Słuchaj brzuchem, a nie uchem
Występ Marcusa Schmicklera, fot. Fausto Caricato

Słuchaj brzuchem, a nie uchem

Jacek Skolimowski

W czasie tegorocznej edycji berlińskiego CTM organizatorzy rozdawali widzom zatyczki do uszu. To tak jakby wręczać widzom w kinie okulary do spania, żeby nie raziły ich filmy wyświetlane na ekranie

Jeszcze 4 minuty czytania

Zanim dowiecie się, co działo się przez tydzień w Berlinie na CTM 2015, spróbujcie przeprowadzić prosty test. Usiądźcie wygodnie, wyprostujcie się, odsuńcie od komputera albo odłóżcie tablet. Zamknijcie oczy na dwie, trzy minuty i wsłuchajcie się w otoczenie. Jeśli siedzicie przy biurku w domu, czy zwróciliście uwagę na szum komputera? Dobiegły was szmery z drugiego końca pokoju, zza ściany albo zza okna? Jeśli jesteście w biurze, słyszycie inne osoby uderzające w klawiaturę i rozmawiające przez telefon? Zaintrygowały was odgłosy dochodzące z korytarza albo z kuchni? A jeśli przemieszczacie się autobusem albo metrem, wsłuchaliście się w monotonną pracę silnika i rytm toczących się kół? Zarejestrowaliście, jak przed otwarciem i po zamknięciu drzwi zachowują się pasażerowie, i co robią ludzie siedzący dookoła was?

Jesteście zaskoczeni, jak wiele dźwięków na co dzień wam umyka – ile bodźców odbiera wasze ucho, a ile z nich nie przetwarza mózg? Czy zaintrygowała was ta audiosfera i chcielibyście ją lepiej poznać – poczuć akustykę przestrzeni i reakcje organizmu na dźwięk? A może domowa albo miejska aura męczy was i irytuje? Chcielibyście odizolować się od niej, zakładając słuchawki i włączając muzykę albo skupiając uwagę na czynności, którą zamierzaliście wykonać? Na przykład będziecie czytali dalej ten artykuł...

Taki eksperyment przyprowadził John Connell, nauczyciel medytacji i sound designer ze studia 4DSOUND, na uczestnikach wykładu „Understanding Space Through Sound”. Chciał sprowokować ich do postawienia sobie dwóch pytań: czym jest dla nich dźwięk i na czym według nich polega słuchanie? Te fundamentalne kwestie poruszył we wstępie do książki festiwalowej kurator Jan Rohlf, wyjaśniając znaczenie tematu „Un Tune” i selekcję artystów na CTM 2015.       

Włącz się i nastrój

Jak co roku organizatorzy tworząc program, jako klucza użyli pojęcia dosyć ogólnego i hasłowego, ale dzięki temu pozostawiającego szerokie pole do interpretacji. Słowo untune zazwyczaj kojarzy się z rozstrojonym instrumentem. W języku angielskim występuje ono również jako czasownik oznaczający wprowadzenie w konsternację, zaniepokojenie, wyprowadzenie z równowagi, zdenerwowanie. Więcej znaczeń i kontekstów niesie pojęcie un tune jako zaprzeczenie tune. Rzeczownik ten oznacza melodię, ludową piosenkę czy tzw. kawałek, a czasownik regulację wysokości dźwięków w celu zapewnienia zgodności harmonicznej oraz dostrajanie kilku instrumentów ze sobą. Stąd wywodzi się m.in. nazwa modnej techniki autotune pozwalającej na korekcję głosu wokalistek. Innymi hasłami zakorzenionym w kulturze medialnej są tune instay tuned zachęcające do słuchania audycji na danej fali i oglądania programu na tym samym kanale. Pokrewne zwroty tune inin tune with tłumaczy się jako dostosowanie się do sytuacji, dopasowanie do osoby, reagowanie na jej obecność, na zjawisko albo sytuację. 

