Katastrofa. Próba generalna

Katastrofa.
Próba generalna

Darek Arest

Jedno z tych zdarzeń, o których po pięciu minutach można z czystym sumieniem powiedzieć, że „nic się nie stało”. Gdy po kilku sekundach wszyscy otrzepują się z kurzu i wracają do swoich zajęć, idealna rodzina z „Turysty” odkrywa, że właściwie wracać nie ma już do czego

Jeszcze 1 minuta czytania

Jak w Alpy, to tylko z Rubenem Östlundem. Po pierwsze gość wie, co robi, bo karierę zaczynał od realizacji filmów narciarskich. Po drugie jest tak zdolny, że nawet z nudnych rodzinnych wakacji, w sterylnej przestrzeni luksusowego kurortu potrafi wykroić porcję thrillera i komedii – i to bez uciekania się do kryminalnej intrygi i cyrkowych gagów. Nie on jeden lubi prowadzić chłodną obserwację wiodących dostatnie życie mieszczuchów i delikatnymi pstryczkami wytrącać ich z komfortowej psychicznej równowagi. Ale w odróżnieniu np. od Ulricha Seidla, nie kpi ze swoich bohaterów, by widzowie mogli poczuć się lepiej ich kosztem. Nie kpi także ze swoich widzów, jak czynił to niegdyś Michael Haneke. Szwed jest autentycznie ciekawy swoich bohaterów, przygląda się im niczym płazom w terrarium, z fascynacją, strachem i wyrozumiałością. Jakby zawsze pamiętał o tym, że od znalezienia się po drugiej stronie dzieli go tylko cienka i krucha warstwa szkła.

Rodzina, która pod okiem Östlunda wyjeżdża na wczasy jest doskonała i symetryczna. Dwa plus dwa, grzeczne dzieci, piękni rodzice, wysokie przychody. Dobry sprzęt narciarski, czyste świetliste pokoje, zdrowe obiady, dobra kondycja – życie jak z obrazka do skandynawskiego magazynu lajfstajlowego. Nawet alpejska przyroda znajduje się pod całkowitą kontrolą: rozświetlona reflektorami, poprzecinana równymi ścieżkami, z czystym powietrzem, którym raz po raz wstrząsają delikatne wybuchy – to sztucznie wywoływane lawiny, które mają zapobiec tym prawdziwym. W cenę drogich wakacji wchodzi poczucie bezpieczeństwa. W takich warunkach reżyser bez ostrzeżenia urządza swoim bohaterom próbę generalną katastrofy. Nic wielkiego, jedno z tych zdarzeń, o których po pięciu minutach można z czystym sumieniem powiedzieć, że „nic się nie stało”, a które pod skórą eksplodują z mocą dynamitu. W momencie grozy tatuś zawodzi jako przywódca stada. Fundament rodziny pęka przez jeden nieszczęśliwy odruch i ekspresowo zaczyna się kruszyć. Gdy po kilku sekundach wszyscy otrzepują się z kurzu i wracają do swoich zajęć, bohaterowie „Turysty” odkrywają, że właściwie nie mają już do czego wracać.

Takich oblanych prób męskości, w świecie wciąż ciężko pracującym na równouprawnienie, mieliśmy w kinie już kilka (ostatnio np. „Najsamotniejsza z planet”). Östlund nie jest ponurym profesorem, który kościstym palcem przypomina, że „wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono”. Jego film jest delikatnie tkaną i przenikliwie zimną komedią o zjawisku tak mało wesołym, jak rozpad rodzinnej struktury. Szweda interesuje człowiek jako część stada, nieustannie określający się wobec innych, zbudowany z oczekiwań, wzorów, póz przybieranych na użytek pozycji w grupie. Te gierki ze szkolnych korytarzy nigdy się nie kończą. Kryzys męskości to temat poboczny – staliśmy się takimi specjalistami w oddawaniu się pod opiekę specjalistów, że nikogo nie powinien gorszyć zanik „naturalnych” odruchów. Ojciec odpowiada za swoją mechaniczną reakcję w równym stopniu co za swój naturalny kolor włosów. I nie tylko jego zdradziły własne instynkty i pragnienia. Zawiódł cały system ideałów i wyobrażeń. Bohaterowie miotają się i upokarzają nawzajem, próbując ustalić: czego pragną, w co wierzą, co są w stanie wybaczyć. Okazuje się, że katalog, według którego urządzili doskonałe swoje życie, zawierał stek bzdur. Buntują się jak małe dzieci i ze złością zdzierają z siebie kostiumy. Z tego miotania reżyser umiejętnie krzesa komiczne iskry, zagęszczając jednocześnie dramat.

„Turysta”, reż. Ruben Östlund. Dania, Szwecja 2014,
w kinach od 6 lutego 2015 
Östlund aranżuje najbardziej kłopotliwe sytuacje i eksploatuje je do dna. Przyłapuje swoich bohaterów w emocjonalnym negliżu. Pozwala im odgrywać kiepskie role, przeczołgiwać się nawzajem i kompromitować. „Turysta” jest zdecydowanie lżejszy od „Gry”, czy „Mimowolnie”, mróz skuteczniej zostaje roztopiony humorem. Całość opowiedziana jest dolegliwie realistycznym językiem. Za spektakl płacimy dyskomfortem, za śmiech – nerwówką, za rozluźnienie – serią spięć. W tym cała zabawa, że obserwatorzy stają się uczestnikami gry. Östlunda fascynuje doświadczenie granicy, wyjścia poza teren zabezpieczony przez specjalistów, przez dobre maniery i normy umowy społecznej. W bezpiecznej i praworządnej skandynawskiej rzeczywistości takie dotknięcie chaosu jest widoczne jak plama ropy na czystej powierzchni wody. Co czyni te filmy jeszcze ciekawszymi z polskiej perspektywy, gdzie chaos jest zawsze krok za nami, czekając tylko, aż zmylimy krok.

Jakkolwiek nieskuteczna byłaby terapia oferowana przez reżysera, i tak zapewne sprawdzi się lepiej niż chaotyczne podrygi jego bohaterów. Gdy w tryby idealnej rodziny dostaje się piasek, a podręczna walizeczka z narzędziami okazuje się całkowicie bezużyteczna, turyści stają przed widmem wyniszczającego impasu. Zbierają więc z podłogi porozrzucane w gniewie kostiumy, wchodzą ponownie w porzucone role i wskrzeszają swój rodzinny teatrzyk. Heroizm czy kapitulacja? Odpowiedź znają idealnie przygotowane stoki.