SŁAWA: Oligarchowie na Facebooku
Eugenia Loli / Flickr Attribution-NonCommercial 2.0 Generic

SŁAWA: Oligarchowie na Facebooku

Jaś Kapela

Na Facebooku, jak wszędzie, rządzą silni. Ci, którzy bez skrępowania wyrażają swoje opinie czy humory. Prezentujemy mroczną dziesiątkę najpopularniejszych z nich

Jeszcze 6 minut czytania

Zanim powiem, kto tu jest sławny i dlaczego, by następnie do tego wiadra miodu wrzucić łyżkę dziegciu i patrzeć jak się psuje, chciałbym przedstawić kilka założeń na temat architektury Facebooka. Zacząć trzeba od kilku oczywistości: Facebook jest narzędziem korporacyjnym służącym do dzielenia się emocjami, komunikowania ze znajomymi oraz robienia wrażenia na bliskich (jak również i całkiem obcych), a także sprzedawania naszych osobistych danych wszystkim zainteresowanym (i dysponującym odpowiednią gotówką) oraz reklamowania produktów. Portal Zuckerberga pozostanie narzędziem korporacyjnym, dopóki nie zostanie uwłaszczony przez lud, któremu przestanie ten stan rzeczy odpowiadać. Na razie nic nie zapowiada tego rodzaju buntu i trudno się dziwić. Facebook zbyt dobrze odpowiada na nasze potrzeby komunikacyjne, aby miały nam przeszkadzać reklamy i handel naszymi danymi i uczuciami (ostatecznie kto tego nie robi we współczesnej gospodarce?).

Uproszczeniem byłoby jednak twierdzenie, że wystarczy być dobrym produktem, aby zbierać lajki i szery niczym przemysłowy odkurzacz. Afektywna ekonomia Facebooka tym się różni od ekonomii, jaką znamy z życia codziennego, że brak w niej pośredników. Między nami a lajkiem (lub szerem) stoją tylko tajemnicze (i wciąż zmieniające się) algorytmy, które decydują, czy dane zbiory bitów zostaną nam wyświetlone, czy też nie. Dobra informacja jest taka, że w interesie Facebooka jest wyświetlać nam rzeczy, które mogą nas zainteresować. Zła informacja jest taka, że sami nie wiemy, co nas może zainteresować, więc skąd Facebook miałby o tym wiedzieć? Pływając w bagnie bitów w poszukiwaniu strumienia danych, który choć na chwilę zelektryzuje nasze znudzone ja, jesteśmy ciągle wydawani na łaskę przypadkowości. Jednocześnie z każdym kliknięciem ulepszamy algorytm, który z czasem być może przerodzi się w sztuczną inteligencję mądrzejszą od nas samych. Póki co musimy wykonywać tę intelektualno-emocjonalną pracę sami, przerzucając stogi bitów i dzieląc je na kupę lajkniętych i tych lajków pozbawionych. 

„Pokaż mi swoje lajki, a powiem ci, kim jesteś”, mógłby pewnie powiedzieć jakiś social media ninja. I pewnie to zrobił. Nasze lajki są wyrazem naszej osobowości. Widzialną oznaką naszych gustów i emocji. Zgubne może być jednak traktowanie ich zbyt poważnie. Lajkujemy ironicznie. Lajkujemy dla beki. Lajkujemy z grzeczności. Lajkujemy, bo tak wypada. Lajkujemy, bo chcemy być mili. Każdy powód jest dobry, żeby lajknąć. I każda wymówka jest dobra, żeby tego nie zrobić. Wszak mogło nas wtedy nie być na Fejsie, gdy wszechalgorytm zdecydował się nam wyświetlić dany strumień bitów. Mogliśmy być w drugim pokoju. Postępująca wciąż inwigilacja społeczeństwa zapewnia jednak ciągle na tyle dużo anonimowości, że trudno kogokolwiek obwiniać o niezalajkowanie. Prawie każdy/a mógł/mogła nie widzieć naszego komcia. Zły, zły algorytm. Niczyja wina. Trzeba też pamiętać, że każdy lajk jest obnażeniem się użytkownika w przestrzeni, cokolwiek by mówić, publicznej. Nie możemy tego od nikogo wymagać. 

