Wiecha

Wiecha

Jakub Socha

Peter Jackson siedzi już w Śródziemiu sporo czasu, ale chyba jeszcze nie zdążył się znudzić. Kostiumy, charakteryzacja, scenografia, efekty komputerowe ciągle stoją u niego na najwyższym poziomie. Znikło też gdzieś wrażenie sztuczności

Jeszcze 2 minuty czytania

„Co też najlepszego zrobiliśmy?”, pytał Bilbo w zakończeniu drugiej części „Hobbita”. Słusznie pytał – w czasie gdy wypowiadał te słowa, szczerze poirytowany smok Smaug, zbudzony przez grupę krasnoludów i towarzyszącego im hobbita, leciał już w kierunku miasta Esgaroth, trzymając w pysku snop ognia. Rok trzeba było czekać aż doleci, ale w końcu jest – w otwierającej ostatnią część „Hobbita” sekwencji widać, jak kołuje nad miastem, szykując się do skoku.

Skończyła się wariacka przygoda, teraz trzeba zmierzyć się z konsekwencjami: obudzonym smokiem; szaleństwem Torina, w które popadł po odnalezieniu nieprzebranych bogactw przodków; Sauronem, który ponoć miał już nie żyć, ale jednak ciągle żyje; hordą orków, która przyłączyła się do Księcia Ciemności i teraz rusza na Erebor, pradawną siedzibę krasnoludów. Rozpoczyna się przygotowanie do ostatniego starcia, do bitwy, która ma być – jak głosi podtytuł ostatniej części – bitwą pięciu armii. Przez długi czas jednak nie bardzo wiadomo, kto będzie walczył przeciwko komu: ludzie, elfy i krasnoludy widowiskowo biorą się za łby, wykłócają się o mamonę, na ich tle prymitywne orki wyglądają wręcz jak wzorowo zorganizowane wojsko.

Z przykrością patrzy się na mieszkańców Śródziemia nawet wtedy, gdy w końcu jednoczą się i zwierają szyki – wiadomo, że ten sojusz jest bardzo nietrwały, zaledwie chwilowy. Tak jak we „Władcy pierścieni” – politycy i władcy zostają skompromitowani, to, co dobre i pożyteczne, co wytwarza potrzebną do zmian energię, dzieje się między zwykłymi ludźmi. Część z nich (ale jedynie ta, w której płynie błękitna krew, co samo w sobie każe myśleć o oddolnej rewolucji serwowanej przez autorów wyłącznie w kategoriach żartu) zajmuje potem pozycje strąconych władców. Jackson idzie wiernie za Tolkienem, nie zastanawia się, czy i ich władza skorumpuje. Nie dla szukania analogii ze współczesnością, nie dla politycznych analiz – ogląda się przecież Jacksonowskie ekranizacje Tolkiena, tylko dla rozmachu i dla harmonii.

Jedna z najładniejszych scen w całej trylogii „Hobbit” to ta, w której Bilbo, zaczadzony wyziewami z Mrocznej Puszczy, gdzie wszystko zdaje się powoli umierać, wspina się po gałęziach chorego drzewa, by wreszcie dotrzeć do samego szczytu korony, a potem nagle wynurzyć się wśród kolorowych liści, fruwających ptaków, pod mocno świecącym słońcem i zaczerpnąć upragnionego, świeżego powietrza. Z kolei jednym z najbardziej charakterystycznych obrazów, tak we „Władcy pierścieni”, jak i w „Hobbicie”, są powracające raz za razem panoramy z lotu ptaka, kiedy to kamera filmuje grupę maszerujących bohaterów, próbujących dotrzeć do kolejnego celu, na tle czystej, monumentalnej przyrody: lasów, pojezierzy, gór; w śniegu, deszczu, w gęstej mgle. Zawsze, gdy patrzę na te panoramy, aż chce mi się gdzieś przejść.