Evian Christ, fot. Marco Microbi/photopunk

W XX wieku słowo tune było jeszcze powiązane z dwoma istotnymi zjawiskami. Shintaro Miyazaki na wykładzie „Manifestations of Psyche – Analog Electronic Circuitry and Psychedelia” opowiadając o kontrkulturze lat 60. i 70., przypomniał slogan turn on, tune in, drop out zaczerpnięty z teorii Marshalla McLuhana i spopularyzowany przez Timothy'ego Leary'ego. Turn on oznaczało wzniesienie się na wyższy stopień wrażliwości za pomocą LSD i muzyki elektronicznej, tune in dostrojenie się do otoczenia, poczucie harmonii z materialnym światem, a drop out wyzwolenie się z niepotrzebnych zobowiązań i społecznych konwenansów. Natomiast Lawrence English podczas autorskiego spotkania tłumacząc specyfikę nagrań terenowych, odwoływał się do książki „The Tuning of the World” R. Murraya Schafera, który bazując na wcześniejszych doświadczeniach, m.in. Erica Satie i Johna Cage, sformułował w połowie lat 70. pojęcie „pejzażu dźwiękowego” i rozpoczął badania nad ekologią akustyczną. Tytułowe „strojenia świata” było postulatem przywrócenia porządku w naszym „rozstrojonym” środowisku, w którym na przestrzeni wieków zwiększyło się zanieczyszczenie dźwiękami. 

Otwórz się na nowe

Jaką relację między tuneun tune proponuje w tekście Jan Rohlf? Za cel CTM 2015 stawiał badanie wpływu różnych częstotliwości, dźwięków i muzyki na zaburzenia pracy organizmu – na zakłócenia percepcji zmysłów i interpretacji umysłu. Zapowiadał możliwość usłyszenia „czegoś więcej”, co może być trudne, dziwne i niezrozumiałe, oraz przeżycia czegoś „innego”, co może wiązać się z utratą kontroli nad reakcjami, wejściem w stan transu i osiągnięciem ekstazy. Kierunek un tune ma dawać twórcy szansę na działanie transgresywne, oderwanie od przyjętych standardów, zasad estetycznych, panującego porządku w muzyce, a dla odbiorcy emancypację z być in tune, wyjście poza społeczną rutynę, własne przyzwyczajenia i otwarcie na nowe doświadczenia. Dalsze badania Rohlf proponuje przenieść w ramach festiwalu na grunt dwóch dziedzin nauki – archeoakustyki badającej warunki dźwiękowe na stanowiskach archeologicznych, m.in. w pradawnych miejscach sakralnych, i psychoakustyki zajmującej się związkami między falami dźwiękowymi docierającymi do słuchacza i subiektywnym odczuwaniem wrażeń.

Podczas wykładów naukowcy i artyści często przypominali, że dźwięk to przede wszystkim drganie cząstek powietrza. Paul Devereux tłumaczył, jak w pradawnych czasach niezrozumiałe zjawiska akustyczne miały wymiar magiczny i interpretowane były jako sygnały od bogów. Wsłuchiwanie się w otoczenie było również warunkiem przeżycia, pomagało bronić się przed wrogiem czy atakować na polowaniach. Z kolei muzyka pełniła istotną funkcję w społecznościach podczas codziennych rytuałów i wydarzeń o charakterze religijnym. Natomiast Alberto de Campo wyjaśniał, jakie zaszły zmiany od czasu rewolucji przemysłowej i po doświadczeniach wojennych, od kiedy staramy się ograniczać nadmierne natężenie dźwięku. Pomimo że posiedliśmy wiedzę naukową na ten temat, wciąż musimy umieć przystosować się do brzmienia urządzeń elektrycznych czy hałasu samolotów i pociągów. Ciekawy głos do dyskusji o naturze dźwięku wniosła Marie Thompson, przekonując, jak wiele nieznanych doznań może współczesnym słuchaczom dostarczać muzyka noise. A Rupert Till nawiązując do pierwotnego, rytualnego charakteru muzyki, postawił tezę, że przetrwał on do dziś w gatunku techno i w takich miejscach jak Berghain (legendarny berliński klub). 

