POWAGA:  Muzyka poważna
TangYauHoong / Flickr Attribution-NonCommercial-NoDerivs 2.0 Generic

POWAGA:
Muzyka poważna

Adam Wiedemann

W upodobaniu do muzyki poważnej jest coś nienormalnego: słuchają jej ludzie, którzy lubią smutek i których on też lubi

Jeszcze 2 minuty czytania

Wszystkich języków ogarnąć się nie da, ale tak sobie pomyślałem, że napiszę do kilkorga znajomych tłumaczy i się dowiem. Wyniki nie były może aż tak rewelacyjne, jak by się można spodziewać, niemniej ciekawe, zwłaszcza na obszarze krajów bałtyckich, do których sami również należymy. Łotysze na ten przykład używają terminu akadēmiskā mūzika, a zatem muzyka tworzona-wykonywana-słuchana przez osoby z akademickim wykształceniem - nacisk kładziony jest tu więc na znajomość rzeczy, umiejętność, no chyba że pobrzmiewa tu również ton nieco pogardliwy, jak u nas, kiedy mowa o „akademickich dyskusjach”. Może to on właśnie głównie tu pobrzmiewa i jest to najzwyczajniej „muzyka martwa”? W Estonii wręcz przeciwnie, nasza „muzyka poważna” to süvamuusika, czyli „muzyka głęboka”, określenie odnoszące się bezpośrednio do muzycznej immanencji, która konotuje takie dyspozycje jak wrażliwość i empatia, jeśli zaś wiedza, to na pewno nie uniwersytecka, lecz ta skojarzona z pojęciem Tajemnicy, Wniknięcia, Niedocieczoności. Niestety, większość narodów przystaje na anglosaską sztampę i używa swoich odpowiedników classical music, a zatem „muzyka w klasycznej swojej postaci”, kojarząca się z chłodem kolumn i śpiewem posągów. Zasuńmy nad tym zasłonę milczenia, dodając wszakże, iż słowo „klasyczna” odnosi się w zasadzie do muzyki końca XVIII-go wieku i uperukowionych głów Haydna oraz Mozarta – stąd też termin „neoklasyczna”, tyczący osób łysych, Strawińskiego i Hindemitha, którzy to w XX-ym stuleciu starali się (nie bez pewnych sukcesów) ów klasycyzm restytuować, chociaż w zasadzie był to neobarok i tak też należałoby dzisiaj mówić, aby uniknąć terminologicznych spięć i niejasności.

Cóż natomiast konotuje nasz (podzielany przez Czechów i Węgrów) termin „muzyka poważna”? Mam wrażenie, że przede wszystkim sytuację odbioru: jest to muzyka, której słucha się na siedząco, z dostojnym wyrazem twarzy, bez przyklaskiwania do taktu i bez podskoków. Tym właśnie różni się od swoich przeciwieństw: muzyki rozrywkowej, muzyki lekkiej, muzyki popularnej (jak również muzyki klubowej, której z kolei logicznym przeciwieństwem byłaby muzyka filharmonijna – kto wie, czy nie najlogiczniej brzmiąca nazwa tego, o czym tu piszę). Poważna jest, a zatem, poza miną, wymaga również określonego stroju, zachowania, wytrzymania w bezruchu przez dwa razy po czterdzieści minut, najlepiej w garniturze albo w sukni wieczorowej, na wysokich obcasach i w lakierkach. Wszystko to już odrobinkę out of fashion, a tymczasem nic więcej się o tej muzyce nie dowiadujemy, może poza tym, że stroni ona też od wesołości, co jest oczywistą nieprawdą. Zarówno Haydn jak i Mozart pisali mnóstwo muzyki rozrywkowej, której słuchamy dziś z nadęciem, gdyż wyszła spod ich pióra, podczas kiedy powinna nas cieszyć, rozweselać. Ale to wszystko dlatego, że termin „muzyka poważna” staramy się traktować dosłownie. Choć to raczej muzyka „rozrywkowa” dostarcza nam smutnych wieści o nieszczęśliwych związkach i dzieciach spuszczonych w klozecie. Zatem nie przekaz wchodzi tu w rachubę, tylko medium, głos dobrze ustawiony naprzeciw głosu białego, skrzypce Guarneriego naprzeciw skrzypiec elektrycznych, aczkolwiek oba te działy wzajemnie nadgryzają się, wyrywają sobie kawały „mięcha”, które – jako skradzione – okazuje się wtedy zupełnie niestrawne, niesmaczne, niczym skwarek w torcie.