Te wszystkie czynniki sprawiają, że budowanie marki na portalu społecznościowym jest paralelne do zdobywania reputacji na dowolnym innym autorytarnym polu społecznym. Istotne założenie: wbrew temu, co by się mogło intuicyjnie wydawać, Facebook nie jest przestrzenią demokratyczną. O ile za ideał demokracji nie uznajemy dżungli, w której rządzą silni, a słabi boją się choćby zamiauczeć, żeby nie zostać zjedzonym. Ta milcząca większość (bo jest to większość, jak sądzę) jest przedmiotem trudnym do opisania, bo uporczywie odmawiającym lajknięcia, czy tym bardziej skomciowania. Co lajkują ci, którzy nie lajkują? Zapewne wkrótce ktoś zrobi takie badania na reprezentatywnej grupie statystycznej. Tymczasem chciałem tylko powiedzieć, że na Facebooku (jak wszędzie) rządzą silni. Ci, którzy bez skrępowania wyrażają swoje opinie czy humory. Bez wstydu dzielą się fotografiami swojej twarzy (z ang. selfies), gustami czy emocjami, które w innych czasach pozostawałyby znane jedynie najbliższym przyjaciołom. 

Zaprezentowany tu przegląd będzie miał oczywiście charakter mroczny i subiektywny, choć zakorzeniony w pewnych danych statystycznych. Nie będę pisał o facebookerkach modowych ani kulinarnych, choć jestem modny i świetnie gotuję, ale na tych tematach inni znają się lepiej ode mnie. Nie będę też pisał o modelkach, fotografach, aktorkach czy specjalistach od lajfstajlu. Choć ich wszystkich można przecież uznać za robotników sztuki. Zakładam też, że nie weszli państwo na dwytygodnik.com, aby się dowiedzieć, czy Magda Gessler nie śpi. Tutaj będę się zajmował wąsko pojętą kulturą i sztuką. Czyli głównie rycerzami pióra. Ludźmi, którzy kształtują naszą zbiorową wyobraźnię, poruszają serca i klawiatury. Choć warto pamiętać, że wielu przystojnych, nastoletnich blogerów, dowcipnie odpowiadających na ask.fm, ma więcej followersów niż ludzie kultury i sztuki, którymi będziemy się tutaj zajmować (patrz: Damian Buczek).

1. Andrzej Tucholski, prowadzi stronę jestkultura.pl, 4565 followersów. Pierwsza osoba zajmująca się wąsko pojętą kulturą w rankingu wpływu Social Nation, gdzie znajduje się na 256 miejscu. Andrzej wierzy, że w każdym z nas siedzi Odważny Marzyciel. W sierpniu 2014 zadebiutował zbiorem morskich opowieści fantasy pod tytułem „Admiralette: Księga Pierwsza”, które przetłumaczył też na angielski, dzięki czemu książka jest dostępna na całym świecie. Nie ma jednak pewności, czy ten fakt pomoże odnieść jej oczekiwany sukces. Zacytujmy opinię z serwisu lubimyczytac.pl: „Kilka dni temu na rynku ukazała się debiutancka książka Andrzeja Tucholskiego pod tytułem «Admiralette». Niestety, zbiera prawie wyłącznie negatywne recenzje, a sam autor zaczął obrywać na tyle mocne cięgi, że poprosił mnie o napisanie nieco bardziej pochlebnej recenzji zbioru opowiadań swego autorstwa. Andrzeja lubię, więc na prośbę przystałam z wielką ochotą. Kupiłam cyfrową kopię «Admiralette» i czym prędzej przystąpiłam do lektury. Muszę przyznać, że ciężko przychodzi mi pisanie tych słów. Wspomniałam, że Andrzeja bardzo lubię i szczerze chciałam mu pomóc, pisząc coś, co byłoby kontrą wobec nieprzychylnych opinii na temat jego książki. Niestety, nie mogę. «Admiralette» jest pozycją na wskroś złą”.

