu pomyślana jako zwieńczenie trwającej współcześnie katastrofy. Engelking i Zygmunt próbują więc pokazać, co może się stać, jeśli sprawy dalej będą się toczyć tak, jak się toczą. Jest to zadanie o tyle trudne, że wymaga przede wszystkim rozpoznania tego, jak się sprawy toczą, a więc postawienia diagnozy teraźniejszości. To zresztą pomysł nienowy, bo przecież każda futurologiczna narracja opiera się na wyrazistej ocenie własnego punktu wyjścia. Czym innym był „Wehikuł czasu” H.G. Wellsa, jeśli nie krytyką stosunków klasowych panujących w wiktoriańskiej Anglii?

Wśród współczesnych pisarzy największe upodobanie dla tego rodzaju konstrukcji ma niewątpliwie Houellebecq. W „Cząstkach elementarnych” czy w „Możliwości wyspy” oddaje głos narratorom z przyszłości, którzy relacjonują dzieje XX-wiecznych bohaterów z perspektywy zagłady, nieuchronnej konsekwencji procesów niefortunnie zapoczątkowanych w przeszłości. Taki apokaliptyczny punkt widzenia sprawia, że porachunki Houellebecqa z nowoczesnością nabierają wymiaru totalnego. I właśnie autor „Platformy” wydaje się patronem literackich projektów Zygmunta i Engelkinga. Co nie oznacza koniecznie, że udaje im się osiągnąć podobny stopień sugestywności.

Nie dziś

Wojciech Engelking, „(niepotrzebne
skreślić)”
. Świat Książki, 314 stron,
w księgarniach od września 2014
W „(niepotrzebne skreślić)” świat jutra, umiejscowionego gdzieś w drugiej połowie XXI stulecia, zostaje określony przez jeden wynalazek: „portal Fabuła” (zresztą co to za językowy potworek copywriterów przyszłości?) — połączenie Facebooka i Big Brothera. Za jego sprawą życie na Ziemi staje się przedmiotem voyeurystycznej obsesji o globalnym zasięgu. Konsekwencją likwidacji wszelkiej niejawności okazuje się radykalne odczarowanie świata, w którym pozostaje miejsce już tylko na bezpośrednie panowanie stosunków ekonomicznych: „Dziś wiemy, że tylko życie bogatych jest prawdziwym życiem: życiem, które się należy” — przyznaje głos jutra.

Do podobnego odczarowania dochodzi w „Nienawiści” Zygmunta, którego przyszłość oddalona jest od naszego dzisiaj o dokładnie siedemdziesiąt lat. Tyle jednak wystarcza, by globalny porządek gospodarczy uległ odwróceniu: najbogatszymi państwami świata są Mali i Algieria, a emigranci z Emiratów Arabskich szukają pomocy socjalnej w Polsce. Ta zmiana nie wywołuje jednak chaosu. Przeciwnie: hierarchie społeczne zyskują feudalną stabilność. Swoje miejsce na marginesie znają starikowie — niewygodny spadek z przeszłości, a do mało cenionych zadań przeznacza się hodowanych w fabrykach artyfiszali. Jak mówi jeden z bohaterów: „Nasze światy rozdziela żelazna bariera społecznej przydatności. W moim świecie jest angorska wełna i wody toaletowe o ciężkich, piżmowych zapachach. W ich krainie są salony z wnęką kuchenną o poszarzałych ścianach, na których znienacka, jak tutaj, wykwita krew…”. Polityczna stabilizacja okazuje się skutkiem rozwiniętych technologii zarządzania emocjami. Wyrugowanie ich wpływu z życia społecznego sprawia, że — podobnie jak u Engelkinga — opadają wszystkie zasłony i ujawnia się obiektywna zasada rzeczywistości: kapitał. Miłość natomiast staje się nazwą szalenie drogiej pigułki gwałtu.

Ani Zygmunt, ani Engelking nie przykładają się jednak specjalnie do powiązania projektu przyszłości z rozpoznaniami dotyczącymi współczesności. Bo i nie są to odważne i z rozmachem zarysowane nowe światy, ale raczej taka współczesność, tylko trochę później. Zresztą nie o to też tu chodzi. Przyszłość jest autorom potrzebna wyłącznie po to, by usytuować narrację poza dniem dzisiejszym, który jest właściwym przedmiotem ich zainteresowania.

