Wszystko naraz

7 minut czytania

/ Sztuka

Wszystko naraz

Łukasz Najder

„Jak przestałem kochać design” jest świetnie napisanym i zabójczo ironicznym traktatem o rzeczach i życiu

Jeszcze 2 minuty czytania

Jakoś w połowie marca szedłem ulicą Piotrkowską w Łodzi. Późny wieczór, ziąb. Wtem drogę zastąpił mi rosły młodzieniec. Przyznam – zdębiałem. Lecz nie dlatego, że ktoś mnie zaczepił, bo tutaj, w centrum, to powszechny obyczaj. Przechodzień bywa proszony o papierosa, drobne, wskazanie adresu, proponowane są mu ulotki, okazywane parasolki w kolorze różowym itd. Byłem zaskoczony ubiorem tego jegomościa i rynsztunkiem. Otóż – umundurowanie ZOMO, z tych grubszych, na zimę. Kurtka z futrzanym kołnierzem, uszanka – godło lśniło pośród czarnego puszku – opinacze, za pasem biała gumowa pałka, a w prawej dłoni masywny smartfon. Dłonią tą wskazywał lokal i, uśmiechając się, zapraszał do skorzystania z jego oferty. Staliśmy przed jednym z tych przybytków, które za pomocą dość prymitywnych sygnałów estetyczno-gastronomicznych próbują odtworzyć atmosferę, w jakiej w minionej epoce konsumowano i nawiązywano relacje międzyludzkie. Reprezentację PRL-u stanowi w nich tatar, wódka pod nóżki w galarecie, agitacyjne plakaty, roczniki „Trybuny Ludu” czy tabliczki z napominającymi hasłami BHP, które lat temu czterdzieści wisiały w każdym zakładzie pracy. Małe komercyjne symulakrum pod wezwaniem Baudrillarda i Barei. Spojrzałem. Klientela prezentowała się dość komicznie. Roczniki dziewięćdziesiąte – i zapewne późniejsze – w polu symbolicznym wytwarzanym przez kanciaste radia lampowe i koturnową propagandę. Podziękowałem i odszedłem. Miesiąc później w książce Marcina Wichy zatytułowanej „Jak przestałem kochać design” przeczytałem takie oto zdanie. „W XXI wieku wszystko jest naraz”.

Należy się cieszyć z tego, czym „Jak przestałem kochać design” jest, a jest znakomitym, świetnie napisanym i ironicznym w zabójczy sposób traktatem o rzeczach i życiu, i – może nawet bardziej – czym nie jest, a mogło być. Bo to rzecz o designie, która wyszła spod pióra fachowca, ale jej odbiorcami nie są wyłącznie ludzie z branży, teoretycy problemu, wieloletni praktycy, inni fachowcy. Wicha dzieli się uwagami o projektowaniu jako jeden z nas – zgnębiony petent kornie chylący się przed umiejscowioną zbyt nisko wnęką na resztę w biletomacie, wyborca zdezorientowany liczbą kart do głosowania i systemem lokowania decydującego krzyżyka, płatnik w labiryncie PIT-ów, kierowca daremnie usiłujący się połapać w przydrożnej infografice, ofiara panoszącego się wszędzie antydesignu. „Antydesign jest stanem. Grzęzawiskiem, w którym pogrążają się klienci, wykonawcy i odbiorcy. Antydesign jest postawą, sposobem myślenia, stosunkiem do świata. Obojętnością, lenistwem, marznącą mżawką, infekcją bakteryjną, korpusem urzędniczym”. Bo tu wokół nie chodzi o to, żeby było wydajniej lub oszczędniej. Chodzi o to, żeby było ładnie. Albo ładniej. Najlepiej – najładniej.  

