Płat bawełny

14 minut czytania

/ Literatura

Płat bawełny

Łukasz Najder

To, co w listach Vonneguta ledwie błyska między wierszami – jego problemy małżeńskie, scysje z wydawcami, waśnie rodzinne, romanse – znajduje rozwinięcie w biografii Shieldsa

Jeszcze 4 minuty czytania

Kurt Vonnegut umarł osiem lat temu. Jeśli ktoś o tym wciąż nie wie lub nie może w jego śmierć uwierzyć – Vonnegut, rocznik 1922, żył na tyle długo, w dodatku aktywnie, że naprawdę mogło się wydawać, że będzie żył wiecznie – otrzymuje właśnie materialno-symboliczne potwierdzenie. Nie ma bowiem mocniejszego sygnału o przemianie klasyka w klasyka martwego niż wydanie listów i biografii. „Zdarza się. Kurt Vonnegut: Życie” autorstwa Charlesa J. Shieldsa i „Listy” w opracowaniu i ze wstępem Dana Wakefielda to takich sygnałów para; solidny dowód na odejście jednego z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych amerykańskich twórców drugiej połowy XX wieku.  

Te dwa tytuły to łącznie ponad tysiąc stron o Vonnegucie i Vonneguta. Sporo. Dlatego z powodzeniem da się je czytać na kilka przynajmniej sposobów. Równolegle, na przemian, skacząc po tych latach, wątkach czy postaciach, które wydają się być wyjątkowo interesujące, wspak etc. Bezkrytyczni, gorliwi wielbiciele Vonneguta, FANATYCY KURTA, dla których jest on nadal mistrzem wskazującym pewną drogę pośród szaleństwa i zamętu świata tego, powinni zacząć raczej od listów. Vonnegut w listach to Vonneguta 100%, bez domieszek. Ów tom, wzbogacony o wnikliwe, zwięzłe komentarze Wakefielda – tyczące się nie tylko kolejnych dekad życia i twórczości autora „Śniadania mistrzów”, ale wręcz niemal każdej spośród zamieszczonych tu epistoł – ukazuje Kurt Vonnegut / fot. wydawnictwo Albatrosfot. Mike Slaughter/Toronto Star/Getty ImagesVonneguta takim, jaki był w swoich książkach i publicznych wystąpieniach. Za to pokochały go miliony. Dodajmy – co nader istotne w kontekście biografii Shieldsa – że również i takim, za jakiego pragnął uchodzić w oczach innych. W obfitej korespondencji z wydawcami, przyjaciółmi, wrogami i rodziną, która obejmuje ponad półwiecze, pierwszy list pochodzi z roku 1945, ostatni – z 2007, jest zatem Vonnegut do bólu ironiczny, przenikliwy, gdy pisze o Ameryce, literaturze i karierze, błyskotliwy, niewymuszenie zabawny, dobrodusznie pryncypialny i ostentacyjnie szczery, ale nie dla taniego, ekshibicjonistycznego efektu, lecz by podkreślić wagę skreślonych własnoręcznie słów, zaświadczyć je sobą. Wrażenie robią zwłaszcza jego listy do córki, Nanny Vonnegut, zbuntowanej, wchodzącej z ojcem raz po raz w ostry konflikt – a to z powodu różnicy wieku i pryncypiów, a to z racji nieuchronnego rozpadu małżeństwa Vonnegutów. Te, które słał do ludzi z branży, pokazują z kolei od wewnątrz światek literacki i to, jak się zmieniał. W latach 50. za cztery, pięć opowiadań sprzedanych do poczytnego magazynu otrzymywał równowartość rocznej pensji w General Electric na stanowisku piarowca. Listy Vonneguta bywają także i małymi arcydziełami stylu i humoru. W tym do Donalda Fiene'a pisał:

Powieść to olbrzymi płat bawełny, który wchłania tysiące godzin w zamian nie dając prawie nic z wyjątkiem kilku kłaczków. Ni chuja.  

Knoxowi Burgerowi klarował:

Potrzebny jest gwałtowny wysiłek fizyczny. Tutejsi patrycjusze cudownie załatwiają go tenisem i żeglarstwem. Ja jestem w obu dziedzinach za słaby, żeby z nimi hasać, co sprawia, że chodzę skwaszony i nadąsany, a także z pewnością tłumaczy moją skłonność do walki klasowej.

