Wataha dorzyna się sama
„Wataha”, mat. prasowe

Wataha dorzyna się sama

Darek Arest

Wyprodukowana przez polski oddział HBO „Wataha” próbowała sprowadzić do Polski „serialową rewolucję”

Jeszcze 2 minuty czytania

„To najdziksza granica w Unii. Główny szlak przerzutowy dla ludzi, narkotyków, broni i cholera wie czego tam jeszcze” – mówi jedna z pobocznych postaci, a jej słowa przypominane są na początku każdego odcinka. Spytacie: gdzie takie atrakcje – a u nas, w naszych polskich górach, w dodatku w polskim serialu. Bieszczady (o tej dzikiej granicy mowa) częściej gościły na ekranie przed półwieczem, dziś mają coś słabsze branie. Trudno się dziwić, bo to prawdziwy Teren, stawiający przed twórcami prawdziwe terenowe wymagania. Ale też dziwić się trzeba, bo to gotowy mit, klimat i temat. Sześcioodcinkowa „Wataha”, serial o funkcjonariuszach polskiej straży granicznej, nadrabia nieco to przeoczenie.

Zaczyna się z przytupem. Jeszcze człowiek nie zdąży się nacieszyć efektowną i pomysłową czołówką, a już w górskiej strażnicy eksploduje bomba, zabijając niemal całą załogę. Jedynym, który przetrwał zamach na strażników, jest grany przez Leszka Lichotę bieszczadzki twardziel Wiktor Rebrow, co ściąga na niego podejrzenia prowadzącej śledztwo Igi Dobosz (Aleksandra Popławska). Młoda, ambitna pani prokurator jest wyraźnie cięta na Rebrowa i nie zamierza mu odpuścić, choć wszyscy dookoła zaklinają się, że to świetny i uczciwy chłop. W tle tego śledztwa nieśmiało formuje się nowa strażnicza „wataha”, pomiędzy którą krążą stare wilki (Bartłomiej Topa w roli przyjaciela Rebrowa), a na granicy wciąż kwitnie przemyt „ludzi, narkotyków, broni i cholera wie czego tam jeszcze”. Jest w tych pierwszych scenach intrygujący nastrój, odrobina tajemnicy, zarys ciekawych relacji. Ten potencjał zostaje niestety roztrwoniony przez słabowity scenariusz, który szybko zaczyna trzeszczeć w szwach.

„Wataha”, mat. prasowe

Trzeba jednak uczciwie przyznać: serial jest JAKOŚ zrobiony. Forma nie jest tu produktem ubocznym, czy wypadkową ograniczeń. Zgodnie z najlepszymi standardami, „Wataha” jest pomyślana jako podzielony na odcinki film fabularny, ze spójną warstwą wizualną, wyrazistą konstrukcją i niejednoznacznymi charakterystykami bohaterów. Twórcy robią też krok w kierunku przekroczenia tego minimum – pogrywają z oczekiwaniami widza, dbają o to, by zdjęcia odbijały stan psychiczny bohaterów, starają się budować napięcie w ramach pojedynczych scen, a nawet nie boją się uderzyć lekką metaforą. Różnie to wychodzi, ale już sam wysiłek uwzględnienia formalnego „jak?”, obok fabularnego „co?”, wystarcza, by na starcie zdystansować grubą większość rodzimej telewizyjnej konkurencji. „Jakoś” nie przechodzi od razu w „jakość”, ale wystarcza, by zaciekawić widza i wciągnąć go w ten bieszczadzki świat.

W odróżnieniu od seriali amerykańskich, które polegają najczęściej na oryginalnym i efektownym pomyśle scenariuszowym, dość zachowawcza fabularnie „Wataha” bezpośrednią inspirację czerpie raczej ze stonowanych skandynawskich serii kryminalnych spod znaku nordic noir. Produkcja HBO pielęgnuje charakterystyczny dla nich kameralny klimat i stawia na koloryt lokalny. Stosuje też niestety dość bezmyślne kalki estetyczne, które robią wrażenie zadania domowego, przepisanego bez zrozumienia z zeszytu zdolniejszego kolegi. Sporo tu takich scen czy ujęć, które nie są w żaden sensowny sposób umocowane fabularnie, ale mają za zadanie „efektownie wyglądać”, co wypada oczywiście dość niezręcznie. Jak ten obrazek z dowódcą nowego strażniczego oddziału (Andrzej Zieliński), medytującym z miną geniusza nad tablicą, na której  dochodzenie rozpisane jest z precyzją i zawiłością godną sprawy Hannibala Lectera. Problem w tym, że w scenariuszu po tej zawiłości ani śladu, a przebłysków śledczego geniuszu także nie sposób odnaleźć na ekranie.