www.facebook.com/andrzej.tucholskiJak dowiadujemy się z innych opinii na temat książki, cytowana komentatorka nie była jedyną osobą, którą autor prosił o wyrażenie pozytywnej opinii o swoim dziele. Jest to strategia zrozumiała i zalecana w popularnych poradnikach typu „Jak napisać i wypromować bestseller”. Przeważnie jednak znajduje się tam też rada, że najpierw należałoby napisać w miarę dobrą książkę. Niewątpliwie Tucholski jest specjalistą od autopromocji, do czego predestynuje go studiowanie psychologii, ale również sam duch nowoczesnego życia. Niewątpliwie jest to też powód, dla którego jego blog, zaczynający jako autorska strona poświęcona kulturze, dryfował coraz bardziej w stronę lajfstajlu i porad psychologicznych. Najwybitniejsza nawet recenzja książki przeważnie nie ma szans uzyskać takiej popularności (choć są od tej reguły wyjątki, jak np. brawurowe, wręcz już kultowe, recenzje Łukasz Najdera z Ziemkiewicza i Twardocha), jak dobra lista pytań, którą należałoby sobie zadać przed końcem roku. Niektórzy lubią poezję, wszyscy lubią sobie zadawać pytania. Nic więc dziwnego, że Tucholski jest jedyną osobą w rankingu, która może się pochwalić tym, że prowadzi szkolenia dla NGO-sów, start-upów lub ludzi. To nie są dobre czasy dla poezji, a są dobre dla szkoleń. Więc jeśli chcielibyście zmonetyzować swoją poezję, dobrym pomysłem jest prowadzić z niej warsztaty. Tym, co wyróżnia Andrzeja Tucholskiego spośród opisywanych tu przodowników pracy niematerialnej, jest również fakt, że nie wstydzi się reklamować ekspresów do kawy. I brak mu poczucia postironii.           

2. Łukasz Najder, zawodowo redaktor w Czarnym, dzięki „Tygodnikowi Powszechnemu” znany szerzej jako Szeherezada ze Zgierza, 4141 followersów. Choć przez TP porównany do Szeherezady, to jednak osobiście uważam, że bliżej mu do Kasandry. Najder nie opowiada bajek w obawie o swoje życie, którego zresztą nikt mu raczej nie odbierze, jeśli przestanie je opowiadać. Co najwyżej można oczekiwać, że zostanie sowicie opłacony przez rodzinę Kulczyków i Beatę Pawlikowską, żeby już przestał wklejać kompromitujące cytat z ich wypowiedzi. Jednak najpierw rzeczeni szanowni państwo musieliby się zorientować, że wypowiadane przez nich słowa są kompromitujące i stanowią przedmiot beki dla setek, a czasem nawet setek tysięcy internautów, aby zainteresować się rolą Najdera w ich facebookowej dystrybucji i chcieć iść z nim na jakąś ugodę. Na to raczej w przewidywalnej przyszłości nie możemy liczyć. Co nie zmienia faktu, że opisywany przez Najdera świat wykazuje wszystkie możliwe syndromy rozpadu. Widać to choćby w serii statusów zaczynających się od słów: „Nie orientuję się za bardzo, w której akurat fazie kapitalizmu wszyscy tutaj żyjemy, ale powiem tylko, że...”. Po czym następują wyliczenia faktów i sytuacji wołających o pomstę do nieba lub przynajmniej o złośliwy status na fb. Co może doprowadzić nas do wniosku, że jest to schyłkowa faza kapitalizmu. Ale wcale nie musimy mieć racji. Kapitalizm chyli się ku upadkowi już dobre dwieście lat, lecz z każdego skłonu podnosi się z powrotem. Wzmocniony, mądrzejszy, jeszcze bardziej przerażający i bezlitosny. Elementem rozpadającego się świata jest miasto zamieszkiwane przez pisarza: „Wszystko już w Zgierzu wróciło do normy. Wiatr, ulewa, pomroka, marność i powolne gnicie. Solidna 9 w 10-stopniowej skali pogodowej Bernharda. Doskonale”. Ta postawa pogodzenia się z chaosem życia w nie wiadomo jakiej fazie kapitalizmu jest – jak się zdaje – charakterystyczna dla dużej części inteligencji pracującej; wolnych najmitów ekonomii afektywnej. Najder nie stroni od postowania cytatów z prasy, ilustrujących chaos i absurd współczesnego życia, jednak jego specjalnością są historie podsłuchane w przestrzeni publicznej. Nic tak nie bawi i nie szokuje inteligencji pracującej, jak życie codzienne klas ludowych, którego Najder jest skrupulatnym i zdystansowanym obserwatorem. 

