Koniec świata pszczelarzy

Koniec świata pszczelarzy

Jakub Socha

„Cuda” wydają się kinem całkowicie bezinteresownym, zrobionym bez żadnej pretensji

Jeszcze 1 minuta czytania

„Cuda” Alice Rohrwacher, nagrodzone Grand Prix na zeszłorocznym festiwalu w Cannes, nieprzypadkowo rozgrywają się w Toskanii. Reżyserka urodziła się w tym rejonie, to tu też istnieje najwięcej pozostałości po Etruskach, starożytnym, zagadkowym ludzie, który „uczynił wszystko, by zatrzeć wszelki ślad swego pochodzenia, tradycji i kultu”. Wokół dzieciństwa, jego kolorów i jego kresu, i wokół postępującego, niedającego się zatrzymać rozpadu i zaniku świata krąży cały film. Krąży, a w zasadzie wypadałoby powiedzieć: tańczy. „Cuda” wydają się kinem całkowicie bezinteresownym, co więcej, zrobionym bez żadnej pretensji. Zasadniczo niczego od ciebie nie chcą: nie chcą nauczać, a już na pewno nie próbują niczego sprzedać. Rohrwacher nie odhacza mechanicznie kolejnych punktów węzłowych na dramaturgicznej drabince i nie dąży za wszelką cenę do puenty. Nie próbuje nawet nikogo przekonać, że opowiadana przez nią historia jest jakoś bardzo fascynująca, niezwykła, niepowtarzalna. Po prostu przybliża widza do pewnej rzeczywistości i zamieszkujących ją ludzi. A że sama patrzy na nich i na nią naprawdę uważnie, z ciekawością i zrozumieniem, to trudno nie poddać się tej zabawie. Radosnej, ale i śmiertelnie poważnej. Bo przecież całe to filmowanie, którym zajmuje się Włoszka, jest ni mniej, ni więcej ratowaniem pewnego świata. Ale o tym za chwilę.

Jest lato. Nastoletnia Gelsomina zamiast siedzieć na leżaku, siedzi w pracy: pomaga wraz z siostrami swojemu ojcu przy ulach. Ojciec-pszczelarz ma na imię Wolfgang i jest nieżyciowym wariatem. Współczesnej cywilizacji nie lubi, za ludźmi nie przepada, od córek oczekuje za dużo. Ale trzeba przyznać, że ma fantazję. Nigdy nie używa grzebienia, śpi na łóżku ustawionym na środku podwórza, narażając się dobrowolnie na atak dzikich zwierząt, różnych saren i zajęcy. Zrywa się z niego w samych slipach o świcie, by wygrażać pięścią myśliwym, których wystrzały ze strzelb i sztucerów słyszy gdzieś w oddali. Gdy jedzie na zakupy, to przywozi dzieciom wielbłąda, a potem sam się z nim bawi. No i jeszcze gada różnymi językami, przeskakuje z włoskiego na niemiecki, z niemieckiego na francuski, i tak bez końca. Córki kochają go i posłusznie wypełniają ojcowskie polecenia. Gelsomina, najstarsza z nich, chyba najmocniej próbuje sprostać jego oczekiwaniom, ale też jako jedyna zaczyna się przeciwko niemu buntować. Powoli zdaje sobie sprawę, że nie chce żyć w ulu, w którym została umieszczona, korci ją świat, który zjawia się nieoczekiwanie pod postacią gwiazdy telewizji, wyglądającej prawie jak Wenus z obrazu Boticelliego. Wenus, grana przez Monicę Bellucci, to niejaka Milly Catena. Catena przyjechała do Toskanii, żeby nagrać program, którego bohaterami będą rolnicy prowadzący ekologiczne gospodarstwo, tacy na przykład jak Wolfgang. Ten jednak prędzej dałby sobie rękę uciąć niż zgodziłby się pojawić na wizji. Gdzieś niepostrzeżenie w życie bohaterów wkracza też całkowicie aspołeczny chłopiec z poprawczaka, którego Wolfgang postanowił zresocjalizować. Gelsomina będzie próbowała przełamać tę jego obcość.

„Cuda”, reż. Alice Rohrwacher.
Niemcy, Włochy 2014, w kinach od 23 stycznia 2015 
To, co przychodzi z zewnątrz, nie zakłóca rytmu świata, nie zakłóca też rytmu filmu – Rohrwacher wprowadza nowe wątki i nowe postaci, ale nie odchodzi od obserwacji zwyczajnego życia, wypełnionego zwykłymi rzeczami. Obserwujemy cały rytuał miodobrania, zwożenie uli do domów, chowanie się przed deszczem pod plandeką, wspólne jedzenie arbuza, sąsiedzkie wizyty, dziecięce zabawy, ale i te chwile, podczas których to dorośli się bawią, a dzieci nudzą się jak mopsy. W tych obrazkach jest rzadko spotykana w kinie naturalność i otwartość na całą masę sytuacji, gestów, min, słów, które może i nie popychają akcji do przodu, ale zawsze dodają jakąś kolejną cegiełkę i wzbogacają obraz rzeczywistości. Jak ta wizyta dziwnego Niemca, który zjawia się na krótką chwilę, bierze udział w nocnej imprezie u Wolfganga, a potem zaraz odchodzi. Wcześniej jednak wyjaśnia zagadkę genealogii pszczelarza, zarzucając mu od niechcenia, że przestał walczyć z systemem, że uciekł na wieś, na dodatek na włoską wieś, która upada, a w zasadzie się kończy.

To osadzenie biografii Wolfganga, babelicznego reprezentanta pokolenia '68, sieroty po dawnej, niezrealizowanej rewolucji, która kontynuuje swoją skazaną na porażkę walkę na peryferiach i zmusza do niej swoją patchworkową rodzinę, każe spojrzeć na tamten marzycielski projekt z zupełnie innej strony – niejako od końca, z perspektywy kresu, którego nie da się już przełożyć. Odchodzi on nieubłaganie, tak samo jak odchodzi dzieciństwo Gelsominy i tradycyjny wiejski świat. Rohrwacher nie załamuje jednak rąk nad tym faktem, cud w tytule nie pojawia się przez przypadek. Zanim reżyserka definitywnie zamknie swoją bajkę, wyciska ostatnie soki z tego, co zostało. To chyba największa siła tego filmu Włoszki, który opowiada niby o tym, że wszystko jest jednorazowe, że wszystko trwa tylko przez chwilę, ale równocześnie próbuje tę chwilę pochwycić. Następnego takiego lata już raczej nie będzie, ale to jest. I jest intensywnie.