Moja amerykańska przygoda

Moja amerykańska przygoda

Rozmowa z Janem Młynarskim

Miałem identycznego nauczyciela jak ten z „Whiplash”, ale to nie jest film o muzyce, jazzie czy szkole muzycznej. To opowieść o pokonywaniu barier i wojnie charakterów, a sam obraz mógłby równie dobrze dotyczyć wspinaczki czy gimnastyki artystycznej

Jeszcze 4 minuty czytania

JAN BŁASZCZAK: Przez dwa lata studiowałeś grę na perkusji w Nowym Jorku. W szkole, która mogłaby być pierwowzorem dla miejsca akcji filmu „Whiplash”. Dlaczego w ogóle zdecydowałeś się na taki krok?
JAN MŁYNARSKI:
Wybrałem się tam dlatego, że przegapiłem parę momentów na solidną edukację. Nie poświęciłem się jej, będąc w wieku bohatera tego filmu. Sam nie wiem, czy wcześniej bałem się tam pojechać, czy po prostu byłem zbyt zaabsorbowany marzeniami, które chciałem spełnić na miejscu, a od których taki wyjazd by mnie odsunął. Wszystko działo się szybko, z dnia na dzień. Zdałem maturę i zacząłem grać tu, tam, siam, bo jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Moment refleksji nadszedł więc dużo później. Gdy poleciałem do Stanów, miałem niecałe 27 lat i byłem jednym z najstarszych uczniów w całej szkole. 

Tych podstaw brakowało ci w pracy czy ta decyzja miała raczej podłoże ideowe?
Po prostu poczułem, że dobiłem do ściany ze swoim graniem. Dosyć wcześnie zacząłem studiować w Katowicach, ale grałem wówczas ze znaną i lubianą Kayah, więc nie miałem na to czasu. Poruszałem się po nieznanej materii, bo mój rodowód jest garażowy. W podstawówce grałem punka i już wtedy poczułem coś w rodzaju powołania. Złapałem się na tym, że ja naprawdę chcę to robić. Chcę ćwiczyć, chcę się rozwijać. Choć nie miałem czasu na uczelnię, w liceum zrobiłem na tyle dużo, że byłem gotowy do jeżdżenia w trasy. Poza tym rozwijałem się, grając z innymi muzykami. Przez lata grałem w zasadzie ten sam materiał, bo jeździłem z jedną artystką. W pewnym momencie nie wytrzymałem. Czułem, że biję głową w ścianę. Poczułem straszną potrzebę uczenia się. YouTube jeszcze raczkował, Facebooka nie było, więc przede wszystkim liczyło się dla mnie pismo „Modern Drummer”. Z tej gazety wiedziałem, że jest kilka takich miejsc, w których możesz się uczyć pod okiem najlepszych. Jedną z najbardziej renomowanych szkół było Drummers Collective w Nowym Jorku. Poleciałem tam w wakacje, by wziąć udział w przesłuchaniu. Ono nie było jakoś przesadnie skomplikowane – chodziło im raczej o weryfikację moich możliwości i ułożenie programu pod moje potrzeby i umiejętności. Przesłuchanie odbyło się w czerwcu. W styczniu przeprowadziłem się do Nowego Jorku. Zaczęła się moja amerykańska przygoda.

Miałeś doświadczenie akademii w Katowicach. Czy było ono pomocne, czy już na starcie zetknąłeś się z absolutnie nową rzeczywistością?
Nie było żadnych podobieństw. Zajęcia prowadzone przez nauczycieli w Stanach (to nie zawsze są Amerykanie) są zupełnie inne. Po pierwsze oni za wszelką cenę starają się wyciągnąć z ciebie, dlaczego to robisz. Po drugie dysponują też całą masą narzędzi, które mają ci uświadomić, o co w tym wszystkim chodzi. Także na poziomie światopoglądowym, co jest cholernie ważne. Dzięki temu właśnie dokonała się moja transformacja z popowego sidemana w improwizatora. Nauczyli mnie, jak otwierać właściwe drzwi w głowie. Pokazali, co muszę zrobić, żeby poznać swoje cele i dążenia. Do tego dochodziły takie elementy jak zarządzanie czasem – w Polsce nikt by mnie tego nie nauczył.