I opisywał:

Kilka tygodni temu ojciec Jane zmarł w wieku 74 lat – wylew, wylew, wylew, a potem przyjaciel starych ludzi: zapalenie płuc. Wyglądał zupełnie jak Cary Grant, ale mniej mówił. Przez prawie 20 lat naszego małżeństwa przysłał jedną pocztówkę. Kiedy Jane przygarnęła wszystkie dzieci Adamsów, nie odezwał się ani słowem. Zanim skończyła się pierwsza wojna światowa, zdążył przejść połowę szkolenia marines, więc Administracja Spraw Weteranów przysłała flagę do domu pogrzebowego, a pan Joyboys rozłożył ją na trumnie. Moja teściowa kazała ją zdjąć, bo takie rzeczy robi się tylko dla ludzi, którzy oddali życie za kraj. Miała rację. U szczytu trumny leżał olbrzymi gangsterski wieniec. Gdy potem Jane spojrzała na bilecik, okazało się, że przysłało go Stowarzyszenie Wyścigów Aut Miniaturowych z Wabash Valley. Nie te zwłoki.

Zaś syna, Marka, częstował taką pedagogiczną anegdotą:

Amerykanie jeszcze się nie połapali, że malarze muszą płacić za materiały, zupełnie jakby prowadzili biznes albo coś w tym stylu. Jack Teagarden, gość, którego wszyscy uważają za najwybitniejszego żyjącego puzonistę, jakiś tydzień temu zmarł w nędzy. Nie ćpał. Nie był pijakiem. Po prostu mało mu płacili za bycie najwybitniejszym żyjącym puzonistą.

Kurt Vonnegut z rodziną / fot. wydawnictwo AlbatrosKurt Vonnegut podczas wycieczki nad Wodospad Niagara w 1963 roku ze swymi dziećmi, w tym synami jego starszej siostry Alice oraz jej męża – których wychowywali Vonnegutowie po śmierci obojga rodziców. Od lewej do prawej: Steve (Adams), Edie, Kurt, Nanny, Tiger (Adams) i Mark. Najstarszy z chłopców, Jim, był wtedy na Uniwersytecie Vermontu / za zgodą Nanny Vonnegut

To co w listach Vonneguta – lub glosach do nich pióra Wakefielda – ledwie błyska między wierszami, czyli jego problemy małżeńskie, tak z Jane Vonnegut, jak i z drugą żoną, a wpierw kochanką i konkubiną, Jill Krementz, scysje i brutalne rozstania z wydawcami, waśnie rodzinne, liczne romanse i flirty oraz rozdźwięk pomiędzy tym, jakim jawił się w swoim pisaniu, a jaki był naprawdę, znajduje swoje dopełnienie i rozwinięcie w biografii Shieldsa.  

Ta licząca ponad 600 stron książka to opowieść o absolutnie niezwykłym życiu Kurta Vonneguta. Bujnym, odważnym, barwnym i niebezpiecznym. Było w nim dosłownie wszystko. Szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo w Indianapolis, aczkolwiek naznaczone chłodem emocjonalnym ze strony obojga rodziców, dojrzewanie i nauka w dobie wielkiego kryzysu, gdy patrycjuszowski ród Vonnegutów stracił nie tylko swoje bogactwo, ale i wysoką pozycję społeczną, samobójstwo matki – „W obliczu przeciwności losu Edith nie potrafiła dostosować swoich nadziei, pretensji, a nawet samej egzystencji do nowej sytuacji. [...] Wolała nie żyć, skoro miałaby być Charles J. Shields, „Zdarza się. Kurt Vonnegut: Życie”. Przeł. Rafał Lisowski, Albatros, 672 strony, w księgarniach od kwietnia 2015Charles J. Shields, „Zdarza się. Kurt Vonnegut: Życie”. Przeł. Rafał Lisowski, Albatros, 672 strony, w księgarniach od kwietnia 2015taka jak wszyscy” – ochotniczy akces do armii i udział w bitwie o Ardeny, w rezultacie której trafił Vonnegut do niemieckiej niewoli, odbył wielokilometrowy marsz śmierci, znalazł się w obozie jenieckim i był świadkiem zagłady Drezna. Po wojnie fatum nie odpuszczało. Nie dość, że Vonnegutowie sami ledwo wiązali koniec z końcem, by wychować trójkę swoich dzieci, to jeszcze zaopiekowali się trójką dzieci ukochanej siostry Kurta, Alice. Alice zmarła na raka – dobę wcześniej jej mąż zginął w katastrofie kolejowej. Vonnegut heroicznie próbował godzić zarabianie na rodzinę z twórczością literacką. Imał się najróżniejszych zawodów – od działu PR, przez bycie dilerem Saaba, po nauczanie w szkole dla trudnej młodzieży – a wieczorami i w weekendy obsesyjnie pisał, pisał, pisał. Pisał w odosobnieniu – nawiedzony, gadający do siebie facet z nieodłącznym pall mallem w ustach. Jego pierwsze książki przechodziły bez echa („Matka noc” nie doczekała się żadnej recenzji) albo klasyfikowano je – pejoratywnie – jako science fiction i oferowano ze stojaków z tanią, czytelniczą rozrywką przy kasach w drogeriach i na dworcach autobusowych. Dopiero na przełomie lat 60. i 70. miało dojść u Vonneguta do zasadniczych, głębokich zmian i zwrotów.       