3. Piotr Czerski, wł. Kordian Klecha, 3771 followersów, z zawodu informatyk, kiedyś również poeta i pisarz, obecnie w stanie spoczynku, osiadł na zasłużonych laurach serwisu społecznościowego. Czerski najbardziej znany jest ze swojego emocjonalnego i pretensjonalnego manifestu: „My, Dzieci Sieci”, który odbił się szerokim echem w mediach, nie tylko społecznościowych, trafiając nawet na kultowy blog boingboing oraz do paru innych zagranicznych serwisów, gdyż został przetłumaczony na kilka języków, w tym również chiński. Czerski nawiązując w nim do tytułu bloga mydziecisieci.blog.pl, którego bohaterka @linka była kultową postacią polskiego internetu sprzed czasów Facebooka, jednocześnie zdaje się całkowicie odrzucać jego postironiczny dorobek. Odrzucając bekowe dziedzictwo pokolenia Neostrady, pławi się w patosie i narcyzmie, jakby jego celem nie było opisanie żadnej generacji, lecz raczej wyplucie frustracji, którą można podsumować w zdaniu: my, młodzi, tacy fajni, a wy, starzy, to nic nie kumacie. 

Profil Czerskiego jest poniekąd typowy dla polskiego Facebooka, w którym niesłabnącą popularnością cieszą się fanpejdże w rodzaju „Polaki, biedaki, cebulaki”. Autor specjalizuje się w złośliwym komentowaniu doniesień prasowych, wytworów kultury i życia codziennego. Dobrym przykładem jest niedawny wpis Czerskiego, w którym komentuje, co by powiedział studenciakowi pchającemu się do wyjścia w autobusie. Oczywiście ostatecznie nic mu nie mówi, więc pozostaje mu napisać zgryźliwy status na fb, w którym może wyładować swoją frustrację. Frustracja to – jak wiemy z licznych badań socjologicznych – częste uczucie towarzyszące nam podczas codziennego korzystania z Facebooka. Frustrujemy się, że wszyscy wydają się mieć fajniejsze życie od naszego i umieją je opisywać w zabawniejszy sposób. Frustrując się, chętnie lajkujemy przejawy frustracji dowodzące, że wcale takie fajne i zabawne to wszystko nie jest. No bo w sumie nie jest. Nic dziwnego, że jest to nuta, na której Czerski chętnie gra. I zbiera za to lajki.  

mem: Jerry Bremer4. Monika Czaplicka, 2894 followersów, ponad cztery tysiące znajomych, jedyna w tym zestawieniu profesjonalna specjalistka od social media, choć nie jedyna specjalistka od social media, która może pochwalić się podobnymi zasięgami. Generalnie sporo popularnych ludzi na Facebooku zajmuje się zawodowo Facebookiem. Czaplicką wyróżnia talent do wywoływania i obserwowania kryzysów w social media, z czego zresztą zrobiła sobie specjalność, publikując książkę „Zarządzanie kryzysem w social media”. Tylko w 2014 roku została dwukrotnie zbanowana przez portal na 30 dni, co jest najdłuższym możliwym czasem blokady. Jedyne, co więcej możemy osiągnąć, to całkowite zablokowanie konta. Czaplicka została zbanowana za zdjęcia, które społeczność Facebooka uznała za pornograficzne. Jednak żeby za takie mogły zostać uznane, ktoś musiał je zgłosić. Czaplicka jako otwarta i walcząca przedstawicielka środowiska LGBT ma zapewne liczne grono fanów, którzy tylko czekają na dogodny sposób, żeby donieść i przynajmniej na jakiś czas zablokować aktywność „wrogiej” ideologicznie strony. Między innymi ze względu właśnie na tę kulturową wojnę, której jest charakterystyczną reprezentantką, ma zasłużone miejsce wśród oligarchów Facebooka. 