Fragment koncertu Atom TM, fot. CTM/Stefanie Kulisch 2015

Usłysz wszystko, co jest

Te punkty widzenia można było skonfrontować z rzeczywistością, dzięki wyjątkowo różnorodnemu programowi muzycznemu. Iegor Reznikoff w pomieszczeniu dawnej kaplicy w Kunstquartier Bethanien wykonał niezwykłe dawne pieśni chrześcijańskie i chorały gregoriańskie datowane na IV–XI wiek, w teatralnej sali Hau 1 Soundwalk Collective z wizualizacjami Tiny Frank zaprezentował projekt „A Memoir of Disintegration”, w którym Nan Goldin czytała ochrypłym głosem wstrząsające dzienniki nowojorskiego artysty Dawida Wojnarowicza, a charyzmatyczny wokalista Rully Sharbara i Wukir Suryadi grający na „elektryfikowanym bambusie” przedstawili dziką i opętańczą interpretację indonezyjskiej muzyki ludowej. Każdy z występów na swój sposób angażował uwagę słuchaczy i oferował inne doznania estetyczne. Wśród tych niespodzianek muzycznych zdarzały się również artystyczne porażki. Legenda doom rocka i stoner rocka Electric Wizard wypadła groteskowo, grając topornego, macho-rocka do perwersyjnych i kiczowatych filmów klasy B. Weteran Craig Leon, wykonując z kwartetem smyczkowym album „Nommos” inspirowany mitologią afrykańską, zabrzmiał amatorsko.

Obok bogactwa stylistycznego ważna była różnorodność od technologiczna. Podczas koncertu Elisabeth Schimany „Höllenmaschine” aż dwóch operatorów musiało obsługiwać potężny syntezator Maxa Branda skonstruowany w latach 60. przez Roberta Mooga, Frank Brettschneider do realizacji „SINN + FORM” użył nagrań na syntezatorach analogowych Buchla i Serge ze studia EMS, Lucio Capece w performansie „RX-11 Space Drum Machine” wykorzystał pionierski automat perkusyjny Yamahy z lat 80., generator fal sinusoidalnych i bezprzewodowy system nagłośnieniowy zawieszony na balonach z helem, a Sol Rezza odtworzyła w systemie 12-kanałowym zarejestrowane na hydrofonach nowatorskie słuchowisko „In the Darkness of the World” oparte na motywach „Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi” Jules’a Verne’a. Najbardziej widowiskowe show „Double Vision” zaprezentowali w ogromnej sali konferencyjnej HKW Robin Fox i Atom TM. Choć wykorzystali trójwymiarowe wizualizacje i kolorowe lasery, połączyli eksperymenty elektroniczne z popową konwencją à la Kraftwerk, po dwóch występach pozostawili wrażenie pracy chaotycznej, niedokończonej i niezbyt odkrywczej.

