Cały kwiat Warszawy
Ryszard w ogrodach Wersalu / fot. Hanna Prus

Cały kwiat Warszawy

Rozmowa z Ryszardem „Rysią” Czubakiem

Byłem wtedy młodziutki, takim rodzynkiem byłem, muzą artystów, na którą się patrzyło, którą chciało się fotografować i malować. Zapraszano mnie jako ozdobę salonów, ale nie w sensie pustostanu, który tylko sterczy jak manekin. Broń Boże!

Jeszcze 5 minut czytania

KAROL RADZISZEWSKI: Umówiłeś się ze mną w Bańce Mydlanej, nigdy wcześniej o tym miejscu nie słyszałem. Skąd ty te miejsca wynajdujesz, skąd wiesz, gdzie się chodzi?
RYSZARD „Rysia” CZUBAK: Jestem bardzo zaprzyjaźniony z klubem Huśtawka, który mieści się w centrum Warszawy na Brackiej, prowadzą go przemili ludzie, między innymi taki chłopiec, Piotruś, lider kapeli Bohemia. Słyszałem ich kiedyś w Opolu i byłem zachwycony. I w tym roku, w czerwcu, Huśtawka otworzyła swoją filię na starym Powiślu, przy świątyni Sybilli, u zbiegu ulic Książęcej i Kruczkowskiego, a ja dostałem liścik z zaproszeniem na otwarcie. 

Od właścicieli?
Tak. Byłem ich gościem specjalnym. Ale każdy mógł przyjść. To była całonocna impreza, skończyła się chyba o dziewiątej rano.

A ty do której byłeś? 
Do dziewiątej rano i nie wyszedłem wcale ostatni. Bawiłem się świetnie i chyba cała Warszawa się ze mną bawiła. Było – za przeproszeniem – goło i wesoło.

Fajne miejsce, ale żeby zrobić naszą rozmowę, musieliśmy stamtąd uciec w bardziej zaciszny kąt. Po drodze mijaliśmy Stację Mercedes, gdzie była dyskusja Sztuka a biznes, w końcu trafiliśmy tutaj, do Powiśla. Bywasz w Warszawie Powiśle?
Na początku tu się bywało, zawsze tak jest z nowymi miejscami. I bywa się tutaj w dalszym ciągu, ale to już nie jest klub, gdzie należy się pokazywać, żeby być en vogue. Mnie akurat na tym w ogóle nie zależy. Nie jestem osobą, która bywa tam, gdzie wszyscy, bo ja nie jestem wszyscy (śmiech).

Skąd wiesz, gdzie należy bywać?
A no właśnie.

MAGAZYN dwutygodnik.com I WARSAW GALLERY WEEKEND 

We wrześniu 2014 r. wspólnie z Warsaw Gallery Weekend wydaliśmy magazyn na papierze nie tylko o warszawskiej scenie artystycznej. Na jego łamach Krzysztof ŚrodaŁukasz Najder wędrowali pomiędzy galeriami na prawym i na lewym brzegu Wisły. „Rysia”, bywalec warszawskich salonów, opowiadał Karolowi Radziszewskiemu o życiu artystycznym stolicy od lat 60. do dzisiaj, Stach Szabłowski spotkał się z warszawskimi kolekcjonerami, Włodzimierz Karol Pessel zszedł do warszawskich kanałów, a Iwo Zmyślony rozmawiał z artystami i galerzystami związanymi z WGW. Całą zawartość magazynu udostępniamy teraz na naszych łamach. 

Warsaw Gallery Weekend to wspólna impreza 22 warszawskich prywatnych galerii i fundacji sztuki współczesnej, które od 4 lat na ostatni weekend września przygotowują nowe wystawy i wydarzenia towarzyszące (koncerty, wykłady, spacery). Kolejny WGW odbędzie się w dniach 25-27 września 2015.

To jest najciekawsze.
To jest ciekawe, ponieważ ja się nie posługuję komputerem, jestem wrogiem komputerów. Ja jestem z pokolenia gramofonów, żarówek, patefonów, radia i telefonów Grahama Bella. Uważam, że skoro mam telefon komórkowy, to i tak jestem niezwykle postępowy. A więc dostaję zaproszenia i pocztą, i tradycyjnie telefonem, i esemesem.