Jan Młynarski

Ur. 1979. Perkusista, warszawiak, syn Wojciecha. Zaczynał jako sideman w zespole Kayah. W latach 2006-2008 kształcił się w nowojorskim Drummers Collective. Po powrocie do Polski aktywny na stołecznej scenie alternatywnej. Jest liderem improwizującego zespołu Pole, gra także w grupach Baaba, Nervy i 67,5 Minut Projekt. Choć pociąga go muzyka improwizowana oraz nowoczesna elektronika, ma również pewną słabość do tradycyjnej polskiej piosenki. To z jego inicjatywy zrodził się projekt Młynarski Plays Młynarski oraz ubiegłoroczne Warszawskie Combo Taneczne.

A sami nauczyciele?
Oni są przede wszystkim przewodnikami. Przede wszystkim to nie są muzycy, którzy dorabiają w szkole. Każdy z nich jest świetnym instrumentalistą, ale świadomie wybierają ten zawód. Nauczyciela w Stanach można porównać do tego z przedwojennej Polski – ma prestiż i pieniądze. Zazwyczaj ma również powołanie. Mnie ta moja szkoła kojarzyła się z taką brooklyńską szkołą boksu. Tą z „Wściekłego byka” albo „Rocky’ego”. Jest belfer z często ciężkim charakterem, który stoi za tobą i cię szturcha, żebyś tylko trenował. I tak to wygląda. Jedyną różnicą jest to, że zamiast gruszek treningowych w sali stoją instrumenty...

I to jest skojarzenie, które można by też odnieść do „Whiplash”. Momentami rzeczywiście miałem wrażenie, że oglądam jakiś zapomniany epizod z biografii Rocky’ego. Czy oglądając ten film, odnajdywałeś w nim znajome historie?
Tak. Poszedłem na ten film z dziewczyną i już po pierwszych trzech scenach powiedziałem jej, że to jest niesamowite, bo ja miałem przecież identycznego nauczyciela. Wyciągnąłem nawet telefon, żeby pokazać jej jego zdjęcie na Facebooku. Pierwszy kurs, jaki miałem w tej szkole, to był klasyczny, mainstreamowy jazz, o którym nie wiedziałem zupełnie nic. Nigdy tego nie grałem, nie chciałem grać i nie miałem pojęcia, jak to się robi. Nie wiedziałem nawet jak obsługiwać tak brzmiący instrument. No i dalej było już jak w „Whiplash”. Jedyna różnica polegała na tym, że nasz zespół był odrobinę mniejszy. „Otwórzcie nuty na sześćdziesiątej stronie – dziś gramy «Maiden Voyage» Hancocka”. A ja to znałem jedynie pobieżnie, ze słyszenia, nie mając pojęcie o formie i specyfice tego utworu. Jednak on każe mi siadać i grać. Zacząłem i on zastopował mnie po półtora taktu i powiedział: „Co ty tu robisz, stary?”. A ja miałem poczucie, że realizuję życiowe marzenie i niemało na to poświęciłem, a on się pyta: „Skąd ty jesteś?”. Oczywiście on to wiedział i to było czyste aktorstwo. „Z Polski!? O ja pierdolę, stary, jak ja ci współczuję! Jakie to musi być straszne urodzić się Polakiem! Ale wiesz co zrób – wracaj tam, kurwa, bo do tego na pewno się nie nadajesz”. I to były moje pierwsze zajęcia.

Miałeś pecha czy to był po prostu jazzowy standard?
Każdy powiedziałby ci to samo. Nie koloryzuję! Pamiętam kolegę Amerykanina, który płakał i zaklinał się, że już nigdy więcej nie pójdzie na lekcje, bo tak tego człowieka nienawidził. W „Whiplash” ten nauczyciel odpowiada wyłącznie za ansambl, a ja z nim miałem także lekcje indywidualne. I tam coś się zaczęło między nami dziać. Na zajęciach był potworem, choć muszę przyznać, że jak brał pałki i zaczynał grać, to był koniec. Świetny, czynny muzyk. Wracając do tych zajęć indywidualnych, on zachowywał się na nich jak ten gość z filmu. Dobrze pamiętam zajęcia, na których grałem ćwierćnuty na talerzu. Coś, o czym nie miałem wcześniej żadnego pojęcia. Siedzimy. Ja to gram, a on cały czas mnie szturcha. I robi to w taki sposób, że po dziesiątym razie myślę tylko o tym, żeby mu nie przywalić. A on ewidentnie robi to, żeby mnie wkurwić. A ja gram i słyszę tylko: „Nie przestawaj! Nie przestawaj, kurwa!”. I mnie szturcha. „Więcej, więcej! Dlaczego, kurwa, tak głośno!”. I cały czas mnie uderza. Pograłem tak z dziesięć minut, kiedy kazał mi przestać. Powiedział, że ma tego dnia jeszcze osiem lekcji, a jeśli będę grał choćby minutę dłużej, to on trafi do szpitala dla psychicznie chorych.

