Four [?] for (!) Beckett [?]
Fot. Łukasz Romaniuk / TR Warszawa

Four [?] for (!) Beckett [?]

Adam Wiedemann

Jest w Warszawie moda na organizowanie koncertów w obiektach typu niefilharmonijnego. Elementem znaczącym takich wydarzeń stają się zła akustyka i dźwięki wydawane przez sam obiekt. TR ma np. skrzypiące krzesła

Jeszcze 2 minuty czytania

Od razu pojawia się problem nazewniczy, trudno bowiem zadecydować, czy mieliśmy do czynienia z koncertem, czy ze spektaklem, a może wręcz z seansem? Tak więc zostaje nam modne ostatnio słowo „wydarzenie”, obejmujące hojną ręką wszystko to, cośmy widzieli i słyszeli. Nie było to zresztą wydarzenie z gatunku tych pamiętnych. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że dostaniemy co innego niż było w programie – zabrakło Blecharza i Karskiego, a zatem gwiazd najsilniej dziś świecących, a w każdym razie najintensywniej promowanych. Później się okazało, że pod opisem całego projektu, który płynnie osiągnął stadium dwuczęściowości, dołączono pasek „POLECAMY”. W nim już można było klikać opisy tych utworów, które zostaną wykonane. Zresztą wbrew tytułowi całości wcale nie cztery, tylko trzy, z czego jeden spoza opisu głównego. Nikt jednak nie narzekał. Publiczność była zdyscyplinowana i sprawnie zajęła miejsca, mimo iż nienumerowane. Z trójczłonowego tytułu wydarzenia zostały nam już tylko dwa. Ciekawiło nas zatem, co znów zrobią młodzi nasi kompozytorzy z ostatnim członem, czyli z Samuelem Beckettem. Pisarz ten, mimo iż należący do nihilistycznego odłamu awangardy i teatru absurdu, a zatem powinien już być passé, ciągle przeżywa swoją dobrą passę. Przynajmniej w muzyce efekty tego są zazwyczaj zacne, poczynając od oper Heinza Holligera i Mortona Feldmana oraz pieśni Stefano Gervasoniego, aż po monodramy Johna Cage'a i Agaty Zubel. Zajęcie się Beckettem jakoś tam chyba nobilituje, poza tym może on istotnie odpowiada na tę naszą potrzebę „choćby i pustej” metafizyki. To jego babranie się w śmietnisku świata bardziej jest jakby sakralne niż na przykład w przypadku Różewicza, który wszakże od braku świata wolał jego obecność.

fot. Łukasz Romaniuk / TR Warszawa

Wracając do naszego koncerto-spektaklu, na początek zabrzmiały „Happy Days” Joanny Woźny. Piszę to nie bez ironii, gdyż dźwięków tu było jak na lekarstwo. Gdyby solistce-sopranistce, której zresztą w zasadzie odmówiono możliwości śpiewu na rzecz recytowania szeptem jakichś zbitek spółgłoskowych, dać jeszcze do ręki kawałek pergaminu, którym by szeleściła, można by uznać ten utwór za dzieło samego Blecharza, gdyż to, co poza tym słyszeliśmy, pochodziło jak gdyby wprost z jego repertuaru środków: przygłuszone tremolanda skrzypiec, postukiwania klapek klarnetu basowego (ten instrument ma chyba najlepiej stukające klapki, bo tak wielu kompozytorów go używa, lecz mało który decyduje się na to, by kazać weń zadąć), drapania po fortepianie, szurania sandblocków. Być może zresztą to jakaś ogólnoświatowa tendencja i teraz głównie takiej muzyki-bez-muzyki będziemy słuchać. Mnie to nudzi, Ewa Cichoń jest zachwycona, gdyż lubi ciszę. Kwestia gustu; w drugiej części utworu muzycy w ogóle przestali grać i zapanował element wizualny. Był to filmik zrobiony w guście najlepszych naszych instalacji wideo, a mianowicie chyba telefonem, przez okno pociągu, nocą, przedstawiał migające brzózki. Brzoza ma w naszej kulturze określony przekaz, który jednak został osłabiony przez dalsze, bardziej statyczne epizody: „rosa na pajęczynce”, „wiatr poruszył gałązką” i parę innych.

Cykl koncertów „4 For Beckett”

Na projekt „4 for Beckett” składają się premierowe wykonania czterech kompozycji Sławomira Wojciechowskiego, Joanny Woźny, Wojciecha Blecharza oraz Dominika Karskiego, a także instrumentalne improwizacje na temat wybranych prac graficznych Moniki Zawadzki. Koncert z 30 listopada był pierwszym z cyklu. Kompozycje Wojciecha Blecharza oraz Dominika Karskiego zostaną wykonane w ramach drugiego koncertu.

Więcej informacji: trwarszawa.pl/projekty/wydarzenie/n/4-for-beckett.

Tymczasem jednak zaczęło się dziać coś jak gdyby muzycznego. Moda w Warszawie jest ostatnio taka, żeby do wydarzeń muzycznych doprowadzać w obiektach typu niefilharmonijnego. Elementem znaczącym staje się więc (zapewne wbrew woli twórców) zjawisko złej akustyki bądź też dźwięków wydawanych przez sam obiekt. Tak było i w tym przypadku. Teatr Rozmaitości ma strasznie skrzypiące, plastikowe krzesła. One to przejęły pierwsze skrzypce i zaczęły znacząco skrzypieć, publiczność znudzona bowiem kręci się. Do tego dołączyły dochodzące z obu stron sali odgłosy dyskretnie otwieranych i zamykanych drzwi. Na koniec doszedł zaś krążący po audytorium nerwowy kaszel. Zrobiło się ciekawie, co najmniej jak na prezentacji muzyki konkretnej Pierre'a Schaeffera bądź na prawykonaniu „4'33” Cage'a.