Słuchaj na siedząco

Najciekawsze koncerty odbywały się codziennie w wyciemnionej, kameralnej sali HAU 2 i w ciągu tygodnia w postindustrialnych przestrzeniach Berghain. Najpełniej koncepcję festiwalu zrealizował Marcus Schmickler, który zafascynowany m.in. eksperymentami Jamesa Tenneya i kompozycjami Karlheinza Stockhausena bada fenomen tonu Sheparda. To iluzja tonu stale wznoszącego się i opadającego wywołująca delikatne swędzenie ucha aż po uczucie bólu. Podczas jego występu dało się odczuć również efekt dźwięku binauralnego, kiedy uszy odbierają dwa tony o niewielkiej różnicy częstotliwości, a mózg przetwarza je błędnie w dodatkowy trzeci dźwięk. Schmickler z dużym wyrafinowaniem dawkował te doznania, oferując każdemu indywidualny odbiór. Bardziej bezwzględni dla publiczności byli Kevin Martin (The Bug) i Lawrence English, którzy postanowili przetestować możliwości słynnego soundsystemu Funktion One w Berghain. Pierwszy przetworzył miejski zgiełk w przytłaczającą ścianę dźwięku, a drugi budował dramaturgię występu potężnymi naturalnymi zjawiskami dźwiękowymi. Obydwa występy mocno rezonowały w przestrzeni i odczuwało się je wręcz fizycznie – wibracją pod nogami, niskim basem w żołądku, dudnieniem w uszach i jazgotem przeszywającym głowę.    

Jeszcze większy potencjał tkwiący w idei un tune można było usłyszeć i zobaczyć w przedsięwzięciach multidyscyplinarnych łączących złudzenia dźwiękowe z iluzjami optycznymi. Nieinwazyjnie granice ludzkiej percepcji eksplorowali Pierce Warnecke i Matthew Biederman w „Perspection”, gdy przez wyświetlanie wizualizacji na dwóch ekranach ustawionych względem siebie w kształcie litery V osiągnęli efekt wirujących obiektów w trójwymiarze. Dynamikę mutujących białych, geometrycznych kształtów i płynnie przenikających się niebieskich i czerwonych barw podkreślali dokładnie zsynchronizowaną warstwą muzyczną. Podobnie dopracowany był występ „Morpheme”, w którym metaliczna, cyfrowa oprawa dźwiękowa Electric Indigo ilustrowała monochromatyczne wizualizacje Thomasa Wagensommerera pokazujące powolne „morfowanie” gęstych, matematycznych struktur. Natomiast TeZ w realizacji „PC868” poszedł jeszcze dalej i połączył binauralne bity rozchodzące się w systemie wielokanałowym z nerwowo migającym światłem i zmieniającymi się na ekranie barwami. Pobudzanie mózgu wieloma bodźcami mogło wprowadzać w stan otępienia, ale przy odpowiedniej koncentracji pozwalało zatracić się w tej feerii dźwięków i kolorów.    

Słuchaj na stojąco

Niestety po raz kolejny poważną słabością programu CTM były noce klubowe odbywające się w weekendy w Berghain i w magazynowej przestrzeni YAAM (dawniej Maria Am Ostbahnhof). Dużym rozczarowaniem był cykl Berlin Current – docelowo miał on prezentować najnowsze zjawiska na berlińskiej scenie, ale producenci i didżeje sztampowo miksowali muzykę basową, z elementami grime'u, dancehallu, UK garage, juke, trap, jungle i drum'n'bassu. Na tym tle wyróżniał się m.in. intensywny set Prostitutes (James Donadio) łączący motorykę techno z szorstkimi brzmieniami noise i electro, który dzięki wielokanałowemu systemowi nagłośnienia zyskał dodatkowy wymiar. Mocniej na zmysły oddziaływał live-act Evian Christ z futurystyczną oprawą dźwiękową z bitów grime'owych, hip-hopowych i r&b oraz z przestrzennym świetlnym show nawiązującym w nowoczesny sposób do klimatu rave'owego. Na zamknięcie festiwalu w Astra Kulturhaus zagrało jeszcze trio Carter Tutti Void, złożone z weteranów Chrisa Cartera i Cosey Fanni Tutti (Throbbing Gristle) oraz młodej Nik Void (Factory Floor). Przez godzinę grali mocno i transowo na przesterowanych rytmach przypominających o ich industrialnej przeszłości, a jednocześnie brzmieli świeżo i bezkompromisowo.