5. Julia Szychowiak, debiutowała jako poetka, ale to Facebook (2365 followersów, publiczność, o której wielu poetów może tylko pomarzyć) pozwolił rozwinąć jej skrzydła. Są nawet tacy, co twierdzą, że pisze lepsze statusy na fb niż wiersze. Nic dziwnego: błyskotliwie, zabawne, często ostre czy wręcz dosadne statusy Szychowiak niewątpliwie mają większy potencjał komunikacyjny niż jej sentymentalne, mocno zakorzenione w tradycji poetyckiej wiersze. To zresztą częsty przypadek wśród poetów i poetek odnoszących sukcesy na Facebooku. Tradycja i konwencja poetycka są tak przytłaczające, że trudno się z nich wyzwolić w ramach tego medium. Poetyka facebookowa wolna jest od tych ograniczeń i pozwala na większą swobodę. Niewątpliwie inne są też kryteria osiągania prestiżu w obu tych dziedzinach. Być może to jest przyczyną konserwatyzmu poezji osób, które w innym medium pozwalają sobie na znacznie więcej frywolności, bezkompromisowości i wyrazistości. Choć jednocześnie to właśnie te cechy sprawiają, że również ich poezja lepiej się sprzedaje. Nie wszystkie poetki polskie mogą jak Szychowiak pochwalić się, że cały nakład ich tomików się sprzedał. 

SŁAWA

Numer tematyczny przygotowany został wspólnie z Teatrem Powszechnym w Warszawie, w ramach bloku tematycznego „Wszystko na sprzedaż?”. To drugi blok tematyczny realizowany w Teatrze Powszechnym. W ramach bloku zaplanowane zostały premiery dwóch spektakli – „Szczury” w reż. Mai Kleczewskiej i „Aalst” w reż. Radosława Rychcika oraz wydarzenia towarzyszące premierom.

Szychowiak przeważnie pisze o życiu osobistym. Anegdoty z życia codziennego dobrze się lajkują. Jednym z głównych bohaterów jej statusów jest postać sardonicznego ojca. Jest też wytrawną researcherką internetową, więc jeśli cierpicie na niedostatek śmiesznych obrazków i gifów w internecie, to polecam ją follować.  

6. Radek Teklak, znany jako internauta, a czasem nawet jako zagniewany internauta, 1859 followersów. Ostatnią fejsową burzę wywołał, skrytykowawszy architekturę nowej warszawskiej wiaty przystankowej. Niby nic takiego, wydawałoby się. Komuż by się nie zdarzyło krytykować architektury wiaty przystankowej, a nawet całego świata, gdy podczas oczekiwania z nadzieją na spóźniający się pojazd komunikacji publicznej, był zmuszony do analizowania otaczającej rzeczywistości? O ile nie należymy do coraz większego grona osób, zanurzonych w światach swoich komórek i dziejących się tam nieustannie brewerii. Są też jednak tacy, którzy czekając na autobus, zaczynają się zastanawiać, dlaczego wiata nie wygląda jak wiata, tylko raczej jak powierzchnia reklamowa. Odpowiedź w tym wypadku jest oczywista. To wcale nie jest wiata, tylko przestrzeń reklamowa, którą AMS zgodził się zaprojektować na kształt przystankowej wiaty, w ilości 1580 sztuk, odciążając w ten sposób budżet miasta Warszawy. Krytykę Teklaka – po tym jak zebrała na Facebooku setki lajków oraz szerów – podchwyciły wkrótce inne media, a nawet sprowokowała ona odpowiedź projektantów, którzy dzielnie twierdzili, że wiata jest jak się patrzy. 

Złośliwość i krytyczne spojrzenie są niewątpliwie cechami pomagającymi osiągnąć sukces na Fejsie. Nie bez znaczenia jest też umiejętnie stosowana autoironia. O czym mogą się państwo przekonać nie tylko na Facebooku, ale również na blogu Teklaka. Bo jest on weteranem blogowania. Mogę jedynie spekulować, czy rozkwit serwisów społecznościowych pozwala mu osiągać większe zasięgi, niż to było możliwe za czasów, gdy istniał hype na blogowanie. Podejrzewam, że tak. Czy sprawi to, że w końcu będzie podpisywany jako pisarz, a nie jedynie zagniewany internauta? Trudno powiedzieć. 

