Chłopiec do bicia i bicie piany
fot. Magda Hueckel

Chłopiec do bicia i bicie piany

Paweł Soszyński

Empatyzuj i pożądaj, płacz i poć się – to nie tylko pomysł na telewizyjny spektakl, to także koło zamachowe teatralnej transgresji. Czyżby w „Szczurach” Kleczewska postanowiła zdradzić swój teatr?

Jeszcze 2 minuty czytania

W warstwie fabularnej „Szczury” z Teatru Powszechnego w Warszawie to historia o parze, która kupuje dziecko od Ukrainki-sprzątaczki. Ale przecież zupełnie nie o to w spektaklu Mai Kleczewskiej chodzi. „Wszystko na sprzedaż” – nazwa bloku tematycznego, w ramach którego spektakl miał premierę – nie jest hasłem wywoławczym dla kupczenia dziećmi, ba – nie odnosi się wcale do krytykowanej przez reżyserkę w wywiadach warszawki. „Szczury” to rzecz o teatrze, o tym konkretnym przedstawieniu, w którym pozycja aktora bezustannie jest negocjowana. To autoironiczna i autotematyczna satyra na teatr aktorski, reżyserski. Na prawa, jakimi rządzi się spektakl, także Kleczewskiej. A może, należałoby powiedzieć, jej wszystkie spektakle?

Teatr jako przestrzeń flirtu z publicznością i samym sobą, negocjacji między ciężarem tematu a kreowaniem wizerunku aktorów i reżyserki. Jeśli w „Szczurach” czujemy, że temat co chwilę ulatuje, jest zsuwany na margines, to dlatego, że jest to teatr nie zręcznie, ale właśnie niezręcznie, obcesowo prezentujący się jako show teatralnych osobowości.

„Szczury”, wg Gerharta Hauptmanna, reż. Maja
Kleczewska
. Teatr Powszechny w Warszawie, premiera
10 stycznia 2015
Najlepiej widać to na przykładzie Tomasza Chrapusty. To dziwny, nieoczywisty debiut, który odważnie gra z sytuacją wejścia na scenę, prezentowania się nie tylko publiczności, ale także reżyserce i pozostałym aktorom. Z tego powodu jest to też debiut bardzo świadomy. Chrapusta pojawia się na scenie nie jako postać dramatu, ale właśnie jako aktor, performer, model, bloger. Najpierw zajmuje pozycję peryferyjną, do właściwej akcji włączony zostaje po czasie – jako pluszowy jednorożec bawiący dzieci na kinderbalu, i chłopiec do bicia. Cienka granica między reżyserowaniem aktora a manipulacją zostaje napięta przez Kleczewską do granic i – chyba po raz pierwszy – staje się samym tematem, jest ryzykownie ujawniona. Szczęście, że aktor w eksperymencie Kleczewskiej skutecznie walczy o własne miejsce. Jest po drugiej stronie przeciąganej liny i ani razu nie wypuszcza jej z ręki. To on będzie filmował łzawy początek spektaklu, w którym Karolina Adamczyk i Michał Czachor – gwiazdy tego teatru i oczywisty punkt odniesienia dla każdego młodego aktora – dadzą popisową próbkę swojego talentu. Konwencja tej sceny, i kolejnych, będzie jawnie serialowa, realistyczna, ale właśnie o uwodzenie aktorskim rzemiosłem, magię teatru będzie w nich chodzić.

Chrapusta filmuje targi o dziecko, a to, co zarejestruje kamera, wyświetlone zostanie na tylnej ścianie sceny.  Zobaczymy więc ich grę niejako jego okiem. To ważny gest Kleczewskiej – oddać perspektywę temu, kto dopiero wkracza do najgorętszego zespołu ostatnich sezonów, a że Chrapusta sam kręci wideo i publikuje je na swoim blogu – jest to też sytuacja, w której uznana reżyserka zmienia swój świat w plan zdjęciowy dla aspirującego artysty. W żadnym wypadku nie jest ona sędzią, tak jak Chrapusta nie jest egzaminowany. Role szybko się odwrócą, a młody aktor zacznie mimochodem ujawniać manieryzmy kolegów – poprzez zbliżenie i kadrowanie odsłoni nie postaci dramatu, ale persony teatralnego przedsięwzięcia. To on wydobywa na zbliżeniu teatralność aktorskich gestów i mizantropię teatralnego wcielenia.

fot. Magda Hueckel

Kleczewska nie pozostaje mu dłużna. Obnaża internetowy wizerunek Chrapusty – hipsterską brodę i efektowny zaczes blond wkomponowane w żurnalowe pozy na zdjęciach, wyświetlanych tam, gdzie przed chwilą Chrapusta demaskował techniki aktorów angażujące widzów. Jeśli Chrapusta pokazywał to, co ma nas w spektaklu Kleczewskiej dotknąć, to ona pokazuje Chrapustę jako modela z wybiegu. Odwołanie się do litości i pożądania – te dwie strategie przecinają się w „Szczurach” i tworzą moment krytyczny przedstawienia. Okazują się równie wyrachowane, nieprawdziwe i irytujące – a widza umieszczają w punkcie zerowym medialnego widowiska. Uciekając od zbyt łatwego wzruszenia, wpadamy w banalność zbiorowych popędów. Ukrainka Karoliny Adamczyk, która w transmisji Chrapusty miała budzić w nas litość, w rozdaniu Kleczewskiej staje się obiektem seksualnym, wysrebrzonym przez pokrywający jej nagie ciało puder. Paradygmat łzawych programów Drzyzgi ściera się tu z dążeniem do fajności rodem z telewizyjnych show w stylu „bądź gwiazdą”.

Empatyzuj i pożądaj, płacz i poć się – to nie tylko pomysł na telewizyjny spektakl, to także – w subtelnej wersji opakowanej w filozoficzne formuły – koło zamachowe teatralnej transgresji, również tej z teatru Kleczewskiej. Ostateczną kpiną z medialnej, uwodzicielskiej funkcji, jaką pełni aktor i teatr, jest finał spektaklu. Bo „Szczury”, mimo ciężkiej do oszacowania i podstępnie rozegranej powagi tematu, są także teatralnym grepsem, skrojonym zresztą bardziej pod krytyków i widzów środowiskowych – dla przeciętnego bywalca teatru większość smaczków będzie nieczytelna. W „Szczurach” typowy finał à la Kleczewska, znany z „Burzy” czy „Podróży zimowej”, tym razem jest transgresją à rebours. Zamiast monumentalnej burzy piaskowej, frenetycznego potoku farby, tu serwowana jest nam kąpiel z piany – utonie w niej wszystko łącznie z pierwszymi, vipowskimi rzędami widowni. Zamiast dramatycznego przekroczenia kończymy na biciu piany – żartobliwej, kpiarskiej, slapstickowej apoteozie. Czyżby Kleczewska postanowiła na chwilę zdradzić swój teatr?