Bulimia smoleńska
„Onirica. Psie Pole”, reż. Lech Majewski, mat. prasowe

Bulimia smoleńska

Jakub Majmurek

Jedno trzeba Majewskiemu oddać: w filmie „Onirica” sprawę Smoleńska potraktował bezczelnie instrumentalnie i egoistycznie

Jeszcze 2 minuty czytania

„Onirica. Psie Pole” Lecha Majewskiego jest jednym z pierwszych polskich filmów, który wprost podejmuje temat tragedii smoleńskiej. Prędzej czy później temat ten musiał pojawić się w kinie. Tu pojawia się w oryginalnym, choć marginalnym ujęciu. Z dala od wielkiej polityki, Smoleńska i Warszawy. Trauma narodowa splata się tu z prywatną. Bohater filmu, pracownik uczelni zajmujący się poezją XIX-wiecznych symbolistów, w wypadku samochodowym traci narzeczoną. Sam cudem przeżywa, niemal traci wzrok. Po zdarzeniu rzuca karierę akademicką i zatrudnia się w supermarkecie. Snuje się po pustych, wypełnionych po sufit towarami halach, odgrodzony od świata za słuchawkami, zanurzony w audiobooku z „Piekłem” z „Boskiej komedii” Dantego, którego słucha w oryginale. Wrak tupolewa ogląda po pracy: zmęczony, w pustym mieszkaniu na kanapie. Narodowa tragedia dopełnia jego własną, buduje klimat powszechnej klęski, biblijnej apokalipsy, w środku której wydaje się znajdować bohater.

Adam jest bohaterem biernym. W pracy wykorzystuje każdy moment, by jeszcze bardziej odciąć się od świata, położyć na stercie ubrań, usnąć. Jak można się spodziewać po twórcy „Rycerza”, obie traumy (narodowa i Adama) opowiadane są przez sen i w poetyce snu. Film pełen jest wizyjnych scen: bajań, widziadeł i majaków. Także obrazy strzaskanego kadłuba prezydenckiego samolotu wydają się z początku kolejnym delirium.

Lubię wizyjne kino, poszukiwanie prawdy od strony snu czasem bywa lepszą metodą, by uchwycić bolesną aktualność niż kolejna przechadzka ścieżką „kina społecznego”. Tu to jednak nie działa. Z dwóch powodów. Po pierwsze, nakręcone silnie werystyczną, cyfrową kamerą, oniryczne obrazy tracą głębię, nie przekonują – cyfra obnaża filmową wizję w całej jej taniości. Po drugie, jakąkolwiek ochotę na wejście w ten świat odbiera mi pretensjonalność bohatera, jego świata i samego filmu. Najlepiej być może oddaje ją scena, gdy bohater odwiedza swoją ciotkę. Ta zaczyna z nim rozmowę od słów „gdy tłumaczyłam ostatnio poemat ze staroperskiego”. Kiedy ta fraza padła z ekranu na pokazie prasowym w Gdyni, na sali wybuchł śmiech.

Owszem, wiadomo, że kino Majewskiego problem z pretensją miało od zawsze. Trudno uniknąć o nią oskarżeń, gdy na podstawie własnej powieści pod tytułem „Metafizyka” kręci się film zatytułowany „Ogród rozkoszy ziemskich”. Ale poza pretensją zawsze było tam coś jeszcze. W „Angelusie” wspaniały humor, w „Rycerzu” niezwykła uroda plastyczna, w „Wojaczku” siła poetyckiego mitu. Nawet w „Ogrodzie” jakaś poruszająca prawda intymnej relacji między dwójką bohaterów. Niczego takiego nie znajdzie się w „Onirice”. Dramat utraty, pytanie (zadawane sobie od zawsze przez wszystkie religie) o możliwość odzyskania tego, co utracone, o możliwość przeprowadzenia żałoby, które staje się dla Adama najbardziej żywotną kwestią, nie jest nas w stanie przejąć i poruszyć. Odtwarzany przez aktora niezawodowego, Michała Tatarka, Adam wydaje się jakąś somnambuliczną kukłą, figurą potrzebną filmowi wyłącznie jako pas transmisyjny do podawania kolejnych symboli, tropów i odniesień do tradycji kultury, jakimi bombardowani jesteśmy z ekranu.

A jesteśmy nimi bombardowani nieustannie. Dante, symboliści, Beatrycze i Wergiliusz, Orfeusz i Eurydyka, biblijne plagi, surrealizm, Smoleńsk, romantyczna martyrologia i ryciny z oprawionych w szlachetną skórę starodruków. Ta gorączka symboli prowadzi do przesytu, w natłoku przestają one cokolwiek znaczyć. Ma się wrażenie, że obcujemy z rodzajem wymiotnej czkawki bulimika kultury, kogoś, kto przejadł się kulturowymi tropami i teraz chaotycznie je zwraca.

