W zespole samych mężczyzn

W zespole samych mężczyzn

Agata Pyzik

Z okazji premiery polskiego tłumaczenia autobiografii Kim Gordon przypominamy recenzję oryginalnej wersji książki

Jeszcze 5 minut czytania

Kilka lat temu po Facebooku krążył jeden z tych głupkowatych quizów pt. „Którą diwą lat 90. jesteś?”. Połowa moich koleżanek, łącznie ze mną, uzyskała wynik: Courtney Love. Prawie wszystkie jednak chciałyśmy być Kim Gordon. Nikt nie chce być neurotyczną, narcystyczną wywoływaczką kłopotów i karierowiczką, która „zabiła Kurta Cobaina”; każda chce być zrównoważoną, ale seksowną intelektualistką, która cieszy się szacunkiem całego muzycznego środowiska, a zarazem nowojorskiego undergroundu artystycznego (nie to, co ta delikatnie mówiąc szurnięta Courtney, kto by tam chciał się z nią zadawać).

Sonic Youth osiągnęli wśród „młodych, wykształconych, z wielkich ośrodków” taką popularność (jak na zespół alternatywny) chyba dlatego, że byli zaskakująco, uderzająco wręcz normalni. Łączyli paradoksy: grupa zdrowych, zrównoważonych geeków, którzy jednocześnie na koncertach i w estetycznej otoczce lansowali się na muzycznych prymitywistów, odwoływali się do najsurowszego punka, czy wręcz udawali rodzaj art brut. Miłe mieszczuchy z rodzinami i dziećmi, które ostentacyjnie wytrząsają sobie bebechy i rozwalają gitary. How cool is that? SY byli biletem wstępu dla mieszczuchów do serca undergroundu, znakomicie dostosowanymi do życia „normalsami”, uprawiającymi muzykę eksperymentalną. Szanowali zarówno Steve'a Reicha, jak i Richarda Hella, w dodatku nie mieli żadnych historii z narkotykami, dziwnych poglądów, a i uchowaj Boże,  żadnych ekscesów w życiu prywatnym. Sama Kim Gordon ma do siebie dużo dystansu. Jednocześnie stała się ikoną kolejnego pokolenia feministek takich jak Lena Dunham. Nieprzypadkowo pojawiła się w trzecim sezonie serialu „Girls”. Zagrała tam małą rolę... wariatki na odwyku.

Thurston Moore i Kim Gordon przez wiele lat nie tylko występowali w najbardziej cool zespole świata, ale również ich związek był apoteozą fajnego związku. Byli małżeństwem 27 lat, pozostawali przez 30 lat w związku, razem wychowywali córkę Coco. Sympatyczni państwo, co prawda już po pięćdziesiątce, ale nadal grający w zespole z młodością w nazwie. Zachowujący status „poszukujących”, „alternatywnych”, których każdy projekt musi dostać co najmniej dwie strony w magazynie „The Wire”.

W końcu jednak ta fasada zaczęła pękać – w 2011 Kim Gordon i Thurston Moore ogłosili separację. Jednocześnie stało się oczywiste, że bez funkcjonującej pary nie jest w stanie funkcjonować również sam zespół. Po kilku miesiącach Gordon udzieliła niechętnie kilku wywiadów, w  których opowiedziała, jak kilka lat walczyła o związek ze zdradzającym ją mężem, chodziła z nim na terapię małżeńską, dawała mu kolejne szanse. Wywiady były doskonale wyważone, pozbawione krztyny złego smaku. Gordon zmagała się również z chorobą nowotworową, co czyniło z niej już postać heroiczną. Błagania fanów przekonały w końcu Gordon do napisania autobiografii, która dawała szansę na zmierzenie się z przeszłością, nie tylko tą w Sonic Youth. 

Kim Gordon, „Girl In a Band”,
Dey Street Books, 288 stron
Efekt, jeszcze gorąca od prasy drukarskiej książka „Girl In a Band” („Dziewczyna w zespole”), zarazem obfituje w szczegóły i jest dziwnie niedopowiedziana, przemilczana. Zawiera wiele opisów jej młodości i życia przed SY, i jej działalności na polu sztuki, a prawie wcale nie ma pasaży na temat tworzenia samej muzyki. Memuar otwiera opis ostatniego tournée i koncertu, jaki SY dali w Ameryce Południowej. Wtedy już między nią a Thurstonem sprawy miały się nie najlepiej i para zwyczajnie siebie unikała. Gordon pisze: „Zawsze byłam niezwykle nieśmiałą, strachliwą osobą, ale wiedziałam, że aby być i robić to, co chcę, muszę to przezwyciężyć i stać się nieustraszona”. Nieśmiałość i niechęć do konfrontacji Kim są leitmotivem tej książki, ale także powodem do zdziwienia, w jaki sposób stała się tym, kim się stała.

