Życiorzeźbienie

10 minut czytania

/ Sztuka

Życiorzeźbienie

Maria Poprzęcka

Marek Beylin wie, jak łatwo jest epatować cudzym cierpieniem, przed czym sama Szapocznikow bohatersko się broniła. Dlatego pozwala mówić jej samej. Tak chyba najlepiej można było oddać hołd artystce

Jeszcze 3 minuty czytania

Jak pisać o życiu artysty? – pytała niedawno Dorota Jarecka, stając wobec potężnej ceremonii stulecia urodzin Tadeusza Kantora. Kantor, całe życie na równi ze sztuką tworzący własną mitologię, jest może przypadkiem wyjątkowo trudnym. Ale nie jedynym. Jak pisać o życiu Aliny Szapocznikow? Biograficzna materia natrętnie prosi się o melodramatyczną story. Łatwo powiedzieć: gotowy filmowy scenariusz, gotowa powieść. Ale pisać trudniej. W losie Szapocznikow jest bowiem wszystko, co zdolne jest poruszyć i intelektualistę, i czytelnika tabloidów: wczesna młodość w getcie, droga przez obozy koncentracyjne, cudowne ocalenie z Zagłady, młodzieńczy tryumf życia nad śmiercią, wielki, szybko objawiony talent, krótkie urzeczenie komunizmem, błyskotliwa kariera warszawska, szczęśliwe, choć nieprzynoszące spodziewanego sukcesu życie w Paryżu, heroicznie odpierane ataki raka, który zabija artystkę w kwiecie wieku. A wszystko to przydarza się kobiecie wielkiej urody, bystrej inteligencji, żywiołowego temperamentu i wielkiego apetytu na życie, kobiecie zmysłowej, lubiącej uwodzić, namiętnie kochającej i namiętnie kochanej. I dzielnie stającej twarzą w twarz ze śmiercią.

Biografika artystyczna, rozpięta między beletryzowanymi vie romancée  a metodologicznie zbrojnym dyskursem akademickim, nie jest gatunkiem łatwym. Jaką metodę, pisząc o życiu Aliny Szapocznikow, obrał  Marek Beylin? Prostą. Bez chronologicznych zawirowań, bez psychologicznych domniemań, bez alternatywnych spekulacji, bez ideologizacji. Za to z dobrą znajomością czasów, w których przyszło żyć artystce. I z nieskrywanym, choć trzymanym na wodzy urzeczeniem tą niezwykłą kobietą. Poprzez kolejne odsłony lektura prowadzi nas drogą życiową Szapocznikow – od narodzin w asymilowanej, inteligenckiej rodzinie w Kaliszu po śmierć 47-letniej zaledwie kobiety w sabaudzkim sanatorium w Praz-Coutant. W wielu miejscach, zwłaszcza dotyczących dzieciństwa i młodości, dopiero teraz poznajemy okoliczności tej drogi. Alina, wypierając z pamięci i przemilczając lata okupacji, łódzkie getto, wywózkę i kolejne obozy, nie ułatwiła pracy biografom, dając za to  pole mitografom. Dzięki pomocy życzliwych ludzi Markowi Beylinowi udało się ustalić wiele, dotąd niepewnych, wiadomości na temat okupacyjnych losów artystki i jej matki-lekarki. „Artysta i jego czasy” – okazuje się, że ta stara, wypróbowana formuła biografii artystycznej nadal się sprawdza.

sss sss sssMarek Beylin, „Ferwor”.
Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej,
384 strony, w księgarniach
od kwietnia 2015.  
Narracja jest prosta, niemniej w wielu fragmentach książka zyskuje niemal budowę szkatułkową. Oto Alina spotyka w paryskiej stołówce Ważyka i Żółkiewskiego – dowiadujemy się, kim był jeden i drugi, w 1955 roku tworzy Ekshumowanego – mamy ekskurs o postępującej wówczas destalinizacji, przyjeżdża z Cieślewiczem do Francji – następuje zarys sytuacji kraju rządzonego przez generała de Gaulle’a, itd. To nie jest zarzut. Zważywszy na ogromne deficyty wiedzy historycznej, zwłaszcza pokoleń, które lat 50. i 60. nie pamiętają, a w szkole nie uczono ich najnowszej historii Polski – takie przypomnienia są niezbędne. Tu zresztą wyłazi publicystyczny pazur Beylina, który historię sztuki studiował, ale jest rasowym komentatorem politycznym.