Kto ci wysyła te esemesy?
Ci, którzy chcą mnie widzieć albo chcą, żebym przyszedł i wyraził opinię. Na przykład dziś mam w telefonie zaproszenie na koncert Urszuli Dudziak w ramach Jazzu na Starówce. To jest akurat impreza otwarta, więc nie jestem aż tak bardzo uprzywilejowany, poza tym, że będę siedział pod parasolem dla VIP-ów. Co ma znaczenie, ponieważ jest gorąco i duszno.

Czyli jesteś jednak uprzywilejowany. Siedzisz w sekcji VIP.
Zdarza się (śmiech).

Znamy się już dosyć długo. Pamiętam, że pierwszy raz cię zobaczyłem na jakimś wernisażu, na pierwszym roku studiów. Ja się wtedy strasznie ciebie bałem. Bałem się nawet do ciebie podejść.
Ale to dlaczego? To tylko o tobie źle świadczy. Człowiek taki jak ty, proszę ciebie, przedstawiciel świata kultury, artysta, wykształcony, światowy, władający językami z jednej strony, a z drugiej strony taki tchórz?! Więc gdzie w tym cywilizacja, gdzie Europa? Jakoś mi się to wszystko kłóci i nie potrafię ciebie zrozumieć.

To było dawno temu. Zmieniłem się. Żeby stać się człowiekiem otwartym, trzeba najpierw doświadczyć różnych rzeczy i je oswoić. Wspominam o tym dlatego, że od tamtej pory widywałem cię wszędzie i wszyscy ludzie, których znam, mówią, że jesteś wszędzie, choć tak naprawdę nikt nie wie, kim jesteś. No więc kim jest ten warszawski Rysio, czy jak wiele osób mówi Rysia? 
To nie jest do końca tak, jak mówisz. Ja nie jestem żadną anonimową osobą. Na wernisaże przychodzą często ludzie, którzy nie mają nic wspólnego ze sztuką, i jeśli znają mnie tylko z widzenia, to mogą pomyśleć, że ja tak wszędzie chodzę i nie wiadomo kim jestem. Ale to działa w obydwie strony, ja też mogę tak o nich powiedzieć. A przecież ja należę do środowiska od lat, jestem związany ze sztuką, grałem w teatrach, w trzydziestu pięciu filmach grałem. Jak mi znajomi donoszą, bo sam nie sprawdzam, jestem na facebookach, jestem w googlach, jestem w internecie. Tam można znaleźć wszystkie moje role i zdjęcia. Bardzo mnie cieszy, że mój dorobek, jakikolwiek by był, nie poszedł w zapomnienie, że jestem pamiętany i jeszcze za to pieniądze pobieram, tak zwane tantiemy. A na nowo otwartym, bardzo ładnie odrestaurowanym Dworcu Wschodnim wiszę w towarzystwie Tadeusza Konwickiego i Andrzeja Dobosza, jako ikona Warszawy. Więc chyba nie mam się czego wstydzić?

To prawda, nie jesteś anonimowy, ale ludzie uważają, że jesteś taką tajemniczą, ekscentrycznie ubraną postacią. I próbują cię rozgryźć.
Jestem ubrany nie tyle ekscentrycznie, co po prostu za siebie. Ja mam ogromną wyobraźnię na swój temat i mam do tego święte prawo. Moje zewnętrze jest odbiciem mojego wnętrza i odwrotnie. Nie ma we mnie żadnej pozy, żadnej hipokryzji, żadnego udawania i jestem z tego nawet dumny. Swego czasu mój przyjaciel Maciej Nowak powiedział, że Rysio całe życie tworzy swój własny teatr jednego aktora. Bardzo mu za to dziękuję.