Premiera książki w Warszawie

Wydawnictwo Czarne i warszawska Cafe Kulturalna zapraszają na dyskusję wokół książki Kim Gordon „Dziewczyna z zespołu”. W spotkaniu udział wezmą Małgorzata Halber i Agata Pyzik. Rozmowę poprowadzi Robert Sankowski („Gazeta Wyborcza”).

29 marca, godz. 19, Warszawa, Cafe Kulturalna, Pl. Defilad 1 Więcej informacji: https://www.facebook.com/events/1662330754016775/

Odpowiedzią na to pytanie jest częściowo jej pragnienie zerwania z własnym backgroundem. Gordon była dziewczyną ze słonecznej, acz nudnawej Kalifornii, córką socjologa i niespełnionej artystycznie gospodyni domowej, których życie płynęło pod dyktando ciągłych zmian z powodu pracy ojca (spędzili kilka lat m.in. na Hawajach i w Hongkongu) i ataków choroby psychicznej starszego brata Kim, Kellera. To on był uważany w rodzinie za inteligentniejszego i bardziej utalentowanego. Kim nie czuła się chroniona przez rodziców przed jego przemocą psychiczną.

Od najmłodszych lat czuła więc, że musi nawigować między nimi trojgiem jako jedyna normalna. To dlatego natychmiast wyjechała na studia artystyczne, a w wieku dwudziestu kilku lat znalazła się bez grosza w Nowym Jorku. To także poczucie, że musi pomagać silniejszym, a zarazem niestabilnym mężczyznom, sprawiło, że od samego początku znalazła się w orbicie oddziaływania lub w romantycznych związkach ze starszymi mężczyznami o ugruntowanej reputacji. To koniec końców tłumaczy, dlaczego chciała być w zespole „samych mężczyzn” (do tego odnosi się też sam tytuł książki).

Jej mentorem w NYC był artysta konceptualny Dan Graham. Częściowo dzięki niemu Kim weszła w środowisko artystów nowojorskich końca lat 70. Na tamtej scenie królował konceptualizm spod znaku Pictures Generation: Cindy Sherman, Sherrie Levine, Robert Longo, Richard Prince. To Graham załatwił jej pierwszą pracę związaną z art worldem oraz jako pierwszy namówił do grania muzyki. To on zachęcił ją też do pisania – jej pierwszy artykuł „Trash, Drugs and Male Bonding”, opowiadał o homospołecznych („homosocial” – termin rzucony przez teoretyczkę queer Eve Kosofsky Sedgwick, opisujący szerokie, płynne spektrum pomiędzy hetero- a homoseksualizmem) relacjach mężczyzn, także w muzyce. Gordon była zafascynowana tym tematem. „Wszyscy teraz mają zespoły”, pisała, mając na myśli przede wszystkim przeżywającą rozkwit scenę no wave – Lydię Lunch, Jamesa Chance'a i Glenna Brancę, czyli najbardziej artystowską ze scen nowojorskich, których pomysłem na muzykę była czysta ekspresja i konceptualne, wywiedzione ze sztuki, podejście do punka. U początku kariery Sonic Youth znajdowali się gdzieś między etosem no wave i sceny hardcore-punk – dlatego, że wyglądali tak normalnie. Ze sceną no wave łączyło ich raczej brzmienie niż warstwa wizualna.

Jednym z  jej najbliższych przyjaciół stał się Mike Kelley, wtedy młody gniewny, potem jedno z najgorętszych nazwisk sztuki amerykańskiej (kilka lat temu popełnił samobójstwo). Jego wydziergany na szydełku pomarańczowy stworek widnieje na okładce jednego z dwóch najbardziej mainstreamowych albumów SY, „Dirty”. To zresztą charakterystyczne. Wszyscy artyści, których prace pojawiały się na okładkach płyt Sonic Youth: Raymond Pettibon, Mike Kelley, Richard Prince, a nawet uznawany za największego żyjącego malarza Gerhard Richter, byli kumplami lub znajomymi Kim Gordon. Gordon od początku regularnie pisywała też do magazynów sztuki, takich jak „Artforum”. To także wyjaśnia, czemu nieznana grupa eksperymentatorów z kręgów galeryjno-artystycznych osiągnęła wielki sukces, a w tym momencie uchodzi za klasyków, czy wręcz za artworldowy establishment. SY można uznać za początek mariażu niezamożnej muzyki alternatywnej i wpływowego, obrzydliwie bogatego nowojorskiego art worldu.