Gdyby powstał film o bezsilności kultury wobec traumy, martwym ciężarze symboli, bezradności konsekrowanych porządków (mitu, religii, sztuki) wobec utraty, przywitałbym taki film z radością i zaciekawieniem. Niestety, film i reżyser wierzyć się wydają w symbole, w której ja jako widz nijak uwierzyć nie mogę. Parada przedstawianych przez Majewskiego z wielkim zadęciem znaków nie tylko w końcu nudzi i odkleja od filmu, ale przenosi go także w region czystego kiczu. Ostatnia wizyjna scena, nieznośne zakończenie, zamykające traumę w pocieszającym micie, już z pewnością należą wyłącznie do tego regionu.

Jedno trzeba Majewskiemu oddać: sprawę Smoleńska potraktował bezczelnie instrumentalnie i egoistycznie. Jeden z najbardziej ciągle palących i dzielących wspólnotę problemów, rozpalający emocje po obu stronach barykady, przywłaszczył sobie do swojej, bardzo prywatnej narracji, zupełnie go odpolitycznił. Smoleńska trauma jest tylko fragmentem traumy Adama, śmierć pasażerów tupolewa stoi na dalekim planie wobec śmierci ukochanej.

„Onirica. Psie pole”, reż. Lech Majewski„Onirica. Psie Pole”, reż. Lech Majewski

Gdyby ten gest zawłaszczenia i odpolitycznienia Smoleńska się w pełni powiódł, gdyby stał za nim mocny, dobry film, Majewski stworzyłby swoje najbardziej społecznie istotne dzieło. Przy ciągłych próbach upolitycznienia tragedii, posłach i posłankach wygrywających jak zepsute katarynki ciągle te same melodie o skrzynkach, Anodinie, generale Błasiku w kokpicie i trzech wybuchach, narracja przywracająca tragedii egzystencjalny wymiar byłaby dziś bardzo potrzebna. Niestety, film jest zbyt słaby, zbyt hermetyczny, by ją stworzyć. Doczeka się kilku recenzji, spadnie po dwóch, trzech tygodniach z ekranów kin studyjnych. Smoleński dyskurs kształtować będą dalej przepychanki polityków. Jak wiemy, o Smoleńsku powstaje też inny film – Antoniego Krauzego. Z doniesień prasowych wynika, że ma on prezentować wersję bliską ustaleniom raportów Macierewicza. Antoni Krauze jest znakomitym reżyserem, w „Czarnym czwartku” pokazał, że z tematu, z którego ktoś inny zrobił martyrologiczną agitkę, potrafi stworzyć dobre kino. Może i w Smoleńsku uda się mu wyrwać temat z ram żałosnych przepychanek. Choć być może Smoleńsk jest w nich obecnie tak mocno osadzony, że każdy film podejmujący ten temat już zamienia się w totemem, wokół którego gromadzi się jedna ze stron sporu.

Wracając do „Oniriki”. Najciekawsze są w filmie te sceny, gdy Adam próbuje uciec od rzeczywistości marketu, gdy snuje się po nim, nie mogąc znaleźć miejsca, usiłuje zasnąć, schronić się w słowach Dantego. Widzę w nich zalążek zupełnie innego filmu. O pokoleniu, moim pokoleniu, zbyt licznie i zbyt dobrze wykształconym na potrzeby tego kraju, skazanym w olbrzymiej większości na wybór między gównianą pracą poniżej ambicji i możliwości, emigracją lub biedowaniem na prekariacie. Czy dla części tego pokolenia Smoleńsk nie był przewrotnym darem losu? Prezydencki tupolew dosłownie i w przenośni spadł nam wszystkim z nieba. Dostarczył wygodnej wymówki, by zamiast faktycznie mierzyć się ze swoją sytuacją, znów mleć dawno zużyte symbole, powtarzać „Onirica. Psie Pole”, reż. Lech Majewski. Polska 2015, w kinach od 17 kwietnia 2015„Onirica. Psie Pole”, reż. Lech Majewski. Polska 2015, w kinach od 17 kwietnia 2015przebrzmiałe gesty i zawołania. „Romantyczne” („zdradzeni o świcie”), „mesjańskie” („Bóg w Smoleńsku dał nam, Polakom, znak”) i „oświeceniowe” („ciemny lud znów się kotłuje pod krzyżem”). Uruchomił w całym społeczeństwie bulimiczną, wymiotną czkawkę wydawałoby się dawno zużytych symboli. Taką samą, na jaką cierpi w „Onirice” Adam. To prawda o Smoleńsku, jaką bym chciał zobaczyć w kinie. Ale raczej nie nakręci jej Lech Majewski.




Nie wiem też, kto miałby to zrobić. Jak dotąd wyprawy filmowej fabuły pod smoleński krzyż kończyły się powierzchowną, pełną komunałów publicystyką, taką jak w „Stacji Warszawa”. Ale między płaskim banałem tamtego filmu a gorączką pretensji Majewskiego musi się w naszym kinie znaleźć język, który będzie w stanie Smoleńsk jakoś unieść. Bo choć nie jest to temat numer jeden, na którego podjęcie przez nasze kino czekam (bardziej społecznie ważki byłby na przykład obraz o niewyjaśnionym morderstwie na działaczce ruchów lokatorskich, Jolancie Brzeskiej), to sprawy tak silnie skupiającej narodowe emocje kino nie może sobie odpuścić. Niezależnie od tego, na jakie pole minowe przy tym wchodzi.