I gdy pojawiasz się na wernisażach czy premierach, to traktujesz to rzeczywiście jako występ?  
A skąd, broń Boże! Jeżeli już tak pozwoliłeś sobie sformułować pytanie pod moim adresem, to chcę powiedzieć, że miałem możliwość grania w teatrze czy grania w filmach i tam rzeczywiście widz przychodził mnie oglądać. A na co dzień jestem po prostu gościem. Wernisażom czy premierom często towarzyszą bankiety. Tam ludzie rozmawiają ze sobą i oglądają się nawzajem, oceniają. To jest środowisko zamknięte, wszyscy się znamy.

Karol Radziszewski z „Rysią”, Warszawa 2014

Gdy mówisz środowisko, to kogo masz na myśli? Mnie się wydaje, że w Warszawie jest wiele różnych środowisk.
Mam na myśli bohemę Warszawy, na którą się składają różni twórcy; i malarze, i muzycy, i aktorzy.

Dla ciebie to jest jedno środowisko?
Ja tego nie rozgraniczam. Myślę, że tak jest od bardzo dawna na całym świecie, na przykład –  podam teraz duże nazwisko – taki Andy Warhol w Nowym Jorku gromadził wokół siebie wszystkich największych artystów – projektantów mody, reżyserów, aktorów oraz hippisów, narkomanów, nawet ludzi mieszkających na ulicy. I oni wszyscy się ze sobą w jakiś cudowny sposób integrowali.

I w Polsce też obserwujesz podobne sytuacje?
Raczej nie. Warszawa czy w ogóle Polska jest dosyć zasadnicza. Ludzie mają za mało luzu, za bardzo się kontrolują. Z moich obserwacji wynika, że ci, którzy różnią się wyglądem, są jacyś niedomyci, wręcz brudni, są wypraszani. Co mnie, gdy jestem takich sytuacji świadkiem, bardzo boli. Tacy ludzie odbijają się od środowiska cyganerii.

Myślisz, że ta pozorna otwartość warszawskiego środowiska artystycznego to rzecz charakterystyczna dla współczesności, czy zawsze tak było? Pamiętasz bohemę lat 70. czy 80.?
Ja mogę i o latach 60. ci opowiedzieć. Galerii było mniej, prywatnych wcale nie było. Była Desa, która również robiła wernisaże, były słynne BWA; czyli państwowe Biura Wystaw Artystycznych, które chyba nadal w niektórych miastach działają. W Sopocie był szczególnie prężny oddział BWA, robili ogromne wystawy. 

A w Warszawie najważniejsza była Zachęta?
No właśnie, Zachęta... W tamtych czasach, te czterdzieści czy nawet pięćdziesiąt lat wstecz, wysyłano zaproszenia pocztą, nawet jeżeli ludzie mieli telefony – a artyści przeważnie mieli, choć na telefon czekało się wtedy latami. Ja też bywałem zapraszany przez artystów. To była epoka Bogusza, Lenicy, Zamecznika, Cybisa, Mroszczaków, Tamaszewskiego, Pągowskiej, Świerzego, Starowieyskiego. Wielka epoka. Wielu z nich niedawno odeszło. I oni mieli przeważnie wystawy w Zachęcie, z wielką pompą otwierane. Bardzo prestiżowe, połączone z rozgłosem medialnym, czyli telewizyjnym. Nadawano wtedy taki świetny program kulturalny, Pegaz się nazywał. Nie było na wernisażach gości przypadkowych, tak jak dzisiaj, czy takich, którzy oblatują wystawy, choć nie mają kompletnie nic wspólnego ze sztuką. Tak zwani oblatywacze, skoncentrowani głównie na poczęstunku i alkoholach.

Mafia wernisażowa
Taka mafia wernisażowa – przepięknie to powiedziałeś! To są hieny – jeszcze nim wystawa zostanie otwarta, rzucają się na stół i często dla gości, którzy zostali zaproszeni oficjalnie,  tego poczęstunku nie starcza. Tamte dawne otwarcia były inne, niedostępne, elitarne.

Pamiętasz swój pierwszy wernisaż, swoją inicjację w środowisku artystycznym Warszawy?
To się zaczęło od Zachęty i od galerii Związku Polskich Artystów Fotografików. Oglądałem tam wystawy Edwarda Hartwiga i Wojciecha Plewińskiego.