Wicha w swojej książce opowiada o istotnych dla Polski momentach i zmianach – PRL-u, przełomie roku ’89, burzliwych, karnawałowych początkach III RP, ostatecznym triumfie kapitalizmu – i nie korzysta z efektownych, sprawdzonych klisz, wygodnych uogólnień, zręcznie omija banał, unika zbiorowego „my”. A więc jednak można. Na przykład da się napisać o dawnej socjalistycznej ojczyźnie bez infantylnej apoteozy i martyrologii – bez generała kasującego „Teleranek”, zegarka z melodyjkami, Vibovitu i nieczułych typów z cenzury kancerujących wolnościowe wystąpienia poetów Nowej Fali. O tym, jak niewydolny i marnotrawny był to system, nie świadczą u Wichy dęte słowa czy kajdaniarskie wyznania, ale rubryka z pisma „Ty i Ja”, w której to, między innymi, rekomendowano rolkę „ułatwiającą wyciskanie pasty tubki do końca”, smutne dzieje „Miodu Babuni” czy skamieniałe worki z cementem, element stały krajobrazu dzieciństwa autora. „Mieszkaliśmy wśród czasowników niedokonanych. W próżni pomiędzy założeniem i realizacją”. Te dwa zdania mówią więcej niż biblioteczka wspomnień dziennikarzy niepokornych.  

„Jak przestałem kochać design” jest również narracją osobistą – pamiątką o ojcu i z nim pożegnaniem. I tu Wicha z powodzeniem wymyka się sztampie. Nie szantażuje czytelnika ckliwością i nie wymienia licznych przygód inicjacyjnych, których dzięki ojcu zaznał. Nie robi on u Wichy za ideał brawury i krzepy, hybrydę trenera i starszego brata – to architekt, nauczyciel estetyki i wrażliwości, człowiek z zasadami, który swojemu synowi pozostawił w schedzie nie tylko wiedzę, podręczny zestaw pryncypiów i anegdoty ze sobą w roli głównej, ale i przedmioty. Rapidografy, kobyłki, jeepa-zabawkę w szufladzie biurka, ploter. Działają one paradoksalnie, w dwójnasób. Nieobecność ojca czynią wyrazistszą, bardziej dotkliwą – nieobecność ojca czynią mniej wyrazistą, mniej dotkliwą.

Marcin Wicha „Jak przestałem kochać design”. Karakter, 264 str., w księgarniach od 16 marca 2015Marcin Wicha, „Jak przestałem kochać design”. Karakter, 264 strony, w księgarniach od marca 2015To także książka o przedmiotach. Napisana z miłości do tych wynalazczych, funkcjonalnych, pożytecznych, i z niechęci wobec przedmiotów szkodliwych, topornych, wykonanych na odwal się i podszywających się pod to, czym nie są. I znowu – Wicha nie poszedł na łatwiznę. Nie popłynął z wartkim nurtem protekcjonalnego krytykanctwa, cmokania nad drogimi cacuszkami, adorowania klejnocików designu sygnowanych głośnymi nazwiskami czy rozczulania się nad szlachecką karabelą. Docenia po prostu to, co dobre i pomocne, co powstało w rezultacie solidnego wysiłku myślowego. Boleje też nad tym, że przedmioty dzisiaj jakby straciły wiarę w siebie i „nie zabiegają o wieczność”. Stały się przezroczyste, wymienialne. A przecież to one bywają jedynymi materialnymi śladami po nas i wymownymi świadectwami historii. Jak ten poniemiecki kredens, stolik ocalony z wojennej pożogi, kolczyki po zamordowanej mamie w opowiadaniu Hrabala, książki z antykwariatu, na których stemple mówią tyle o polskim losie. „Najpierw oznaczenia polowych bibliotek II Korpusu, potem świetlice kompanii wartowniczych w Niemczech, wreszcie przekreślona pieczątka jakiegoś koła weteranów w Edynburgu czy Londynie”.

Żyjemy w czasach ostatecznych, zdaje się przekonywać Wicha. Wszystko jest naraz – wszystko miesza się ze wszystkim. Stare fotografie nasyca się kolorem, nowe – szykownie postarza filtrami retro, radykalna awangarda to ulubiona stylistyka zamożnych mieszczuchów, na projektowaniu zna się każdy, a przeciągające się oczekiwanie na połączenie z pracownikiem krematorium umila „What a wonderful world” Louisa Armstronga. Nastoletni zomowiec ze smartfonem w dłoni wskazuje nam kierunek.