Wbrew zwolennikom wrzucania wszystkiego do jednego kotła i tego, by Beth Gibbons śpiewała w Trzeciej Symfonii Góreckiego „z urokiem naturszczyka, zasłaniając się włosami”, uważam, że w ramach pojęcia tak szerokiego jak „muzyka” podziały są konieczne i podobnie jak mamy prozę, poezję i dramat, tak samo musimy mieć muzykę poważną, rozrywkową oraz jazz. Nikt nie wymaga od jazzu, żeby był jazgotliwy ani nawet od prozy, by była prozaiczna, a jednak od muzyki poważnej wymaga się powagi, bądź też się jej zarzuca, że jest za poważna, bądź też się o niej pisze w sposób tak poważny, że aż śmieszny, choć przecież nie jest to termin opisowy, lecz zwykłe określenie pewnej stylistyki, instrumentarium i zasobu form. Jak to się stało, że w polszczyźnie właśnie „muzyka poważna” jest jakąś inwektywą, określeniem czegoś, co trzeba zaraz wyłączyć, bo zepsuje nam nastrój w taksówce? Pytałem wielu osób i żadna nie wiedziała; mam wrażenie, że wiąże się to z rozwojem i upowszechnieniem fonografii. Z początku (w sklepach) była „muzyka” i tyle, gdy zaś nastąpiła potrzeba podziału, „muzyka rozrywkowa” (czy raczej najpierw „taneczna”) wydawała się oczywistością, trzeba zaś było jakoś nazwać jej starszą, brzydszą siostrę, więc ta „poważna” to w zasadzie wynik kurtuazji, właściwie powinno być: „smutna” i zresztą wyżej stawiamy Beethovenowskie Largo e mesto od jego Allegro assai vivace ma serioso, trochę tu oczywiście żartuję, lecz jednak to my, melomani, w muzyce poważnej najbardziej cenimy smutek, a nawet wręcz żałobę (stąd ta niezwykła popularność Requiem Mozarta i Verdiego), jest to fakt obiektywny, sam się tej muzyki w dzieciństwie trochę bałem, tych czarnych okładek z dłonią Pawła Kletzkiego, aż w końcu zacząłem się nią chorobliwie fascynować, co mi zostało do dziś. Jednak samych muzyków cały czas się trochę jakby lękam, są oni dla mnie istotami z pogranicza nieludzkości, dlatego tyle piszę o muzyce i tak się nią otaczam niczym Violetta Villas swoimi psami. Tak naprawdę, w upodobaniu do muzyki poważnej jest coś nienormalnego: słuchają jej ludzie, którzy lubią smutek i których on też lubi. Ale to i tak nic przy tym, co daje i czego wymaga muzyka rozrywkowa. Wiem to, gdyż słucham jej wyłącznie w stanach ciężkiej depresji, gdy tej poważnej nie jestem już w stanie znieść, bo staje się czymś obojętnym, czystym przepływem dźwięków, podczas gdy rozrywkowa przekazuje wciąż jakieś emocje, Beth Gibbons może i zasłaniając się włosami, lecz jednak dojmująco i kunsztownie śpiewa o swojej wręcz rozpaczy, powodując, że człowiek przestaje zajmować się sobą, zaczyna jej współczuć, przeżywać coś z nią razem, pogrążać się w jakimś rozmarzeniu. W odróżnieniu od dużej części muzyki poważnej, cała muzyka rozrywkowa jest o tęsknocie, potrzebie śmierci, miłości, seksu albo jakiegoś narkotyku. Nie jest to muzyka płytka, wręcz przeciwnie, jest przesadnie wręcz nastawiona na aspekt wyrażania, przekazywania najintymniejszych uczuć tych często półnagich wokalistów w skali jeden do jeden, w tej oto chwili nie wyobrażam sobie, że mógłbym słuchać piosenek Marianny Faithfull ani PJ Harvey, która patrzy na mnie z okładki prosto po wyjściu z wanny, byłyby dla mnie nadmiernie emocjonalne, wolę tę starą, poczciwą, nieatrakcyjną muzykę poważną w jej znoszonym garniturze i przyciasnych lakierkach. Słucham sobie Weberna i jest mi z nim dobrze, tak dobrze, jak to tylko możliwe. Tyle w jego utworach szczęśliwych wydarzeń.