Czy w tej relacji coś się zmieniło wraz z kolejnymi tygodniami, czy to była cały czas ta sama mordęga?
Zmieniło się we mnie. Przy siódmej, a może ósmej lekcji zacząłem wchodzić z nim w taką bezpardonową rywalizację. Za wszelką cenę chciałem mu pokazać, że mogę. To była kwestia ambicjonalna. I wtedy zrozumiałem, że oni w ten sposób odsiewają słabe charaktery. Potrzebują tylko tych mocnych. Dopiero kiedy przejdziesz ten hardcore, to on uzna, że nie traci na ciebie czasu, że z tobą można coś zrobić. Tyle, że odczytałem to już później. Przyznam, że po pół roku przestałem u niego studiować. Po prostu nie wybierałem już jego zajęć. Co ciekawe, dziś jestem z nim w stałym kontakcie. Gdy w ubiegłym roku grał w Polsce, pierwsze co zrobił, to napisał do mnie i zaproponował, żebym wpadł. Kiedy ja coś robię, to też zawsze mu to wysyłam. W momencie, w którym zakończyła się ta relacja uczeń-mistrz, zaczęliśmy gadać na zupełnie innej stopie i to jest bardzo symptomatyczne.

Byli ludzie, których ten hardcore zmuszał do zrezygnowania ze szkoły?
Jasne. Dochodzili do wniosku, że nie ma sensu wydawać takiej kasy tylko po to, aby usłyszeć, że jesteś „retard”, „asshole” i „faggot”. W kółko to samo. Trochę taki wojskowy dryl.

Dziś jesteś w stanie dostrzec pozytywy takiego traktowania?
Jestem z takiego rocznika, że pamiętam jeszcze nauczycieli sadystów. Teraz to się podobno zmieniło, ale gdy chodziłem do podstawówki w latach 80., to miałem kilka przedmiotów z ludźmi, którzy byli ewidentnymi sadystami. Oni nie dość, że niczego mnie nie nauczyli, to jeszcze sprawiali, że strasznie się bałem, że trzęsły mi się ręce. W tym przypadku – choć mój nauczyciel zachowywał się bardzo podobnie do bohatera „Whiplash” – ja coś z tych zajęć jednak wyciągnąłem. Ten dryl musiał więc mieć swoje pozytywne strony. Zresztą w filmie jest podobnie, bo choć zafundował temu chłopakowi niezłe piekło, to na koniec on zagrał to, co miał zagrać. Docisnął się do końca. Możemy podejrzewać, że po tym wszystkim oni mogą sobie razem usiąść przy piwie. A przynajmniej ja nie widziałbym w tym nic dziwnego.

Mam nadzieję, że „Whiplash” jest jednak w tym zakresie trochę przerysowany.
Oczywiście, „Whiplash” jest tylko po części prawdziwy, tylko momentami. Taki nauczyciel nie wytrwałby długo w szkole. Semestr zawsze kończy się przecież anonimową ankietą. Każdemu nauczycielowi możesz wystawić stopień i nie masz żadnego powodu, żeby kłamać. Masz skalę od jednego do dziesięciu i trzy linijki, by uzasadnić tę notę. Nauczyciele, którzy źle w niej wypadali, wylatywali ze szkoły już następnego dnia. Profesor, o którym ci opowiadam, był jednym z trzech członków komitetu nauczycielskiego. W Drummers Collective pracował zaś od piętnastu lat. I wiem, że jeśli mu się nie odechce, to będzie tam pracował przez następne piętnaście. To o czymś świadczy. Nawet ten kolega, który dostał od niego taki łomot, że płakał mi w kołnierz, wystawił mu na koniec pozytywną ocenę.

Brzmi jak syndrom sztokholmski.
Trochę tak.