Pamiętasz rok?
Koniec lat 60., może początek 70. Z wystaw w ZPAF-ie pamiętam też wspaniałe fotografie Ireny Jałosińskiej czy później Tadeusza Rolke.

Mówisz, że galerii wtedy było znacznie mniej, czyli pewnie nie chodziło się co piątek na dwa, trzy otwarcia?
Było trochę takich miejsc. Na przykład fantastyczna Galeria Sztuki Współczesnej założona w 1970 roku przy Nowym Świecie, tam, gdzie dzisiaj jest sklep z butami. Prowadziła ją moja serdeczna przyjaciółka, nieżyjąca już Barbara Janicka. Ona była historykiem sztuki, a jej mąż reżyserem i profesorem szkoły filmowej w Łodzi – Juliusz Janicki, też nieżyjący już. To było wtedy chyba jedyne miejsce w Warszawie, gdzie wernisaże przypominały Berlin.

W jakim sensie?
Przychodził cały kwiat Warszawy. Barbara witała wszystkich gości osobiście. Przechodziło się przez takie wąskie drzwi, jak do sklepu, bo galeria była połączona ze sprzedażą. Wystawiano tam wszystkie formy: biżuterię, rzeźby, a przede wszystkim malarstwo. Ze względu na położenie na Nowym Świecie trafiali tam też nieliczni w Warszawie turyści zagraniczni. Oni bardzo dużo kupowali i wcale się nie targowali. Często za walutę.
Wernisaże odbywały się średnio raz w miesiącu. Przychodzili aktorzy, politycy, pamiętam, że bywał tam Urban, Barbara Zbrożyna – rzeźbiarka, Grażyna Hase i Barbara Hoff – projektantki mody. Wtedy projektanci mody chodzili na wernisaże. Krystyna Brzechwa, córka Jana, tam miała wystawy. Galeria potem upadła, nie pamiętam już w którym roku, czy już w latach 90., czy jeszcze 80. Czas tak szybko leci.
Przypominam też sobie inną prywatną galerię, mianowicie sióstr Wahlówien – Alicji i Bożeny Wahl. Były takie kurioza.

Gdzie się mieściła?  
Przy ulicy Mirosławskiego na starym Żoliborzu. Kalina Jędrusik tam przychodziła i artyści z Żoliborza: Zosia Nasierowska, Alina Janowska. Franciszek Starowieyski był stałym bywalcem i miał tam też swoje wystawy. To było niezwykle wytworne miejsce. Ani jednej nieproszonej osoby.

To było w prywatnym domu, w willi?
Tak. Bardzo mile tamte spotkania wspominam. Byłem wtedy młodziutki, takim rodzynkiem byłem, muzą artystów, na którą się patrzyło, którą chciało się fotografować i malować. Zapraszano mnie jako ozdobę salonów, ale nie w sensie pustostanu, który tylko sterczy jako manekin. Broń Boże! Pamiętam, że jak do szkoły teatralnej zdawałem, to komisja była zaskoczona moją elokwencją i wiedzą ogromną o teatrze.
Później poznałem Maję Berezowską, legendę, którą w 1975 odprowadziłem na cmentarz z garstką ludzi. Była wielką malarką, scenografem teatralnym, kostiumografem baletów, cudownym ilustratorem książek, więźniem obozu w Ravensbrück. Jej mąż był inżynierem kolei transsyberyjskiej i właśnie z mężem jest pochowana na Powązkach Wojskowych. Znałem ją około pięciu lat i pamiętam, że mnie rysowała. Dała mi potem swoje różne rysunki, ale one zaginęły w pożarze mojego mieszkania. Pamiętam takie bardzo erotyczne rysunki ołówkiem na pergaminie. Jeden z nich przedstawiał cykl trójkątów erotycznych. Jeden z tych trójkątów to było dwóch młodzieńców, którzy zabawiają się sobą nieskromnie, oczywiście nago, a panienka, która leży obok nich, obciąga banana w ustach. Coś cudownego!

fot. Zygmunt Rytka / lata 90.