Zarazem koniec lat 70. był początkiem końca Nowego Jorku jako raju dla ubogich początkujących artystów, końcem epoki niskich czynszów i cygańskiego trybu życia – artyści z tych kręgów zaczęli odnosić sukces, trwająca od czasów Fabryki Warhola gentryfikacja modnych dzielnic typu SoHo, przyspieszyła, rynek sztuki dyktował, kto jest dobrym artystą. I choć Gordon narzeka w książce na ten stan rzeczy, to brak jej spojrzeniu konsekwencji – siebie, SY i swoich znajomych uważa za w jakiś magiczny sposób nieuwikłanych w ten stan rzeczy. Hejtuje Jeffa Koonsa, który już wtedy zaczął osiągać niebywały sukces finansowy swoimi „zawłaszczeniami” masowych produktów, a tych mniej ostentacyjnych, jeśli są jej przyjaciółmi, postrzega jako nadal niezależnych. Podobnie, sztuka wizualna samej Gordon blednie przy jej dokonaniach muzycznych, dlatego zastanawia, dlaczego traktuje ją ona wciąż jako dokonanie równorzędne z muzyką.

Najważniejszą częścią książki jest historia powstania i funkcjonowania samego Sonic Youth. Thurston Moore był kompletnym normalsem z klasy średniej, który przyjechał do NYC z niezbyt ekscytującego Connecticut całkiem opętany ideą punk rocka. To właśnie on i Kim zawsze uchodzili za mózgi i autorów intelektualnych strategii. W książce jest piękny moment rozmowy między Moore a ironicznym Danem Grahamem. SY grają w słynnym klubie CBGB, Moore orkiestruje „moment rock’n’rollowy”. Po koncercie Graham radzi mu: „Masz najpierw krzyknąć, a dopiero potem upaść na scenę, nie odwrotnie!”. Sama Gordon, być może w akcie sarkazmu wobec byłego partnera, opowiada: „Wielu ludzi uważało Thurstona za kogoś żywiołowego i ekstatycznego, kto żyje całkowicie w teraźniejszości. Ja jednak wiedziałam, że jest znacznie bardziej wykalkulowany: jego słowa piosenek były zawsze wykoncypowane, wysiedziane, naszpikowane rockowymi aluzjami, a sama rock’n’rollowa strategia dogłębnie przemyślana”.

Sposób, w jaki biografia Kim jest napisana, ma sugerować kogoś, kto zawsze kieruje się instynktem, nie intelektualizuje. Jednak muzyka SY od początku cierpiała na dogłębne wykoncypowanie. Wydaje się, że Gordon postrzega siebie jako kogoś w gruncie rzeczy nieskomplikowanego, i niechętnie odsłania kulisy swojej artystycznej strategii, lub, co gorsza, jest jej nieświadoma. Ta pierwsza możliwość zdaje się bardziej prawdopodobna: jak na symbol rockowej erudycji członkowie SY przejawiają zaskakującą obsesję autentyzmu, jakby bali się, że ktoś zakwestionuje ich wiarygodność jako zespołu rockowego.

SY mieli podstawowe znaczenie dla wypromowania w Ameryce muzyki alternatywnej i późniejszego sukcesu Nirvany. Znakomicie opisuje to m.in. Michael Azerrad w książce „This Band Could Be Your Life”.  SY byli niezbędnym pośrednikiem pomiędzy światem alternatywy a mainstreamu. To labele takie jak SST, zespoły jak Black Flag czy Hüsker Dü, i wiele lat tras koncertowych (jak wspomina Gordon, w tamtych czasach amerykańskie radio po prostu nie grało muzyki niezależnej) przetarły szlak dla muzyki niezależnej w rozległej Ameryce z jej bardzo rozczłonkowaną sceną muzyczną. W Stanach punk potrzebował ponad dekady dłużej niż w Wielkiej Brytanii, gdzie przemysł muzyczny i cała obudowa były znacznie bardziej scentralizowane, żeby się przebić. I przebił się dopiero około 1991 roku (rok stratosferycznego sukcesu „Nevermind”). Tak zresztą zatytułowany był film dokumentujący wspólną trasę SY i Nirvany („1991. The Year That Punk Broke”). Sonic Youth sami przez chwilę flirtowali z mainstreamem, podpisując kontrakt z Geffen, na dwóch albumach „Goo” i „Dirty” wcielając się w rolę zespołu grunge'owego (choć wyironizowane, konceptualne podejście do muzyki i sloganów i klipy wyreżyserowane przez kolegów-artystów sugerowały wysoki poziom dystansu), po czym wrócili do niszy, ale z powodu sukcesu „Nevermind” ta nisza została już na zawsze odmieniona.