Faktoid7. Filip Połoska, 1575 followersów, twórca Faktoidu, którego fanpejdż ma już na fb ponad osiemdziesiąt tysięcy fanów. Naśmiewanie się z brukowców to być może nie jest najambitniejsze zajęcie na świecie. Nie zmienia to jednak faktu, że ktoś musi to robić. W zalewie otaczającej nas bzdury lubimy czasem natknąć się na coś, co naprawdę jest bzdurą i satyrą, a nie tylko kolejnym poronionym wykwitem realnej rzeczywistości. Niestety granica między beką a prawdą bywa płynna. W samych brukowcach nie jest zresztą ona jasna. Być może dożyliśmy czasów, gdy nie ma takiej beki, która nie mogłaby się stać prawdą. I takiej prawdy, która nie byłaby dla kogoś beką. Prawda jednak bywa przygnębiająca, więc media potrzebują też ewidentnej beki. Twórczość Połoski jest poniekąd odpowiedzią na tę potrzebę. Jak dowiadujemy się z wywiadu z autorem, postanowił on tworzyć fikcyjne obrazki udające okładki brukowców ze względu na konkurs ogłoszony w serwisie deser.pl. Konkurs, którego drugą edycję w 2012 roku wygrał. Od tamtego czasu regularnie tworzy nowe obrazki. Musimy pamiętać, że sukces na fb to nie tylko kwestia talentu, ale również ciężkiej, regularnej pracy. 

8. Adelajda Truścińska, znana wcześniej jako Adelka Cośtamgówno, 1123 followersów, autorka zbioru opowiadań, który można było przez jakiś czas kupić na Allegro, czego jednak nie zrobiłem, bo dzieło nie było dostępne w formacie e-book. A kserówek i tak już mam za dużo w domu. To połączenie fascynacji i obrzydzenia nowoczesnym stylem życia (napisz książkę o internecie, dystrybuuj ją tylko w formie zbindowanego maszynopisu) jest charakterystyczne dla rozdwojenia persony, którą Adelka kreuje w internecie, pisząc teksty w rodzaju: „Wszystko co zawsze chcieliście wiedzieć o lajkach, ale baliście się zapytać”, „Jak się włamać komuś na konto i dlaczego nie warto” czy „Krótki poradnik dla przyjaciół osób aspołecznych. Zobacz jak się zachować i co masz myśleć”. Oczywiście lektura tych parodiujących porady wpisów nie ułatwi nam życia, a wręcz przeciwnie: zostawi nas z jeszcze większą ilością wątpliwości. Ale czy nie jest tak ze wszystkimi poradami, które możemy przeczytać w prasie kolorowej i tej zupełnie czarno-białej? Pomimo zażycia kolejnych dawek wiedzy, stajemy się tylko coraz bardziej bezradni, zagubieni i samotni. Tak, samotni. Bo gdzieś podskórnie wiemy, że w ostatecznym rozrachunku zostajemy z całym tym bajzlem sami i nie przyleci żadna gwiazdka z nieba, która nam powie, jak jest. A nawet jak przyleci, to będzie to asteroida, który nas wszystkich rozpierdoli. To gorzka wiedza, więc nic dziwnego, że Adelka nie jest najbardziej popularną osobą w tym zestawieniu, ale wciąż liczne grono obserwujących zapewnia jej solidne, ósme miejsce. 

9. Joanna Dziwak, 451 followersów, poetka, autorka książki prozatorskiej „Gry losowe”, wspólnie z Józefem Słodowym prowadząca fanpejdż „Hipsterski maoizm” (ponad 62 tysiące fanów). Nadreprezentacja poetów i poetek w tym zestawieniu nie powinna dziwić. Pomimo możliwości wrzucania obrazków czy filmików, Facebook pozostaje serwisem, w którym słowo ma znaczącą, jeśli nie decydującą rolę. Choć fb początkowo powstał do oceniania wyglądu dziewczyn, to oceniano je słowami. Jednak połączenie słów z obrazkami to dopiero prawdziwe facebookowe eldorado. Zrozumiała to Joanna Dziwak, gdy razem z paroma osobami ze środowiska Nowych Peryferii założyła fanpejdża „Hipsterski maoizm”. Miała to być odpowiedź na stronę „Hipster prawica”, którą szybko zdyskontowała. Dziś „Hipsterski maoizm” ma już ponad pięciokrotnie więcej fanów i jest prowadzony wyłącznie przez Joannę Dziwak. Gdyż po paru miesiącach okazało się, że w środowisku Nowych Peryferii jest jedyną osobą posiadającą poczucie humoru. Fanpejdż stworzony początkowo do wojny memowej przeciwko prawicy, wyewoluował w stronę satyry dedykowanej całej polskiej klasie politycznej. Jest się z czego śmiać, a Dziwak zdarzają się momenty prawdziwego geniuszu w zestawianiu zdjęć ze słowami. Jako że jest jedną z nielicznych osób, które prowadzą stronę z memami i nie ukrywają swojego nazwiska, została już dwa razy zaproszona do „Dzień dobry TVN”. Dziwak nauczyła się szybko, aby dbać o markę „Hipsterskiego maoizmu” i znaczyć memy watermarkami. Dzięki temu nie zginęły one w masie anonimowej twórczości internetowej. Fanpejdż pozwolił jej nawet opublikować książkę, na której wydanie zbierała fundusze w ramach crowdfundingu. Wystarczyło, że wrzuciła informacje o zbiórce na swojego fanpejdża, by zebrana kwota szybko przekroczyła potrzebny budżet. 