Wspominasz kolegę ze szkoły i to już jest pewna nowość, bo w „Whiplash” kolegów nie ma. Są tylko konkurenci. Nie brakowało ci ukazania jakichkolwiek relacji między tymi chłopakami?
Oczywiście, że brakowało, ale powiedzmy sobie od razu – to nie jest film o muzyce. Tak jak nie jest to film o jazzie czy szkole muzycznej. Jak dla mnie to jest raczej opowieść o pokonywaniu barier i wojnie charakterów, a sam obraz mógłby równie dobrze dotyczyć wspinaczki czy gimnastyki artystycznej. Każdej dziedziny, która angażuje ciało, generuje niesamowite emocje oraz wymaga pomocy przewodnika. Co do jałowej relacji tych chłopaków, to ona faktycznie opiera się tu na rywalizacji. Konkurencji podkręcanej tylko przez nauczyciela. Kiedy mówi: „Ty przestań, ty wchodzisz!” – robi to w tym celu, aby zmusić ich do jeszcze bardziej wytężonych ćwiczeń, nie wyklucza to jednak przyjaźni między uczniami, która jest bardzo ważnym elementem tej układanki.

A jednak właśnie wśród znajomych muzyków widzę duże rozczarowanie tym filmem.
I mnie to nie dziwi, bo oni koniec końców widzą człowieka, który nie jest perkusistą, tylko aktorem. Bo to widać, że on nie gra. Ja też od razu zwróciłem na to uwagę. Tyle, że to nie jest ważne. Nie o tym jest ten film. Istotniejsza jest ta namiastka, oczywiście przerysowana... Właśnie dlatego Amerykanie są najlepszymi muzykami – oni po prostu znacznie ciężej pracują. Nie mają wyjścia, bo to jest Nowy Jork i tam wyścig szczurów jest największy na świecie. 

Mówimy dużo o psychice i ambicjach, ale to jest również film o mierzeniu się z ograniczeniami własnego organizmu. Jak twój zniósł taki wycisk?
To była mordęga. Choćby dlatego, że to jest zabawa dla nastolatków, a nie faceta, który ma dwadzieścia siedem lat. Nigdy w życiu tyle nie ćwiczyłem. Ostatnie zajęcia kończyły się o dwudziestej, ale szkoła jest otwarta do drugiej w nocy. Możesz zostać i ćwiczyć. Wychodzę o dwudziestej trzeciej, wiedząc, że jutro zaczynam o ósmej trzydzieści. Jestem totalnie zmęczony. Jednak idąc korytarzem, słyszę, że mój kumpel dalej ćwiczy. Gra to samo, co ja. Więc co robię? Wracam. Na tym polega właśnie szkoła muzyczna. Nigdzie indziej nie poddajesz się takiej rywalizacji. Masz czterech gości, którzy ćwiczą to samo. Jeśli przechodzisz korytarzem i słyszysz, że jeden z nich ćwiczy, stajesz pod tymi drzwiami i podsłuchujesz, co on robi. Chcesz być lepszy od niego. Możecie chodzić razem na piwo, ale zrobisz wszystko, aby na następnej lekcji nauczyciel powiedział, że jesteś lepszy. Tak jesteśmy skonstruowani. I o tym też opowiada „Whiplash”, tylko bardzo te mechanizmy podkręca.

I nie pojawia się taka myśl, że to jest może zbyt wiele? Nie ma miejsca na moment autorefleksji, że to już nie ma wiele wspólnego z samą muzyką?
Tak, i „Whiplash” jest poniekąd taką opowieścią o sensie. Widz musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie, czy to w ogóle ma sens. Czy to jest potrzebne w życiu. Ja nie wiem. Zarabiam na graniu już osiemnaście lat i dopiero teraz odczuwam pierwsze tego owoce w postaci płyt, lepszych zarobków, a także miejsc, do których jestem zapraszany. To był jednak strasznie długi proces. W tym czasie strasznie wiele rzeczy mi uciekło: wakacje, podróże stopem, przelewanie czasu przez palce – ja tego nie znam. Nie doświadczyłem tego wszystkiego. Doświadczyłem za to wojny, którą wypowiedziałem sobie samemu. Godzina dwudziesta trzecia, powinienem iść spać, a ja klepię ósmą godzinę i nie mogę przestać. Jasne, są momenty euforii, bo coś zaczyna się udawać, ale zaraz nagrywasz ze starszymi od siebie i już nie jest tak dobrze. Pamiętam taką jedną sesję na Akademii, kiedy totalnie dałem dupy. Powiedzieli mi tylko, żebym spakował rzeczy, a oni zadzwonią po kogoś, kto im to zrobi jak trzeba. Poszli na fajkę, a ja w ciszy składałem te swoje manele i miałem łzy w oczach. Takie momenty nakręcają cię jak nic na świecie.