Najmocniej jednak „Wataha” grzęźnie dokładnie tam, gdzie „The Killing” czy „Wallander” dostają skrzydeł. Wyróżnikiem nordic noir jest obudowanie intrygi kontekstem społecznym i przekonujące portrety psychologiczne. Najbardziej symptomatyczny dla psychologii „Watahy” jest zaś przypadek strażniczki Natalii (Magdalena Popławska), która przygodę z nowym stanowiskiem zaczyna od zbudowania silnej emocjonalnej więzi z pierwszym napotkanym dzieckiem, zatrzymanym podczas nielegalnego przekraczania granicy. Podczas kolejnej akcji funkcjonariuszka wściekle katuje jednego z przemytników, by na koniec wpaść w depresję i złożyć wymówienie. Dla jej wnikliwego przełożonego wszystko to staje się natchnieniem do tego, by uznać, że dziewczyna idealnie nadaje się do stresującej pracy pod przykrywką. Żal też patrzeć na Aleksandrę Popławską, która kreuje jedną z głównych bohaterek serialu. W scenariuszu wystarcza materiału jedynie do zagrania karykaturalnej i stereotypowej zimnej suki. Do tego niezbyt rozgarniętej.

„Wataha”, mat. prasowe

Jeśli konflikt między Igą Dobosz a Rebrowem miał być jedną z osi dramaturgicznych opowieści, należałoby jakoś podzielić sympatie i posiać wątpliwości. Tymczasem twórcy marnują mnóstwo energii i czasu ekranowego, by przekonywać widza, że Rebrow jest niewinny, przy okazji robiąc z biednej pani prokurator kompletną wariatkę. Każą jej ślęczeć w półnegliżu, przy wódce i papierosie, nad aktami sprawy (co oczywiście wygląda fantastycznie), snuć się w długim płaszczu, rzucać przenikliwie zimne spojrzenia i ironiczne komentarze. A to wszystko po to, by uparcie obstawała przy absurdalnym oskarżaniu Rebrowa, który w zamachu stracił przyjaciół, ukochaną i sam ledwo uszedł z życiem. Jednym z koronnych argumentów ma być wiadomość, jaką otrzymał przed wybuchem bomby. Żaden ze mnie detektyw, ale umówmy się: gdy ktoś chce uprzedzić wspólnika, by ukrył się przed eksplozją, nie wysyła do niego SMS-a o treści „bum” pięć sekund przed wybuchem.

W świetle tych paru dobrych rzeczy, które przydarzyły nam się w ostatnich latach w dziedzinie serialu kryminalnego („Glina”, „Pitbull”, „Krew z krwi”), „Wataha” z pewnością nie prezentuje żadnej nowej jakości, poza może bezprecedensową ilością pary puszczonej w wizualny gwizdek. Z tą wyszukaną formą jest tu bowiem tak, jak z tymi nieszczęsnymi Bieszczadami, które są piękne, efektowne i robią klimat, ale pozostają oddzielną wartością, pyszniącą się gdzieś na zewnątrz opowiadanej historii. Gdyby przenieść akcję w inne miejsce, rzucić bohaterów na pastwę jakiegoś innego kawałka „nieokiełznanej przyrody”, serial nie byłby ani lepszy, ani gorszy, ani nawet specjalnie inny. Nie byłoby sprawy, gdyby scenariusz nie udawał, że próbuje osadzić akcję w konkretnej rzeczywistości. Kiedy jednak na ekranie zjawiają się w pewnym momencie „bieszczadzcy wieśniacy”, dają występ na miarę „dzieci z Czworaków” prosto z Barejowego „Misia”. Bezosobowa hałastra przychodzi znikąd, katuje pewnego istotnego dla fabuły obdartusa, znika we mgle i tyle ich widzieli. Nie wiem, może taka specyfika miejsca, że ludzie w Bieszczadach krewcy, mają skłonność do samosądów i nie ma specjalnie nad czym się rozwodzić, ale powiedziałbym, że taki epizod zasługuje jednak na małą genezę, czy chociaż przedstawienie konsekwencji.

Siła dobrych seriali polega często na rozwijaniu intrygi w głąb, odkrywaniu nowych pokładów znaczeniowych dla tego samego zestawu elementów, dzięki czemu postaci stają się bogatsze, a intryga bardziej złożona. „Wataha” zbyt często rozwija się wszerz, szukając ratunku fabularnego gdzieś na zewnątrz. Za każdym większym kamieniem można tu znaleźć jakiegoś nowego trupa, który pchnie sprawy do przodu. Najgorsze zaś, że i rozwiązanie niespecjalnie wynika z przebiegu akcji i poniekąd przychodzi z zewnątrz – pod tą zapowiedzianą i tradycyjną postacią tajemniczego „cholera wie czego jeszcze”.

Kto równa do najlepszych, ryzykuje bycie zwyzywanym od najgorszych. Złości zbyt łatwo zmarnowany potencjał, narzekam więc i marudzę, ale cieszę się, że „Wataha” powstała i cieszyłbym się jeszcze bardziej, gdyby została pokazana w otwartej telewizji, rozbudzając może zapotrzebowanie na nieco inne rodzime produkcje niż te, którymi raczą nas największe polskie stacje. Wobec królujących tam arcydzieł nie przyszłoby mi przecież do głowy wysuwać tych wszystkich wydumanych pretensji.