Wierzę mimo wszystko w przyjaźń między Nirvaną i SY, ale nie podoba mi się sposób, w jaki Gordon opisuje Kurta jako świętego, a Courtney Love jako szczwaną zdzirę, gotową na wszystko, by odnieść sukces. Powtarza w ten sposób znane klisze na ten temat, które miały realne konsekwencje w życiu Love. Do tej pory przez rzesze fanów Nirvany oskarżana jest jeśli nie o spowodowanie śmierci męża, to przynajmniej o współodpowiedzialność, niedostateczną pomoc, która mogłyby go uratować. Nie wydaje mi się też, aby powstające po śmierci Cobaina filmy, w tym „Last Days” Gusa van Santa, gdzie Kim Gordon zagrała jego przyjaciółkę z wytwórni płytowej, zrobiły z tej przedłużającej się, szkodliwej wizji Kurta jako męczennika cokolwiek pozytywnego.

Kim deklaruje się jako feministka, a jej obecność na scenie samych mężczyzn miała podstawowe znaczenie, wysyłała informację w świat dla dziewczyn, które chciały grać rocka. Jednak jak na feministkę, Kim ma zaskakująco wiele cierpkich słów pod adresem kobiet, zwłaszcza Courtney Love i Lany Del Rey (która wyznała w wywiadzie, że feminizm jej nie interesuje). Tej drugiej wyrzuca naiwność i konserwatyzm: „Nie wie nawet, czym jest feminizm, wierzy, że kobiety mogą robić, co chcą, co, w jej świecie, oznacza autodestrukcję, sypianie ze starszymi obleśnymi mężczyznami albo zostanie królową Hell’s Angels. Równe płace i równość praw też byłyby miłe. Oczywiście, to tylko kreacja. Jeśli ona naprawdę wierzy, że to wspaniale, jeśli muzycy zatracają się w narkotykach albo depresji, dlaczego po prostu sama ze sobą nie skończy?”. Za ten fragment fanatycy Lany Del Rey, którzy nie mieli oczywiście pojęcia o Sonic Youth, brutalnie zaatakowali ją w internecie. Oczywiście byłoby lepiej, gdyby młode dziewczyny identyfikowały się raczej z dojrzałym, pewnym siebie feminizmem Kim, niż straceńczym, niedojrzałym nihilizmem Lany. Czy jednak ze swoimi fantazjami Del Rey nie mówi nam czegoś więcej o sytuacji kobiet dziś, niż pozbawione wątpliwości komunały Gordon?

Z książki dowiadujemy się też o kobietach, które Gordon ceni. Są to m.in. jedna z pomysłodawczyń ruchu riot grrrls, Kathleen Hanna, Kim Deal (basistka Pixies), Chloe Sevigny czy Sofia Coppola. To łatwe, przeciwstawić sobie postępową Hannę z manipulatorską wariatką Courtney, tylko czy to nie ogranicza spektrum samego feminizmu? Czy sam feminizm riot grrrls był i jest dostępny dla wszystkich? Słowa pochwały pod ich adresem – „nie chciały zostać wykorzystane i zamienione w produkt, nad którym straciłyby kontrolę przez korporacyjny świat białych mężczyzn” (to echo „męskiej, białej, korporacyjnej opresji” z piosenki SY „Kool Thing”) – brzmią nieprzekonująco. Po pierwsze, chodzi o skuteczność proponowanych przez nich strategii: wymalowanie sobie na brzuchu słów takich, jak „dziwka”, jako sposób na ich odzyskanie z rąk seksistów to pomysł dobry być może dla białych dziewczyn z klasy średniej, ale już nie dla czarnych lesbijek z klasy robotniczej. Tak jakby bunt riot grrrls nie został już dawno zawłaszczony przez popowy mainstream (Spice Girls?), podobnie jak sztuka, o której Gordon opowiada z taką emfazą. (Polecam wyguglanie Kim Gordon + art, wyskoczy nam kilka naprawdę nieinteresujących, epigońskich wobec lat 80. obrazów). Zabawnie w kontekście „pozostawania zawsze w alternatywie” prezentuje się kilka minirodziałów, poświęconych marce modowej X-Girl stworzonej przez Kim. Na początku brand miał być alternatywą wobec nowojorskiego tygodnia mody: pokaz na ulicy, estetyka naśladująca lewicowe kino Godarda i slogany antykapitalistyczne (czyli klasyczny radical chic). Skończyło się na dość lukratywnym odsprzedaniu firmie w Japonii, gdzie zespół ma wiernych fanów, a marka istnieje do dziś.

