Takie są zasady gry
„This War of Mine”

Takie są zasady gry

Paweł Schreiber

W bezlitosnej mechanice gry „This War of Mine” nie ma miejsca na rozterki – żeby grać skutecznie, trzeba o nich zapomnieć. Ale tu zapomnieć trudno

Jeszcze 1 minuta czytania

Po świecie chodzi wielu ludzi, którym się wydaje, że wojna przypomina grę komputerową. Książę Harry chwalił się swego czasu, że biegłość w graniu na konsoli pomaga mu w panowaniu nad uzbrojeniem helikoptera Apache. Operatorzy dronów zabijających dziesiątki niewinnych, żeby dotrzeć do jednego winnego, kierują swoimi maszynami za pomocą joysticków, oglądając na ekranie obrazy z ziem tak dalekich, że łatwo je uznać za wykreowane przez komputer złudzenie. Telewizja Russia Today zilustrowała swój materiał na temat dzieci wykorzystywanych w roli żołnierzy w konfliktach afrykańskich obrazem z gry „Metal Gear Solid V” – jak stwierdzili oskarżeni o kompromitującą pomyłkę realizatorzy, dokonano tego z pełną świadomością. Nie ma więc pewnie nic zaskakującego w tym, że ludzie z polskiej firmy 11bit Studios, twórcy gry „This War of Mine” również otwarcie sugerują, że wojna jest w gruncie rzeczy jak gra komputerowa. Może nawet właśnie dlatego udało im się stworzyć jeden z tych jej obrazów, które nie dają spokoju i na długo pozostają w pamięci.

„This War of Mine”, twórcy: 11 bit studios.
Gra dostępna od listopada 2014.
Miasto Pogoren, w którym rozgrywa się akcja „This War of Mine”, czerpie wiele z bardzo różnych konfliktów zbrojnych. Jego nazwa i imiona bohaterów sugerują skojarzenia z Bałkanami, ale ciągłe odwołania do „rebeliantów” i „sił rządowych” przywołują miasta dzisiejszej Syrii, a miejsce, gdzie gra powstała – Robinsonów próbujących przeżyć Powstanie Warszawskie. Takimi postaciami są bohaterowie „This War of Mine” – to nie żołnierze, którym niestraszny żaden wróg, ale cywile rozpaczliwie próbujący przeżyć.

Doświadczony gracz łatwo rozpozna konwencję, z której korzystają tu twórcy – do złudzenia przypomina powstające od kilku lat jak grzyby po deszczu surwiwalowe gry o zombie. Gromadka żyjących w ciągłym zagrożeniu postaci próbuje przeżyć w zrujnowanym mieście, zbierając resztki pożywienia, materiały, z których dałoby się zbudować choćby zaimprowizowaną broń i deski do zabicia dziur w ścianach, przez które ktoś mógłby się dostać do ich schronienia. Reguły przeżycia są proste: trzeba się skutecznie skradać, a kiedy zajdzie potrzeba – jeszcze skuteczniej zabijać. Trzeba wiedzieć, gdzie można zdobyć jedzenie, a gdzie papierosy, za które można sporo kupić. Z czego można przygotować wystarczająco pożywny posiłek. Jak opatrzyć ranę. Oczywiście, gra w przeżycie nie jest uczciwa – rządzi w niej przede wszystkim los, a wygrywa ten, kto najlepiej oszukuje.

Ale „This War of Mine” nie jest grą o zombie. Nie ma tu jasno zdefiniowanego, nieludzkiego wroga, którego można w poczuciu słuszności bezkarnie eksterminować. Mnóstwo za to sytuacji niejasnych i ludzi, którzy wcale wrogami być nie muszą, chociaż czasami, żeby przeżyć, trzeba ich jak wrogów potraktować. Nie przyjąć szukających schronienia, bo nie starczy dla nich żywności. Odmówić podzielenia się bandażami, bo mamy ich za mało nawet na własne potrzeby. Bezwzględnie okraść sąsiadów z resztek jedzenia, kiedy u nas wszyscy padają z głodu. A może nawet zabić, kiedy nikt nie patrzy. W szarym świecie „This War of Mine”, w którym ludzie to tylko drobne ciemne sylwetki poruszające się po ponurym, monochromatycznym tle, nikt, może poza samym graczem, kategorycznie nie osądza tego, co kto robi. Zbrodnia zawsze znajdzie jakieś usprawiedliwienie, a dobroć może się w końcu okazać przejawem naiwności, za który się drogo zapłaci.

Żeby grać skutecznie, trzeba zapomnieć o emocjach i rozterkach. Ale tu zapomnieć o nich trudno, choćby przez świadomość, ilu ludzi na świecie żyje w podobnych warunkach i według takich zasad. Postaci są w „This War of Mine” budowane bardzo umownie – czytamy kilka zdań o ich życiu przed wojną, a potem od czasu do czasu komentują wydarzenia i swoje samopoczucie – ale to wystarcza. Dostajemy czytelny sygnał, że postać na ekranie reprezentuje pełnokrwistego człowieka, który po prostu nie ma jak w pełni zaistnieć. Kilku recenzentów określiło bohaterów gry jako „wojenne Simy” i na pewno coś w tym jest, z tą poprawką, że ludziki w „The Sims” automatami są od początku, a mieszkańcy domu w „This War of Mine” stają się nimi przez wojnę. Mogą się przeciwko temu buntować, mogą nawet odmawiać posłuszeństwa graczowi, ale nie są w stanie zmienić reguł gry. Tym, co w „This War of Mine” przejmuje najbardziej, jest właśnie napięcie pomiędzy ich człowieczeństwem a rolą, jaką są zmuszeni przyjąć.

Tak zwane oczy świata (w tym nasze) zwracają się na tych, którzy walczą o przeżycie, zwykle na bardzo krótko. Kiedy na chwilę pojawiają się w obiektywie kamery i mają okazję coś powiedzieć, zwykle reprezentują nie siebie, a system, którego częścią się stali. „This War of Mine” pozwala przyglądać im się dłużej, dzień za dniem, runda za rundą, aż do ostatecznej przegranej – bo cywile wojny zawsze przegrywają.