Michał Zygmunt, „Nienawiść”.
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 200 stron,
w księgarniach od września 2014
Większe partie „Nienawiści” obejmują przytoczenia z dziennika prowadzonego na początku XXI wieku przez niejakiego Marka Polaka i jego żonę Teresę, ale obejmującego także, z niejasnych powodów, opowieść o losach Saszy, pracownika białoruskiej służby bezpieczeństwa. Dla bohatera z przyszłości te zapiski zyskują z czasem coraz większe znaczenie: „Właśnie dlatego — powiedziałem — powinniśmy czytać tę historię jak Biblię. W tych snach i wizjach, w tej psychoanalizie polskości, autor uzyskał świadomość ostatecznego rozkładu fundamentów oficjalnej narracji systemu, w którym musiał żyć” (pozostawiam już na boku brzmienie tego zdania, nadającego się raczej do rozprawki studenta trzeciego roku polonistyki niż do dialogu detektywów z przyszłości). Ta „psychoanaliza polskości” to w istocie nieprzerwany potok żółci wylewanej przez sfrustrowanych mieszkańców Warszawy, którzy z narastającą trudnością odnajdują się w późnokapitalistycznym wyścigu szczurów. Marek Polak jest inteligentnym mężczyzną, który jednak wobec obserwowanego wokół zidiocenia potrafi jedynie toczyć pianę na portalach społecznościowych. Jego żona natomiast podejmuje rozpaczliwe próby wytłumaczenia sobie, że poświęcenia macierzyństwa były jednak czegoś warte.

W książce Engelkinga opowieść z perspektywy bezlitosnej przyszłości dotyczy trzech młodych osób, które usiłują wejść w dorosłe życie w Warszawie. Pochodzący z dobrze sytuowanej warszawskiej rodziny Wiktor, doskonale pozbawiony wszelkich właściwości, pokonuje kolejne stopnie wtajemniczenia tylko po to, by z przerażeniem odkrywać, że rynek żąda wciąż więcej i więcej. Usiłuje on osiągnąć rodzaj małej stabilizacji w towarzystwie Beaty, która przyjechała do Warszawy z prowincji i opłaca swoich rodziców, żeby tylko za nią nie podążali. Przez chwilę wydaje się, że ona — zdeterminowany do osiągnięcia swoich celów „słoik” (zbadanie atrakcyjności tego określenia dla dzisiejszych przedstawień Warszawy jest zadaniem na inną okazję) — uczyni z Wiktora pełnoprawnego mieszkańca galopującego kapitalizmu, ale los, rynek pracy i system ubezpieczeń drwią z nich bezlitośnie. Największe drwiny dotykają jednak trzeciej bohaterki powieści, Weroniki — pochodzącej z rodziny, co prawda, warszawskiej, ale rozbitej i źle sytuowanej. Jej życie to pasmo nieszczęść i upokorzeń wynikających z braku pieniędzy, a kredytowany karnawał, który sobie w pewnym momencie funduje, prowadzi do spektakularnego upadku. Losy trojga bohaterów splatają się w dosyć groteskowy sposób, jednak ważniejsze okazuje się ich tło: demoniczny kapitalizm, wysysający ze swoich ofiar resztki sił życiowych.

Nic, które się nie zdarza

Stosunek do kapitalizmu w książce Engelkinga jest jednak co najmniej pokrętny. Wydaje się bowiem, że intencja autora jest krytyczno-prześmiewcza, a wykorzystywana obficie groteska ma obnażać alienujące działanie rynku. Pertraktacje Wiktora z ordynator w szpitalu czy seans poniżenia, jakiego doświadcza podczas rozmowy rekrutacyjnej Weronika, mogłyby się wpisywać w znaną skądinąd konwencję krytykowania przez obśmiewanie. Problem polega jednak na tym, że Engelking zdaje się wierzyć w nieuchronność tego, co chciałby skrytykować. Bezwzględny determinizm ekonomiczny, który rządzi w świecie jego powieści („Dzieci, które mają bogatych rodziców, na ogół dobrze się uczą” — przyznaje jeden z bohaterów), zostaje odtworzony w warstwie kompozycji samej powieści. Nie ma w niej bowiem miejsca na dystans niezbędny do pomyślenia o zmianie — nie pojawia się tu ani jedna postać, która wymykałaby się temu zdeterminowaniu, i ani jedno zdanie, które brzmiałoby nieprawomyślnie. Widać to świetnie w sposobach portretowania biednych: choć to niesprawiedliwy system redystrybucji dóbr ma być winien ich losu, to nie sposób znaleźć w powieści Engelkinga jednego miejsca, gdzie nie obowiązywałaby neoliberalna logika, obarczająca jednostkę odpowiedzialnością za jej życiowe niepowodzenia.