Niestety zepsuła to trzecia część kompozycji, która niemal bliźniaczo przypominała pierwszą. W swojej interpretacji „Szczęśliwych dni” Woźny postawiła na mrok i atmosferę „sennego koszmaru”, która się moim zdaniem do tej sztuki w ogóle nie stosuje. Jest to utwór co prawda ponury, ale nie byłby dziełem geniuszu, gdyby nie optymizm wnoszony przez główną bohaterkę, stosującą zasadę siostry Urszuli Ledóchowskiej, że trzeba zachowywać pogodę ducha, choćby i miał to być rodzaj pokuty. U Woźny nic tylko „boleść i nigdy więcej boleści”. W dodatku zaś technika rozbijania tekstu Beckettowskiego na głoski została już zastosowana przez Gervasoniego, ze znacznie lepszym skutkiem. Krótki, esencjalny wiersz nieźle się do tego nadaje, a zdanie wyjęte z dramatu – nie bardzo...

fot. Łukasz Romaniuk / TR Warszawa

Drugi punkt programu nie miał już z Beckettem nic wspólnego. Były to po prostu improwizacje członków zespołu na temat grafik komputerowych Moniki Zawadzki. Utwory muzyczne będące odzwierciedleniem zjawisk wizualnych nie należą rzecz jasna do rzadkości. Nieczęsto jednak mają charakter improwizacji. Już raczej kompozytorzy wytwarzają coś, co przypomina grafikę, by następnie kazać traktować to jak partyturę. Taki charakter ma wiele utworów Sylvano Busottiego czy Bogusława Schaeffera, niestety wykonywanych coraz rzadziej. Tym razem, dzięki nowoczesnym środkom audiowizualnym, „partytury” były widoczne zarówno dla wykonawców, jak i dla słuchaczy. Dzięki temu mogliśmy śledzić „co jest grane” i śmiać się do rozpuku, gdy na przykład muzyka do obrazu przedstawiającego kiełbasę kończyła się szczekaniem psa. Wykonawcy wyraźnie się rozluźnili, zaczęli uderzać w pewną nawet wirtuozerię, rozśpiewała się również solistka, popadając na przykład z wdziękiem w „teatralną rozpacz”. Może i mogłoby to mieć charakter jeszcze bardziej przemyślany (czyli żeby grafiki były bardziej jak partytury, a muzyka zabrzmiała bardziej komentatorsko), ale i tak dawno nie słyszałem równie udanych improwizacji, więc na to akurat urocze intermezzo nie narzekam.

4 For Beckett: Joanna Woźny, Monika Zawadzki,
Sławomir Wojciechowski i Paweł Krzaczkowski

TR Warszawa, 30 listopada 2014
Wreszcie część trzecia, główna. Autorów cały legion, spośród których wymieńmy Sławomira Wojciechowskiego – kompozytora i Pawła Krzaczkowskiego – librecistę. Była to jakby opera, ale całkiem już bez śpiewu, a za to z trwającą nieprzerwanie projekcją, w którą wgrywali się instrumentaliści. A więc taki raczej film niemy z udziałem czwórki taperów, acz jednocześnie dźwiękowy, gdyż zawierający liczne monologi bądź też raczej „wypowiedzi” (od strony formalnej miało to raczej – przynajmniej początkowo – charakter mockumentu), z początku nader zabawne, w stylu „eseistycznych” filmów Woody’ego Allena (rzadko się zdarza, by drwiny z filozofii dostarczały intelektualnej przyjemności, tutaj zaś te „fragmenty lukrecjańskie” były naprawdę godziwe), stopniowo osuwające się w bełkot i „złą poezję”. Tematem jest bowiem entropia i ona właśnie następuje, dotyczy też warstwy wizualnej, mającej (podobnie jak utwór Woźny) swój aspekt „podróżniczy”, tym razem jednak zamiast pociągiem jedziemy metrem (ogólnie mówiąc, wydaje mi się, że to łatwizna, pozór ruchu w bezruchu, nic nowego pod słońcem). Przede wszystkim jednak słyszymy jakąś nareszcie muzykę, przynajmniej na początku, bo potem się to też trochę rozłazi, ale bądź co bądź słychać, że napisał to dobry kompozytor, pod sam koniec to jest już tylko jakaś perkusyjna pseudopolifonia (skądinąd piękna), wykonywana przez skrzypaczkę na różnego autoramentu kubeczkach. W pewnym momencie jeden z kubeczków (plastikowy, dysponujący głuchym, pustym, beckettowskim dźwiękiem) spada na podłogę i w tym momencie ja wybucham nerwowym śmiechem, a siedząca za mną Kasia Czeczot pogrąża się w rozmyślaniach, ile kubeczków musiałoby spaść, żeby utwór już całkiem przestał być tym, czym był, i czy w ogóle był tym, czym był, skoro upadł kubeczek.

Nareszcie koniec, pierwszy tej zimy rzeczywisty mróz, na który wychodzę i tak sobie myślę, że z całego tytułu „wydarzenia” ostało się (tak mi przykro, tak przykro...) słówko for.