Zajęcia z nauczycielem-tyranem pomogły ci się rozwinąć muzycznie, ale co ze sferą mentalną? Teraz sam jesteś liderem, nie łapiesz się na takiej apodyktyczności?
Przede wszystkim jestem zdania, że nie każdy muzyk może być liderem. I taka szkoła też to uświadamia. Bycie liderem to jest robota dla ludzi, którzy wiedzą, czego chcą. Znam kilku
liderów-tyranów, którzy są bardzo fajni w życiu prywatnym. Sęk w tym, że taka szkoła uczy cię nie mieć pretensji, nie brać tego do siebie. Po pewnym czasie zauważasz, że nie możesz tego brać personalnie. To jest podejście, którego uczą w Stanach. Tam to tak właśnie działa. Po pierwsze trafiasz do zespołu, bo dobrze grasz, a nie dlatego, że jesteś dobrym kolegą. Gdy kończy ci się kontrakt, odchodzisz i nie masz do nikogo pretensji. W Polsce rynek jest mały, więc i standardy są niższe. Grasz w zespole kilka lat i nagle jesteś zwalniany, bo się zmieniła koncepcja. Zazwyczaj jest kwas, jest wojna, jest nieprzyjemnie. Zwłaszcza że lider – zamiast powiedzieć ci to w twarz – ściemnia, że koncerty są odwołane. A potem siedzisz przed telewizorem i widzisz, że ktoś inny gra twojego dżoba... Kompletny syf.

Gdy myślę sobie, co najbardziej nie pasowało mi w „Whiplash”, to jest to moment, w którym główni bohaterowie zachwycają się improwizacjami Charliego Parkera. Przecież oni przez cały film kultywują zupełnie przeciwne podejście. Tam nie ma miejsca na wolność, muzyka to tylko liczby.
Rzeczywiście tak jest, ale to jest skrót. Ten film jest umiejscowiony w bardzo konkretnych realiach. Nie pojawia się tam przecież żaden konflikt wynikający z tego, że młody chce improwizować, a stary się nie zgadza. Oni gadają o improwizacji, którą znają z innych zajęć, które nie są w „Whiplash” pokazane. Trzeba zaznaczyć, że ten przedmiot, wokół którego kręci się opowieść, odbywa się raz, może dwa razy w tygodniu. Oprócz tego oni mają dziennie jeszcze pięć, sześć innych zajęć. Równie intensywnych.

Jan Młynarski, fot. materiały promocyjne Młynarski Plays Młynarski

Intensywność, szybkość, dyscyplina. Czy sama formuła zajęć przypomina tę filmową?
Zdecydowanie tak – począwszy od sali, a skończywszy na tempie. Uczniowie wchodzą do sali i czekają. Pojawia się nauczyciel i robi się cisza, bo wszyscy mają wobec niego szacunek. I się zaczyna. On rzuca tytuł i od razu gramy. Natychmiast pojawiają się uwagi – jedna po drugiej. Lekcja się kończy, wszyscy się zwijają i idą dalej. Ten cykl rzeczywiście tak wygląda. Łącznie z powrotem do domu, kiedy – tak jak główny bohater – stawiasz sobie bębny przy łóżku i klepiesz. Nie masz siły, ale klepiesz. Byleby robić to jak najlepiej.

Tego domu jest, niestety, bardzo mało, ale może takie są właśnie realia. Czy w tym świecie poza murami szkoły, który przedstawiony jest w „Whiplash” odnalazłeś coś znajomego?
Chyba najlepszy i najbardziej prawdziwy wątek tego filmu to relacja głównego bohatera z dziewczyną. Nie każdy się do tego przyzna, ale nie ma muzyka, który nie odbyłby w swoim życiu takiej rozmowy: „jesteś super, ale nie możemy być razem...”. W pewnym momencie granie staje się po prostu najważniejszą sprawą w twoim życiu. On tego przecież bardzo żałował, ale musiał ją zostawić, bo miał to straszne uczucie, że gdy spędza z nią czas, ucieka mu coś ważnego i sprzeniewierza swoje priorytety. Później dzwoni, żeby opowiedzieć jej o koncercie. Wreszcie się udało: gra, osiągnął swój cel i może się pokazać, ale jest już za późno, więc wyżywa się, grając na scenie. To jest bardzo znajomy odruch, bo przecież my wszyscy gramy dla dziewczyn. Jak ich nie ma na widowni, to wszystko wychodzi jakoś gorzej. No i tu nie ma happy endu. Bardzo to wszystko znajome.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.