Z którego roku były te rysunki?
Z początku lat 70. Ona była bardzo odważna. Dzisiaj na pewno by zrobiono album erotyków Mai Berezowkiej. Ona całego Dekamerona Boccaccia zilustrowała, więc tam się seks lał wszystkimi dziurami. Jak byłem u niej pierwszy raz, to zasugerowała, żebym zajrzał do łazienki. A tam na ścianie wisiał piękny rysunek nagiego efeba, na którym powiewał tiul przezroczysty, więc widać było jego piękne nagie ciało. Przypominał mi Odyseusza. Też przeżyłem w moim życiu takie niezwykłe rzeczy. Na wyspie Itaka – akcent się kładzie na pierwszą sylabę – próbowałem na przykład wodę ze źródła Aretuzy, z którego pił Odyseusz. To było dla mnie wielkie przeżycie.  

Te galerie domowe działały oficjalnie?
Przypuszczam, że siostry Wahlówny musiały mieć jakieś odgórne pozwolenie, niemożliwe, żeby tak zwane władze o ich istnieniu nie wiedziały. Na pewno miały jakiś układ, coś za coś. Za wielu galerii offowych jednak nie było, bo nawet jeśli były warunki, miejsce i pieniądze, to tak zwana cenzura nie dopuszczała. Te prestiżowe miejsca cieszyły się powodzeniem, nie tylko dlatego, że można w nich było spotkać ciekawych ludzi, ale też napić się alkoholu, którego nie dało się kupić w sklepach.

Więc jeśli nie w galeriach, to gdzie jeszcze się spotykano?
W pracowniach malarskich. 

Dziś artyści mają duże trudności ze znajdowaniem pracowni, często pracują w domach. Kiedyś było łatwiej?
Tak, państwo je za grosze artystom dawało. W takich pracowniach mogła być woda, gaz, ogrzewanie, ale czynsze były niższe. Projektowano je na strychach bloków, czy jako aneksy do mieszkań. Jeżeli byłeś rzeźbiarzem, malarzem czy fotografem, to musiałeś mieć pracownię. Nie mogłeś przecież tworzyć w miejscu, w którym śpisz czy gotujesz.

I odbywały się tam imprezy?
Artyści robili u siebie wernisaże, na które przychodziło bardzo hermetyczne towarzystwo. Studenci, profesorowie, koledzy z Akademii. Grono dwudziestu, trzydziestu osób. Te spotkania często kończyły się nad ranem popijawami. I potem taki profesor ledwo docierał na wykłady albo je opóźniał. Na przykład profesor Tadeusz Dominik, którego też niedawno odprowadziłem na cmentarz. On robił takie spotkania nawet w swojej pracowni na Akademii Sztuk Pięknych.

Jak ja studiowałem, to też tak robiliśmy, od rana do nocy malowaliśmy, a potem, w niektóre dni, kupowaliśmy wina i zamykaliśmy się na ASP.
Pan profesor Dominik w latach 70. z powodzeniem sprzedawał swoje obrazy, więc był dobrze sytuowany finansowo i często nas z dziesięcioma dolarami wysyłał na zakupy do Pewexu, do Hotelu Europejskiego albo do Bristolu. Kupowało się ogromną butelkę whisky, marlboro czerwone, długie, czekoladę szwajcarską, wielką i jeszcze więcej, jeśli starczyło. I oczywiście potem żeśmy balowali. Również na Sadach Żoliborskich u Barbary Zbrożyny odbywały się podobne spotkania.

W pracowni?
Tak. Ona była rzeźbiarką i też już od dawna nie żyje. W późniejszych czasach mój przyjaciel Marian Czapla z Akademii Sztuk Pięknych robił wspaniałe spotkania w swojej pracowni na ulicy Cybisa. Mówił: „Zapraszam, namalowałem pięć ostatnich stacji Męki Pańskiej”. Do domów wracaliśmy o świcie, pierwszym autobusem czy tramwajem, metra jeszcze wtedy nie było.
Pamiętam też przedwojenne mieszkanie przy ulicy Czerniakowskiej, przeszło 100-metrowe, którego właścicielem był niejaki Jan Sosnowski. Jego też zresztą pożegnałem na cmentarzu, niestety. Nazywali go „królem życia”, co już samo za siebie mówi. I był taki obyczaj, że jak Jan Lewandowski namalował nowy obraz, to w mieszkaniu Sosnowskiego na Czerniakowskiej odbywał się wernisaż tego jednego obrazu.