Klasa społeczna to interesujący leitmotiv książki. Pojawia się po raz pierwszy, gdy Gordon chce uciec od drobnomieszczańskiego brzemienia jej rodzinnych kręgów. Potem ta obawa o bycie podejrzanym o pochodzenie z klasy średniej przenosi się na zespół, który w porównaniu z ich nowojorskim otoczeniem zachowywał się i wyglądał zaskakująco normalnie – Kim opowiada, jak eksperymentowała z ubraniem i fryzurą, aby zmienić swój trochę świętoszkowaty wygląd dziewczynki z dobrego domu na bardziej rockowy, zbuntowany, sexy. Zarazem przerażał ją styl Lydii Lunch, uważała go za tandetny.

Ciekawa jest anegdota z początku kariery zespołu. Sonic Youth grali w Londynie. Do Kim podeszła wtedy nowofalowa diwa Danielle Dax i bezceremonialnie ostrzegła, żeby zespół nie grał zbyt długo, bo to na niej ma się skupić cała uwaga. Kim była zszokowana, że muzycy mogą ze sobą w ten sposób rywalizować. „Wtedy zrozumiałam, że dla nich punk był sposobem na karierę. Co jest dziwne, biorąc pod uwagę, jak wiele brytyjskich zespołów punkowych wyszło ze szkół artystycznych”. Wychowana w Ameryce Gordon nie potrafi sobie wyobrazić, że edukacja artystyczna jest w Europie za darmo, a w Wielkiej Brytanii nadal istnieje państwo opiekuńcze, które daje młodym ludziom zasiłki, i że ta infrastruktura umożliwiła punk czy samo myślenie o karierze artystycznej wielu osobom niepochodzącym z klasy średniej. To zastanawiające, że ktoś, kto jak Gordon, zrobił taką karierę w muzyce alternatywnej, nie dostrzega, że to przychodzi z wysiłkiem, że o to się walczy – stałoby to w sprzeczności z ogólną postawą bycia „cool”.

Choć przecież wiemy, że to, co osiągnęła, kosztowało ją wiele. Tematy, które poruszała w muzyce, były pionierskie: patriarchalizm w muzyce rockowej, seksizm w show-biznesie, wykorzystywanie seksualne w pracy, przemoc wobec kobiet, i czynią z niej jedną z najbardziej politycznych postaci amerykańskiej muzyki. Nie było łatwo wejść w świat mężczyzn, a Gordon otwarcie przyznaje, że zrobiła karierę dzięki wsparciu, pomocy lub inspiracji wielu z nich; że dołączyła do męskiego zespołu, bo chciała przekonać się, jak to jest być jedyną kobietą w zespole, doświadczyć „męskiego bratania się”, które inaczej byłoby dla niej niedostępne. Ale ta zależność nie zostaje dostatecznie wypunktowana. Jest za to lista rockowych idoli-męczenników, którym Kim po matczynemu trochę współczuje.

Mimo wielu projektów pobocznych, Sonic Youth pozostaje najważniejszym dokonaniem muzyków tego zespołu. Dlatego tak szkoda rozpadu grupy. Owszem, bywała ona irytująca w nachalnych odwołaniach do artystów, którzy albo zginęli tragicznie, albo ich sztuka była znacznie bardziej od SY radykalna. Przepracowali jednak całkiem język rocka, w którym, jak się wydawało, nie da się powiedzieć już nic nowego, stworzyli własny idiom. Sama Kim, choć początkowo w ogóle nie umiała grać na basie, obróciła to na swoją korzyść. Podobnie ograniczone możliwości wokalne nie przeszkodziły jej stać się jednym z najbardziej charakterystycznych żeńskich głosów w muzyce rockowej. Pod koniec książki Gordon mówi: „jestem teraz zupełnie inną osobą”. Nie zdecydowała się na bardziej radykalne zmierzenie się ze swoim muzycznym i artystycznym dorobkiem. Wierzę jej, kiedy pisze, że „nie rozumie, dlaczego ludzie traktują ją jak ikonę”, jednak jak na osobę tak świadomą funkcjonujących w popkulturze mitów wydaje się zaskakująco przekonana o przezroczystości własnego. To ostatecznie pogłębia tylko problem, jaki mam z Sonic Youth. Jeśli warto czytać dziś wspomnienia Gordon, to głównie dla genealogii amerykańskiej alternatywy i plotek z art worldu. Niestety, to, co uczyniło z nieśmiałej dziewczyny jedną z najbardziej szanowanych osobowości rocka, możemy wyczytać tylko między wierszami.