To, ale i inne drobiazgi, takie jak spektakularna bitwa, w której góry tłuką się po pyskach wielkimi głazami, tworzą jedyny w swym rodzaju klimat Jacksonowskiego Śródziemia. Jest tu miejsce nawet dla rozbrajającej w swej zwyczajności praczki z Shire, która gdzieś daleko na trzecim planie rozwiesza pranie, podczas gdy na pierwszym widzimy rozmowę dwóch głównych bohaterów, dyskutujących o misji, która ma zbawić świat. Spokojnie mogłoby jej tam nie być, bo niczego w sumie nie wnosi do fabuły, ale swoją codzienną krzątaniną to właśnie ona najmocniej potwierdza realność tego fantastycznego świata.

Peter Jackson siedzi już w Śródziemiu sporo czasu, ale chyba jeszcze nie zdążył się znudzić, skoro troszczy się nawet o tak niewielkie rzeczy. Kostiumy, charakteryzacja, scenografia, efekty komputerowe ciągle stoją u niego na najwyższym – nieosiągalnym dla większości współczesnych filmowców – poziomie. Znikło też gdzieś wrażenie sztuczności, które nie opuszczało mnie podczas oglądania pierwszej odsłony trylogii (wynika to pewnie w dużej mierze z tego, że nigdy potem nie zafundowałem sobie pokazu w formacie 48 fps 3D – 48 klatek na sekundę, zamiast tradycyjnych 24 k/s). Jest natomiast to, co stanowiło o sile dwójki – dygresje i ekwilibrystyka. Z minuty na minutę Tolkienowski świąt pęcznieje i rozszerza się. Jedne wątki zazębiają się, inne z premedytacją zostają niedomknięte – scenarzyści wypuszczają nitki, które mają pomóc w połączeniu „Hobbita” i „Władcy pierścieni” w jedną wielką opowieść. I robią to naprawdę subtelnie. Film ciągną oczywiście balety – w choreografii ciał Jackson jest świetny. Czasami kolejne walki, podczas których walczący robią dziesięć fikołków, osiem salt, trzy piruety, pięć teoloopów i dwa flipy, wydają się czystą popisówką, ale przecież właśnie o popis tu chodzi, o pochwalenie się swoją wyobraźnią i sprawnością.  

Jackson to duże dziecko. Uwielbia takie sceny, jak choćby ta, w której elf wbija miecz w sam środek głowy wielkiego trolla, a potem siada mu na tej głowie i steruje jego ciałem za pomocą miecza, sprawdzającego się całkiem dobrze w roli joysticka. Ale autor „Martwicy mózgu” potrafi też w najmniej oczekiwanym momencie zatrzymać rozpędzoną akcję, żeby pozwolić dwóm krasnoludom, tkwiącym w samym sercu bitewnego zgiełku, wymienić krasnoludzie uprzejmości. W cały ten karnawał wdziera się czasami patos i liryka. Patos i liryka, a nie natrętnie pojawiająca się w tego typu filmach ironia. Bohaterowie ronią krokodyle łzy i zapytują łamiącym głosem, stojąc nad ciałem ukochanego: „Dlaczego ta miłość tak boli?”. Na co otrzymują odpowiedź: „Boli, bo widocznie była prawdziwa”. Rozbraja mnie takie postawienie sprawy, ale już leci kolejna strzała, już macha nad głową kolejny topór, więc specjalnie długo nad tą mądrością nie rozmyślam. Może i dobrze.

„Hobbit: Bitwa pięciu armii”, reż. Peter Jackson.
USA 2014, w kinach od 25 grudnia 2014 
Widać wyraźnie, że trzecia część „Hobbita” to tak naprawdę środkowe ogniowo – coś się kończy, ale do prawdziwego końca jeszcze droga daleka. I może właśnie dlatego finał nie jest tak mocny, jak finał „Władcy…”. Jednak im dalej w las, tym mocniej czuć, że reżyser żegna się ze Śródziemiem – stawia wiechę na swojej budowli. Dzisiaj już można powiedzieć, że udała mu się ona jak mało co we współczesnym kinie popularnym. W jednej z ostatnich scen filmu Gandalf zwraca się do Bilbo takimi mniej więcej słowami: „Jesteś dobrym i miłym hobbitem, ale ostatecznie jesteś tylko małym hobbitem w wielkim świecie”. I rzeczywiście, w to, że ten świat jest wielki i niezmierzony, można naprawdę uwierzyć. Czego chcieć więcej od bajki.