Sukces Vonneguta był oszałamiający. „Rzeźnia numer pięć”, obrazoburcza powieść (szósta w jego dorobku), w której zawarł swoje bolesne doświadczenia z Drezna – lecz nie w kombatanckiej, realistycznej manierze, ale mieszając realizm z ostrą groteską, fantastyką i takimi rozwiązaniami narracyjnymi jak podróże w czasie – wyniosła go na szczyt. Od teraz miał sprzedawać książki w setkach tysięcy egzemplarzy i kasować sześciocyfrowe zaliczki. Mało tego – zaczęto go słuchać. Młode pokolenie nabożną czcią otoczyło samego Vonneguta, pisanie Vonneguta i wygłaszane przez niego uwagi do rzeczywistości. Pociągało ich to vonnegutowskie połączenie idealizmu z fatalizmem i absurdem. Stał się „Orwellem z kampusu”, wyluzowanym, przyjacielskim mentorem, zgryźliwym guru, który nie wymagał jednak od wyznawców hołdów i ofiar, kaznodzieją-terrorystą rozmontowującym system nie bombami, ale za pomocą satyry, inteligencji i humanistycznego przesłania. Hippisi pielgrzymowali do jego domu w West Barnstable niemal codziennie. Vonnegut dobiegał pięćdziesiątki i wreszcie osiągnął to, o czym od dawna marzył i do czego tak maniakalnie dążył. Nie od razu jednak zorientował się, że przy okazji również wiele traci i przeobraża się w innego człowieka, innego pisarza.  

Shields równie interesująco i skrupulatnie opowiada o Vonnegucie po „Rzeźni numer pięć”, gdy spłynęła na niego fortuna, atencja czytelników i mediów oraz blask sławy, a on sam związał się z atrakcyjną, dużo od siebie młodszą Jill Krementz, zamieszkał na stałe w Nowym Jorku i zaczął uczestniczyć w przyjemnościach i psotach tamtejszej socjety, ale tym, co wydaje się być tutaj szczególnie zajmujące, ożywcze i wartościowe jako rezultat pracy badacza nie jest wcale – albo: nie jest wyłącznie – relacjonowanie kolejnych etapów biografii i dzieła wielkiego amerykańskiego pisarza, ale dysonans pomiędzy jego wizerunkiem powszechnym, świadomie upublicznianym, a prywatnym.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Shields należy do tego rodzaju biografów, których zajmują głównie pikantne, niepotwierdzone plotki, skandale obyczajowe, nieślubne dzieci i przykłady efektownego upodlenia bohatera ich książki. Choć – dodajmy – Mark Vonnegut odsądził biografię od czci i wiary, a Jill odmówiła współpracy przy jej powstawaniu. To raczej wąski, intensywny strumyk obok głównego nurtu Kurt VonnegutKurt Vonnegut, „Listy”. Przeł. Rafał Lisowski, Albatros, 528 stron, w księgarniach od lutego 2015opowieści. Shields przyłapuje bowiem Vonneguta na rozmaitych niekonsekwencjach i daje temu wyraz. Dzieje się to z pożytkiem dla „Zdarza się”, które dzięki temu nie jest hagiografią i pieśnią miłosną, a historią o kimś wybitnym, niezwykłym, ale niewolnym od wad, zbyt słabym, by odtrącić pokusy, okazującym małość.