Relacja życie – sztuka, z którą musi się zmierzyć każdy biograf artysty, jest w wypadku Aliny Szapocznikow prosta. Nie ma tu dylematu postawionego niegdyś przez Władysława Stróżewskiego: czy sztukę, jak to zwykło się czynić, tłumaczyć poprzez życie artysty, czy przeciwnie – próbować jego życie zrozumieć poprzez sztukę? Życie Aliny Szapocznikow i jej sztuka to jedność. Odciski i odlewy z własnego ciała tylko tę jedność ostatecznie spinają, materializują, unaoczniają. Niewielu jest artystów, także wśród kobiet, których życie i twórczość byłyby tak nierozdzielne. Niewiele sztuki, która byłaby tak intensywną życia emanacją. I – mimo cierpienia ostatnich lat – jego żarliwą pochwałą.

Są w życiu i sztuce Aliny Szapocznikow trzy sprawy, z którymi musi się zmierzyć biograf: wymazane z pamięci lata wojenne; zmysłowe, cielesne utożsamienie własnej kobiecości i własnej sztuki; wreszcie potrzeba zostawienia śladu, która zdominowała jej ostatnie, przeżyte z bliską perspektywą śmierci lata.

Dzisiejsze młode pokolenie, pokolenie postpamięci, obcujące ze sztuką intensywnie eksploatującą tragedię Holocaustu, z trudem pojmuje postawę Szapocznikow, która, przynajmniej pozornie, wyparła całą okupacyjną traumę. Już na Zachodzie artystka broniła się przed wpychaniem jej w zachodni, protekcjonalno-współczujący stereotyp: „Żydóweczka, z Europy Wschodniej, ileż wycierpiała…”. Tak chyba trzeba tłumaczyć rzucone w rozmowie z belgijską pisarką i filozofką przewrotne zapewnienia: „Mam bardzo dobre wspomnienia z obozu… wszyscy mnie rozpieszczali…”. Rówieśnicy Szapocznikow to rozumieli. „Bo myśmy chcieli żyć!” – ripostował profesor Porębski studentom, których na zrekonstruowanej w Galerii Starmacha „Wystawie Sztuki Nowoczesnej” z 1948 roku zdumiał brak w obrazach młodych „nowoczesnych” śladów niedawnej wojennej traumy.

Szapocznikow też chciała żyć. Była młoda, piękna, wściekle utalentowana. Niektórym piszącym o Szapocznikow trudno się z ową niosącą zapomnienie żądzą życia pogodzić. Czy jednak rzeczywiście to, co wyparła z życia, znajdowało upust w sztuce – co przeważa w obecnych interpretacjach jej twórczości? Psychoanalityczny trop oczywiście ku takim odczytaniom prowadzi i je uczenie uprawomocnia. Ale czy nie jest to czytanie wbrew woli i wysiłkowi artystki, której dzieło – w swej witalności, erotyzmie, radości życia i odwadze wobec śmierci – jest wielkim znakiem sprzeciwu wobec unicestwienia ludzkiego ciała i życia? Czy nakładanie cierpiętniczej kliszy nie wykrzywia sensu tej twórczości, która jest namiętną afirmacją istnienia w jego elementarnych, zmysłowych doznaniach? Marek Beylin, także dzięki rodzinnej pamięci i pamięci ocalonych, zachowuje tu powściągliwość.