Za każdym razem?
Za każdym razem. Stał na sztaludze zasłonięty i zawsze ktoś zrzucał prześcieradło. Jakie tam się odbywały libacje do białego rana...Whisky strumieniami się lała, wszystkie alkohole świata. Kiedy i on zamknął oczy, to bardzo go zabrakło. Te imprezy się odbywały przez całą Polskę Ludową aż do naszych czasów – zmarł z pięć lat temu. Przychodziło tam ścisłe grono, tyle że duże, z pięćdziesiąt osób. Warszawka. Janusz Głowacki, Marek Piwowski. Duża rotacja. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Jak ktoś pijany leżał na podłodze, to przechodziło się przez niego. Ja się tam jak ryba w wodzie czułem.
Także widzisz, trochę takich miejsc było. A jeszcze mi się przypomniało, że w czasach pierwszych kaset wideo, już w latach 80., to czasami w takich sytuacjach pokazywano filmy pornograficzne. Orgie seksualne. Normalnie w trakcie wernisaży, jako wydarzenia towarzyszące.
Niedawno właściciele galerii na ulicy Spokojnej, przy filii ASP, zaproponowali mi wernisaż moich portretów. Na pewno przyniosę portrety, które robili mi artyści, Zygmunt Rytka, Zofia Nasierowskia. Będą to portrety o wielkim przekroju – od mojego dzieciństwa, poprzez moje role...

Z twojego archiwum, tak?
Będzie też dodatkowa sesja ze mną, o tym jak dziś wyglądam. Na pewno zaproszę ciebie i innych moich przyjaciół artystów, z którymi na różne sposoby współpracowałem. Już zresztą wcześniej miałem wernisaż moich portretów w galerii przy ulicy Widok, chyba ze trzy lata temu. Ale wtedy pokazali tylko nowe zdjęcia.

Pamiętam, wspominałeś mi kiedyś, że twoje archiwum spłonęło w pożarze mieszkania.
Nawet nie chcę o tym myśleć, tam były piękne zdjęcia – z mojego dzieciństwa, w lesie, nad rzeką w Świdrze z mamą i całą rodziną. Ale jakimś cudem sporo ocalało. Natomiast zdjęcia z późniejszego okresu, które mi robili artyści podczas sesji fotograficznych, zachowały się prawie w całości.

Twoje mieszkanie, które się spaliło, było w centrum?
Nie, na starej Pradze, która się nazywa Kamionek.

Koło Bazyliki?
W pobliżu, ale niezupełnie. Kawęczyńska to Szmulki, a ja mieszkałem na Kamionku. Kiedy jeszcze Warszawy nie było, wieś nazywała się Kamion i później jak powstała Warszawa, powstała Praga, to ta wieś Kamion została przemianowana na Kamionek. Minęły długie lata, i Kamionek stał się kultowy, bo przy ulicy Mińskiej otwarto Soho Factory – czerwone dywany, gwiazdy, bankiety z wielką pompą. Prawie jak w Nowym Jorku się tam teraz czuję.

fot. Karol Radziszewski

A nazwa Soho ci się podoba?
Jest bardzo pretensjonalna, bo to Soho Factory do Mińskiej i do Kamionka pasuje jak gówno do okrętu. A żeby być grzeczniejszym – jak pięść do oka. To świadczy o naszych niesamowitych kompleksach.

Warszawa nie chce być Warszawą. Ciągle się mówi, że będzie nowym Berlinem.
Zawsze byliśmy wpatrzeni w Zachód, byliśmy falsyfikatami.