Shields opisuje na przykład, jak Vonnegut dość brutalnie rozprawiał się ze swoimi wydawcami, nierzadko oddanymi przyjaciółmi, których porzucał, gdy przestawali mu już być potrzebni, a zasobniejsi gwarantowali wyższe stawki i prestiż. Już na samym początku swej pisarskiej kariery, gdy wysyłał swoje opowiadania do tych magazynów, z których mógł wycisnąć jak najwięcej kasy, nauczył się, że literatura to biznes. Był w tym konsekwentny. Podobnie jak w oschłości, z którą zwykł traktować najbliższych. Jane, swoją pierwszą żonę, która harowała jak wół, żeby każdego dnia zorganizować życie ośmioosobowej rodziny, bałwochwalczo w niego wpatrzonej, rezygnującej z własnych planów i ambicji na rzecz macierzyństwa i bycia towarzyszką literata, oszukiwał i zdradzał. Fundował jej prawdziwe upokorzenia: nieświadoma niczego Jane została przyjaciółką kochanki Kurta. Kiedy pisał, a pisał prawie zawsze, odnosił się do innych w sposób opryskliwy, wręcz chamski. Nawet do dzieci – swoich czy siostry – którym przykazywał zamknąć mordę. Ich znajomi z tamtych odległych czasów opowiadają, że wszyscy w kuchni truchleli, gdy Vonnegut na chwilę odrywał się od maszyny do pisania i zjawiał tam po kanapkę czy napój, tocząc wokół nawiedzonym wzrokiem. Robił to ten sam facet, który głosił – „musicie być dobrzy, do cholery” i apelował o „zwykłą przyzwoitość”.    

Prezentował się jako zajadły antysystemowiec, wróg korporacji i pacyfista, a został akcjonariuszem Phelps Dodge, który „słynął z wrogości wobec związków zawodowych” czy Dow Chemical, „wyłącznego producenta napalmu podczas wojny w Wietnamie”. Choć w tym przypadku, jak zaznacza Shields, nie musiało wcale dochodzić do jakiejś ukrywanej niekonsekwencji. Vonnegut po prostu – wzorem przodków – wierzył w wolny rynek. Uchodził za serdecznego luzaka, a w istocie był przeczulony na swoim punkcie. Za wyraźną zniewagę uznał to, że student kalifornijskiej filmówki, niejaki Dan L. Fendel, nakręcił film na podstawie jego sztuki „Fortitude” bez uprzedniego namaszczenia, zgody i konsultacji. Zażądał konfiskaty filmu i ewentualnych kopii. Fendel bronił się – z udziałem prawnika – i „mówił, że jest tylko studentem, którego błąd polegał na tym, że uwierzył na słowo ważnemu amerykańskiemu twórcy, który tyle rozprawia o człowieczeństwie, współczuciu i miłości”. Podobnie źle przyjął powieść Philipa José Farmera, w której ten brawurowo wykorzystywał, a niekiedy wręcz parodiował jego narracyjne triki, styl i motywy – „Wenus na połówce muszli” opublikował Farmer jako Kilgore Trout, figura niespełnionego pisarza przewijająca się w paru książkach Vonneguta – czy cierpki, prześmiewczy w tonie artykuł z magazynu „Philadelphia”, w odpowiedzi na który gromił przez telefon redakcję, wysyłał listy ze skargami. Wypominano, że małpuje Marka Twaina, w swoim oficjalnym CV pomija wkład tych, którzy mu naprawdę pomagali, z wyraźnym zadowoleniem pławi się w nowojorskich zbytkach, robi za medialny autorytet na każdy temat.  

Z drugiej strony to był przez lata wciąż ten sam wielkoduszny Vonnegut. Wrażliwy na cudze nieszczęście pisarz, który wspierał w potrzebie kolegów, bronił wolności słowa, dbał o swoją rosyjską tłumaczkę, borykającą się z niechęcią komunistycznych władz, pojechał do ogarniętej wojną Biafry, by dać potem świadectwo dziejącej się tam makabrze. Nawet po osiągnięciu sławy musiał wciąż zmagać się w rodzinnej Ameryce z niezrozumieniem i agresją – jego książki usuwano z bibliotek, cenzurowano, a nawet palono. Syn trafił do zakładu psychiatrycznego, umarła Jane, brat i bliscy znajomi, Jill okazała się wyrachowaną, oziębłą kobietą. Vonnegut czuł się coraz bardziej samotny – doznawał spadku sił witalnych i intelektualnych, wiedział, że wypada z obiegu. Jego ostatnie książki spotykała najczęściej krytyka, a on sam zaczął być traktowany jako złorzeczący, poczciwy wujcio, którego nauki i gniew zbywa się milczeniem lub kiwnięciem głową. Wypalony stary człowiek, który zapadł na długowieczność.

Cytaty z „Listów” Kurta Vonneguta i „Zdarza się. Kurt Vonnegut: Życie” w przekładzie Rafała Lisowskiego.