Czysta, kurde, literatura

Maciej Jakubowiak

Clean Reader działa prosto: znajduje w e-booku wszystkie wulgarne słowa i zasłania je kropką. W razie niezrozumienia wykastrowanego zdania można podejrzeć bardziej przyzwoity zamiennik

Ludzie, którzy narzekają na przekleństwa w książkach, nareszcie mogą poczuć się lepiej. Jest na to apka. Clean Reader wywołał w ostatnich tygodniach niemałe kontrowersje, prowokując do zabrania głosu znanych pisarzy i publicystów. Wszystko przez młodą czytelniczkę, która wróciła do domu zasmucona paroma wulgaryzmami, na jakie natknęła się w książce.

Clean Readera stworzyło małżeństwo Maughanów z Idaho w USA, zatroskane o doświadczenia czytelnicze swojej córki. Chcąc uchronić ją przed przekleństwami i innymi obscenicznymi wyrazami, pomyśleli, że na pewno jest do tego aplikacja. Kiedy ze zdumieniem odkryli, że jeszcze taka nie istnieje, postanowili czym prędzej ją stworzyć. Clean Reader działa prosto: znajduje w e-booku wszystkie wystąpienia podejrzanych słów i zasłania je kropką, a jeśli czytelniczka ma problem ze zrozumieniem tak wykastrowanego zdania, może za pomocą kliknięcia podejrzeć bardziej przyzwoity zamiennik.

Zrzut ekranowy aplikacji Clean ReaderClean ReaderNa liście inkryminowanych wyrazów znalazły się m.in. „fucking” (podmieniane na „freaking”), „hell” (zmienione na „heck” — jak w serialu „Fargo” namiętnie powtarzał Lester Nygaard), „shit” („crap”) czy „bitch” („witch”), ale też nazwy organów seksualnych (wszystkie kobiece zamienione na „bottom”, co, jak zauważyła jedna z dziennikarek, może budzić nawet bardziej wyuzdane sugestie), a nawet „Jesus Christ” (zmieniony na „geez” – czytaj „Dżiz”). Program oferuje trzy stopnie wykrywalności wulgaryzmów: „clean”, „cleaner” i „squeaky clean” (czysty, czystszy, najczystszy), choć umożliwia również wyłączenie filtra.

Pojawienie się aplikacji, dostępnej na iOS i Androida, szybko wzbudziło ogromne kontrowersje. Sprzeciw wyrażali m.in. Margaret Atwood i Chuck Wendig (autor wydanego po polsku cyklu „Drozdy”), a najsilniejsza krytyka pojawiła się ze strony Joanne Harris, autorki m.in. „Czekolady” (lepiej znanej z filmowej ekranizacji z Juliette Binoche i Johnnym Deppem). Harris napisała na swoim blogu, we wpisie zatytułowanym „Why I’m Saying «Fuck you» to Clean Reader” („Dlaczego mówię «Pierdol się» Clean Readerowi”), że aplikacja stanowi najgorszą formę cenzury i zasadniczo nie różni się od palenia książek w III Rzeszy.

Pisarka zwróciła też uwagę na problem, który pojawia się praktycznie we wszystkich krytycznych głosach dotyczących Clean Readera: naruszenia praw autorskich. Jej zdaniem, modyfikowanie tekstu polegające na usuwaniu lub zamianie niektórych słów godzi w prawa moralne autorów, naruszając integralność ich tekstów oraz fałszywie przypisując im autorstwo wybrakowanych tworów. Z tego powodu nawet organizacje zbiorowego zarządzania prawami, takie jak brytyjskie The Society of Authors, wyraziły zaniepokojenie. I choć twórcy aplikacji podkreślali, że Clean Reader nie dokonuje trwałych modyfikacji tekstu i umożliwia dostęp do niezmienionego oryginału, nie naruszając tym samym praw autorskich, to jednak sama możliwość automatycznego modyfikowania tekstów literackich najwyraźniej poruszyła czułą strunę pisarzy.

Zrzut ekranowy aplikacji Clean ReaderClean ReaderWskutek kontrowersji twórcy Clean Readera wyłączyli na razie możliwość kupowania i ściągania książek z poziomu samej aplikacji. W tej chwili jest więc bezużyteczna. Ale zapowiadana jest już aktualizacja, która ukoi niepokoje. Niewykluczone, że twórcy dołożą po prostu opcję wgrywania do Clean Readera e-booków zakupionych w inny sposób, w ten sposób unikając zależności od dystrybutorów.