Podczas żadnego występu publiczność nie została wprowadzona w stan ekstatyczny, choć bliski tego był egipski muzyk weselny i innowator electro-chaabi Islam Chipsy grający na klawiszach psychodeliczne arabskie melodie napędzane żywą grą dwóch perkusistów E.E.K. Jednak pojawiło się kilka błyskotliwych konceptów dotyczących oddziaływania muzyki tanecznej. Producent Lorenzo Senni zafascynowany muzyką trance, którą w swoim wydaniu nazywa „T”, dokonał zaskakującej dekonstrukcji gatunku. Wykorzystał kilkadziesiąt tzw. build-upów, czyli momentów budowania napięcia w utworze, które zamiast rozładowywać i stymulować wybuch euforii, ciągnął w nieskończoność i wyłączał, a efekty wizualne zredukował do symbolicznego wykorzystania stroboskopu i maszyn do dymu. A artystka dźwiękowa Annie Goh zaprezentowała projekt net-artowy „The Banality of Affect”, który jest samogenerującą się kompozycją opartą na muzyce m.in. Armina Van Buurena, Tiesto i Paula Van Dyka. Rytm odzwierciedla dynamikę holenderskiej giełdy (stamtąd pochodzą didżeje), a melodia nastroje wiadomości podawanych przez serwisy. W ten sposób podjęła się krytyki mody na trance i EDM, komercjalizacji i banalizacji muzyki tanecznej oraz zatracenia kontrkulturowego charakteru techno i rave'u. 

Dostrój się albo odpadnij

Po tegorocznej edycji Club Transmediale nasuwają się co najmniej dwie refleksje. Pierwszą nieco niefortunnie sprowokowali organizatorzy poprzez umieszczanie ostrzeżeń przed szkodliwością wysokiej głośności na koncertach i poprzez rozdawanie publiczności zatyczek do uszu. To jakby wręczać widzom na zaczynającym się niedługo festiwalu Berlinale przed seansami okulary do spania, żeby nie raził ich film wyświetlany na ekranie. W tym wypadku troska o uczestników jest jednak tak samo zrozumiała, jak chęć wprowadzania tymi informacjami pewnego poczucia zagrożenia, niepewności, wzbudzenia ciekawości i dania poczucia uczestniczenia w „czymś wyjątkowym”. Przez ponad tydzień nikt nie zemdlał, nikt nie stracił słuchu i nie został odwieziony do szpitala. Za to może udział w koncertach z zatyczkami w uszach uświadomił niektórym słuchaczom, że dźwięk jest zjawiskiem typowo fizycznym – możemy nie słyszeć dokładnie wszystkich częstotliwości, ale nasz organizm i tak będzie odczuwał fale.

Club Transmediale – Un Tune,
Berlin, 25 stycznia - 1 lutego 2015
Druga refleksja nasuwała się częściej między wydarzeniami artystycznymi niż podczas ich trwania. Wiele koncertów było ciekawych i odświeżających, ale postulat otworzenia się na nowe dźwięki i doświadczenia skuteczniej można było realizować indywidualnie przemieszczając się po mieście z jednego miejsca koncertowego w drugie. Berlin oferuje wiele doznań zmysłowych i fizycznych, szczególnie gdy jedzie się kolejkami na odcinku z HAU na Kreuzbergu do Berghain albo Yaam po drugiej stronie Szprewy i gdy trzeba pokonać trzy ruchliwe węzły komunikacyjne na Kottbuser Tor, Warschauer Strasse i Ostbahnhof. Zmienia się natężenie hałasu, tempo ruchu, obraz za oknem i percepcja przestrzeni, a ulice pełne zgiełku, barw, świateł i zapachów przemierza się niemal jak w transie do wyznaczonego celu. To współczesny krajobraz każdego dużego miasta, w które wpisane jest bycie in tune. A bycie un tune jest tylko rodzajem luksusu, na który możemy sobie pozwolić, zatrzymując się w miejscu i chcąc na chwilę się wyciszyć albo wyłączyć.  -