Alina Szapocznikow

Paradoksalnie można zauważyć, że Szapocznikow, kochająca mężczyzn i przez nich kochana, była jak dotąd niemal wyłącznie przedmiotem badawczego zainteresowania kobiet. Tu pojawia się drugie pytanie – o „kobiecość” jej sztuki. Alina Szapocznikow chciała żyć jako artystka i jako kobieta – chyba nigdy nie odczuła tu sprzeczności. Jej twórczość to „życiorzeźbienie” – by przyswoić literacki termin „życiopisanie”. Życiorzeźbienie kobiety coraz częściej sięgającej w sztuce po swoje piękne ciało, które w pewnym momencie dopada niszcząca choroba. Lata 60. i początek 70., czyli czas twórczej dojrzałości artystki, to lata gwałtownej erupcji artystycznego, krytycznego feminizmu. Nie można zatem pominąć próby usytuowania dzieła Szapocznikow wobec tego fenomenu, który teraz – z czasowej perspektywy – widzimy jako jeden z najbardziej rewoltujących i transgresywnych ruchów w sztuce drugiej połowy XX wieku. Nie ma tu jednoznacznych rozstrzygnięć. Z jednej strony jest w sztuce Szapocznikow wiele cech wspólnych, czy wręcz prekursorskich wobec praktyk feministycznych – zerwanie z tradycyjnym pojmowaniem rzeźby, eksperymenty z nowymi tworzywami, eksploracja własnego ciała, ostentacja „sfer erogennych”, swojej płciowości i seksualności, narcyzm, ale i świadomość „ontologicznej nędzy” ludzkiego ciała. Brak natomiast krytycznego zaangażowania politycznego, brak jednoznacznych deklaracji na rzecz Women’s Lib, czy wręcz potrzeby podobnych deklaracji. Ale czy ważne i potrzebne są klasyfikacyjne przyporządkowania? Stoimy przecież wobec dzieła, które w swoim historycznym kontekście jest niezależną, niezwykłą w swym autentyzmie manifestacją kobiecej mocy twórczej.   

„Sławić nietrwałość w zakamarkach naszego ciała, w śladach naszych kroków na tej ziemi” – to najczęściej bodaj cytowane zdanie Aliny Szapocznikow z przedśmiertnego wyznania-manifestu z 1972 roku. Najtrudniej jest pisać właśnie o dziełach, które artystka tworzyła ze świadomością śmiertelnej choroby, o „Nowotworach”, „Pogrzebie Aliny” czy „Zielniku”. Marek Beylin z wielką delikatnością opisuje ten „taniec ze śmiercią”. Wie, jak łatwo jest epatować cudzym cierpieniem, czy „okrucieństwem losu”, przed czym sama Alina bohatersko się broniła. Dlatego przede wszystkim pozwala mówić jej samej. Słowami przytoczonego wyznania i słowami znalezionego już po pogrzebie testamentu. Tak chyba najlepiej można było oddać hołd artystce.

W wywiadzie udzielonym Aleksandrze Łapkiewicz, mówiąc o trudnościach, jakie napotykała Szapocznikow usiłując przebić się do międzynarodowego świata sztuki, Marek Beylin zapewnił: „Teraz wiemy, że była jedną z największych rzeźbiarek XX wieku”. Kto wie? My na pewno. Ale czy wie to międzynarodowy świat sztuki? Przed paroma laty sztuka XX stulecia doczekała się monumentalnego opracowania Art since 1900. Autorzy to niekwestionowane autorytety dzisiejszej historii sztuki współczesnej: Hal Foster, Rosalind Krauss, Yves-Alain Bois, Benjamin Buchloh. Rewelacyjna struktura tej osiemsetstronnicowej książki pozwala na różnie ukierunkowane lektury. Każdy rozdział puentuje dyskusja autorów, umożliwiająca konfrontację ich przekonań i punktów widzenia. Imponująca bibliografia. Wszystko to sprawia, że na długie lata publikacja ta będzie kształtować obraz sztuki minionego wieku. Ma już wznowienia. W liczącym setki nazwisk indeksie nie ma nazwiska Aliny Szapocznikow.