Jeśli tak się wydarzy, to Clean Reader stanie się po prostu kolejną aplikacją do czytania elektronicznych książek, jakich dziesiątki albo nawet setki można znaleźć w sklepach z aplikacjami mobilnymi. Większość oferuje dowolne formatowanie tekstu, zmiany czcionek, kolorów, tła, wybór między symulowanym przerzucaniem kartek a ciągłym przewijaniem tekstu — nic kontrowersyjnego. Istnieją też bardziej zaawansowane opcje, oferowane m.in. przez mechanizm X-Ray w Kindle'ach Amazona, polegające na skanowaniu tekstu i udostępnianiu pobieranych z internetu dodatkowych informacji o postaciach, lokalizacjach czy pojęciach pojawiających się w e-booku. Niektóre czytniki pozwalają również na dzielenie się podkreśleniami i notatkami z lektury. Istnieją też takie aplikacje, które radykalnie zmieniają doświadczenie czytelnicze. Mechanizm o nazwie Spritz pozwala na dzielenie dowolnego tekstu na pojedyncze słowa, wyświetlane w jednym miejscu ekranu z określoną prędkością, dzięki czemu czytanie — uwolnione od zbędnych ruchów gałek ocznych — ma się odbywać znacznie szybciej.


Żaden z tych mechanizmów nie idzie tak daleko, by modyfikować samą treść książek. Nie oznacza to jednak, że to niemożliwe. Pliki w formacie EPUB, najczęściej udostępnianym przez dystrybutorów e-booków, to tylko nieco bardziej skomplikowane pliki tekstowe, które można dowolnie zmieniać przy użyciu najprostszego notatnika. Istnieją też proste w obsłudze narzędzia do konwertowania e-booków, dzięki którym możemy zakupioną książkę pozmieniać, jak tylko chcemy, i wgrać z powrotem na czytnik. W każdej chwili możemy więc zabawić się w popularną grę towarzyską Mad Libs, w której wybrane słowa tekstu zamienia się na te wskazane przez uczestników gry. Oznacza to, że wszystkie czytniki e-booków, choć tego nie robią, to jednak mogłyby dokonywać tych zmian (pewnie dlatego małżeństwo z Idaho zakładało, że taka aplikacja na pewno już istnieje). Clean Reader po prostu realizuje tę możliwość.

Zrzut ekranowy aplikacji Clean ReaderCzysty, czystszy, najczystszy / Clean Reader

Clean Reader nie wziął się znikąd. Na serwisie społecznościowym dla czytelników Goodreads od kilku lat istnieje grupa „Clean Reads”, której członkowie polecają książki, w których nie występują żadne wulgaryzmy czy obsceniczne przedstawienia, np. zachowań seksualnych czy przemocy. Zadziwiający może wydawać się bezwzględny stosunek członków tej grupy wobec wszelkich przejawów wulgarności. Jedna z czytelniczek zwierza się, że choć pewna książka bardzo ją wciągnęła, to gdy po raz kolejny pojawiło się słowo na „f”, z przykrością musiała przerwać lekturę.

Jeśli wczytać się w dział „Jak znalazłam tę grupę”, okazuje się, że większość jej członkiń to zarówno LDS, jak SAHM. Co oznaczają te skrótowce? LDS oznacza przynależność do The Church of Jesus Christ of Latter-day Saints (Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich), czyli największej frakcji wyznania mormońskiego. Z kolei SAHM to skrót od stay at home mom — niepracująca matka. To symptomatyczne połączenie. Nauki mormonów ściśle zabraniają zarówno używania, jak akceptowania wulgaryzmów we wszelkiej postaci, a stereotypowy mormon w uniesieniu powie co najwyżej „heck”. Natomiast niepracujące matki, spędzające w domu większą część czasu, stanowią bodaj najbardziej prężną grupę czytelniczą. Taka kombinacja rodzi problemy. Pokaźna część literatury, w której przekleństwa się pojawiają, okazuje się dla tej grupy czytelniczek po prostu niedostępna: nie chcąc naruszać zasad religijnych, nie mogą sięgać po nawet cenione pozycje. Nie dziwi, że twórcy Clean Readera, Maughanowie z Idaho, sami należą do LDS.

Krytykując Clean Readera, Joanne Harris uznała taką sytuację za normalną: jeśli nie pasują ci wulgaryzmy pojawiające się w książce, po prostu jej nie czytaj. Ale dla czytelniczek LDS i SAHM Clean Reader mógł okazać się, paradoksalnie, filtrem umożliwiającym dostęp do zakazanej literatury. Narzędzie cenzury okazywałoby się narzędziem wolności słowa.