„Make life harder”10. Jakobe Mansztajn, trójmiejski poeta, 816 followersów, co daje mu prawie ostatnie miejsce w ilości facebookowych follwersów w tym rankingu. Sytuacja jednak by się odwróciła i znalazłby się na pierwszym – dyskontując o lata świetlne wszystkich inny naszych skromnych oligarchów – jeśli dać by wiarę spekulacjom, że to on stoi za facebookowym fanpejdżem „Make life harder”. I choć niektórzy twierdzą, że ten przewodnik po trudnym życiu codziennym pokolenia prekariatu ma już czasy swojej świetności dawno za sobą, to ponad 136 tysięcy fanów na Facebooku i tysiące polubień każdego wpisu każą sądzić, że sytuacja nie jest taka zła. Niewątpliwie od kiedy „Make life harder” powstał (będąc oczywistym nawiązaniem do bloga Kasi Tusk), Facebook wielokrotnie modyfikował swoje algorytmy, m.in. zmniejszając zasięg fanpejdżom, co miało na celu zachęcić ich właścicieli do wykupywania reklam i postów sponsorowanych. Jednak trudno oczekiwać od poetów Facebooka, że będą płacić za reklamowanie swoich płodów. W końcu po to są poetami, żeby czytelnicy doceniali ich płody, a nie budżety marketingowe. Choć „Make life harder” bliżej do lajfstajlu niż wąsko pojmowanego serwisu kulturalnego, to nie da się nie zauważyć pewnej nadwyżki estetycznej, którą generuje większość wpisów. Nie zawsze ciekawe przygody autorów-bohaterów zyskują na atrakcyjność dzięki stylowi, w jakim są opisywane. Parodia, stylizacja, hiperbola, groteska, synekdocha, metonimia nie są tu pustymi słowami ze „Słownika wyrazów obcych” Kopalińskiego, ale narzędziami codziennej pracy. Dlatego tym łatwiej uwierzyć, że serwis prowadzony jest przez trójmiejskiego poetę, choć wciąż brak na ten temat wiarygodnych informacji. Zapewne nie bez znaczenia dla sukcesu fanpejdża jest fakt, że autorom (?) zdarza się pochylać nad tematami, którymi nie zajmują się mainstreamowe media, jak np. przepis na kopytka z keczupem czy dyskryminacja mężczyzn: „W czasach powszechnej poprawności politycznej nie ma nic lepszego niż bycie dyskryminowaną mniejszością. Z tego powodu wielu mężczyzn w Polsce po nocach fantazjuje o byciu romską dziewczynką w taborze gdzieś pod Wrocławiem. Niestety, rano nadal budzimy się białymi, uprzywilejowanymi mężczyznami w dużym mieście. Nikt nam nie współczuje, wszyscy nam zazdroszczą. Na tym polega nasz dramat”. O takich dramatach lubimy czytać. 

***

Jak pisałem na początku, jest to wybór mroczny i subiektywny. Z pewnością można by znaleźć więcej pozytywnych postaci w rodzaju Andrzeja Tucholskiego, które sprawnie blogując, osiągają większe zasięgi niż wymieniona tutaj gwardia złośliwców. Ale co z tego, nie zamierzam im pomagać w ich budowaniu. Zresztą nie są oni tak ciekawi jak przywołane tu grono ekshibicjonistów i szyderców. Podsumowując: oligarchowie Facebooka to osoby o dużym poczuciu własnej wartości i zdecydowanych przekonaniach moralnych i estetycznych (tacy są nawet twórcy memów), przeważnie posiadające krytyczny, albo nawet bardzo krytyczny, stosunek do rzeczywistości i lubiące się nim dzielić. To wszystko, plus talent literacki i regularna praca, może sprawić, że kiedyś dołączycie do tego elitarnego grona.