Mnie w Warszawie trudno się odnaleźć. Wszystko jest brudne, rozwalone przez duże place, szerokie drogi, trzeba je cały czas przemierzać. Trudno znaleźć urokliwe miejsca.
Bardzo trudno, ale są takie, do których czuję sentyment. Mojemu sercu zawsze będzie bliska Cafe Kulturalna (dobrze się czuję również w Barze Studio), tam się spotykam z kolegami aktorami. A czasem sam przychodzę, lubię sobie wtedy usiąść i z nikim nie rozmawiać. Bardzo lubię samotność.

 

„Rysię” poznałem w 2005 roku, przy okazji wywiadu do premierowego numeru „DIK FAGAZINE”. Świadomie wybraliśmy „Rysię” na patronkę narodzin pisma. Od tamtej pory „Rysia” pojawiał się na wszystkich imprezach związanych z DIKiem i na moich wernisażach. Jesienią zeszłego roku wziął udziału w talk show Invisible City, który przygotowałem dla warszawskiego CSW. „Rysia” opowiadał o alternatywnym życiu nieheteronormatywnych mieszkańców stolicy. Spotkanie było częścią większego projektu, w ramach którego badam i poddaję artystycznej interpretacji queerowe archiwa Europy Środkowo-Wschodniej.
Karol Radziszewski

No co ty! Zawsze cię widzę w tłumie ludzi.
No właśnie, ale ja bardzo lubię samotność. Mieszkam sam i to jest mój komfort, że wracam do mojej samotności i tam robię rachunek sumienia, regeneruję się. Inaczej nie miałbym siły ciągle wychodzić do ludzi, przekazywać im, co myślę, powierzać cząstki mojego ja, tak jak teraz robię z tobą.
Kolejnym moim ukochanym miejscem jest Pardon To Tu. Klub prowadzi cudowny człowiek, Danielek. On wiele lat mieszkał w Berlinie, więc może dlatego urządził ten bar na smak klubów berlińskich. Tam jest taka atmosfera, że nie chce się wychodzić, można przyjść o każdej porze dnia i nocy, do ostatniego gościa mają otwarte. To chyba najlepsze miejsce po tej stronie Wisły. A Praga, moja ukochana Praga – nigdy nie chciałem mieszkać w centrum. To nie jest jakiś mój lokalny patriotyzm, Broń Boże! Po prostu Praga się pięknie restauruje, klimaty starej Pragi ożywają z coraz to silniejszą mocą. Tam na 11 listopada są takie kluby jak Hydrozagadka i Skład Butelek, które mają nieodparty urok.

Kiedyś był na Pradze Saturator, w którym cię często widywałem.
Byłem z nim bardzo związany. To miejsce umarło w sposób naturalny, za dużo ludzi tam urzędowało, musiało się skończyć. Jeszcze wcześniej miejscem kultowym był naturalnie klub Le Madame. Wtedy kluby dopiero się tworzyły i nie bardzo było wiadomo dokąd pójść w Warszawie. A tam w piątki i soboty można było usłyszeć francuski, niemiecki, hiszpański, angielski. Wieża Babel. Fantastyczne miejsce jednym ciosem zabite.

Wydany przez Warsaw Gallery Weekend i dwutygodnik.com
magazyn można jeszcze znaleźć w niektórych
warszawskich galeriach.
Nadal chodzisz na Akademię czy do studenckich pracowni?
No wiesz, zaprasza mnie profesor Myjak. A ostatnio zaprosił mnie jego syn. To było coś niesamowitego. Na terenie Uniwersytetu Warszawskiego, czyli w miejscu prestiżowym i szacownym, nie wiem jak to możliwe było, ale myśmy tam do pierwszej w nocy bawili, kelner w liberii podawał na tacy niekończące się wina. O 11 odjechał i patrzę, a Myjak junior wyjmuje zza pazuchy kolejne butelki. Do końca została nas garstka.

W tym ty – weteran scen.
Jak jest taka, proszę ciebie, taka zabawa, że artysta wynosi butelkę za butelką, to ja mam iść do domu? Nigdy w życiu! I jeszcze przecież stary Myjak mnie lubi. Taki byłem na tej imprezie szczęśliwy. Nie wiem, skąd u mnie ta sprzeczność, że uwielbiając samotność, jestem jednocześnie osobą niezwykle towarzyską.