Przy tym wszystkim wszelkie myślenie o sposobach przekroczenia tej logiki okazuje się w powieści przejawem zwykłej naiwności. Powtarzana z uporem przez kilku bohaterów mantra: „Musi się coś zdarzyć” — z każdym kolejnym pojawieniem się brzmi coraz bardziej beznadziejnie, bo i coraz większej oczywistości nabiera fakt, że nic się nie wydarzy. W „(niepotrzebne skreślić)” to nic nie wydarza się przez całe dekady, w trakcie których staje się tylko bardziej namacalne. Niemożliwość wymknięcia się machinie kapitalizmu w powieściowej przyszłości staje się już niekwestionowalna.

Najmniejszych wątpliwości co do tego, że miotanie się w oporze przeciwko rynkowi do niczego nie może doprowadzić, nie mają też mieszkańcy przyszłości Zygmunta. Komentując dziennikowe zapiski, mówią: „Bo przecież on nie zdaje sobie sprawy, że nie jest podmiotem historii, którą najpewniej sam tworzy. Nie jest, jak sądzi, jej właścicielem, nie kontroluje jej w żadnym stopniu. Jest tylko jej bohaterem, kreowanym przez meandry rzeczywistości, ciskanym przez prawa losu tak, jak zapisze je niewidzialna ręka rynku”. Bezsilność Marka Polaka, która produkuje jedynie miazmaty jałowej nienawiści, staje się zasadą rzeczywistości.

Wprowadzenie w obu powieściach futurologicznej perspektywy, w której konflikty bohaterów z początku XXI wieku okazują się tylko naiwnym wierzganiem, jest niepokojąca dokładnie dlatego, że to właśnie przyszłość pozostawała zwykle przestrzenią myślenia o możliwości zmiany. I nie chodzi tu o naiwną „nadzieję na lepsze jutro”, ale o coś znacznie poważniejszego: samą umiejętność pomyślenia innego porządku. Literatura brała te zadania na siebie przynajmniej od początku nowożytności, projektując utopie i nieodłączne od nich dystopie. Zdolność do przekraczania zastanego porządku była nawet czasem brana za definicję tego, co literackie. Dlatego odmowa wyobrażenia sobie innej rzeczywistości, więcej nawet: zanegowanie samej możliwości pomyślenia zmiany, jest złowieszcze.

Utrata wiary w przyszłość przynosi również skutki dla samej literatury, która traci tym samym powody, by się do czytelnika zalecać. „Nienawiść” to zaledwie szkic powieści, w którym postaci i wątki pozostają nierozwinięte. Obraz przyszłości i sprawozdanie ze współczesności zostają sprowadzone do zbioru niepowiązanych ze sobą elementów, tak jakby autor chciał powiedzieć za dużo, ale żadnego ze zdań nie miał ochoty doprowadzać do końca. W konsekwencji, mówiąc słowami powieści, „wszystko zaczyna wyglądać jak w kiepskim pornosie”, w którym żadne związki fabularne między kolejnymi scenami nie są wymagane. Z kolei Engelking, choć wkłada nieco więcej pracy w skomponowanie spójnej narracji, to nieustannie polega na groteskowym przegięciu, które za którymś razem po prostu przestaje działać, bo też jest pójściem na pisarską łatwiznę. Podobnie zresztą jak powracające dowcipy toaletowe („Ja nie sram pieniędzmi! — wrzasnęła. — Ja tylko myję sracze!”). Engelking i Zygmunt piszą tak, jakby nie zależało im na tym, czy robią to dobrze, bo i tak nie ma to większego znaczenia.