Kobieta z klasą
Fot. Julia Wesely

6 minut czytania

/ Muzyka

Kobieta z klasą

Adam Wiedemann

Trzy ostatnie sonaty Franciszka Schuberta to zestaw często spotykany na płytach, jednak prawie nigdy nie grany na żywo. W Warszawie wykonała je Elisabeth Leonska

Jeszcze 2 minuty czytania

Oni są „gigantami klawiatury”, a one? Olbrzymkami? Jelizawieta Leonska istotnie jest osobą potężnej postury, a przy tym emanującą wrodzonym chyba dostojeństwem i mającą perfekcyjnie opanowany każdy szczegół pobytu na estradzie (dość było obserwować, jak czeka z ukłonem, aż oklaski osiągną apogeum), z twarzy zaś przypomina Catherine Deneuve, jej zarówno delikatność, jak i klasyczną niewzruszoność. Jakim natomiast jest muzykiem? Ze znanych mi nagrań wynikało, że przede wszystkim kulturalnym i zrównoważonym, chętnie wchodzącym w rolę „tła”, ale też ze skłonnością do romantycznych masywności (np. sonaty Mozarta wykonywała ze Światosławem Richterem nie w oryginale, lecz w „zagęszczonych” aranżacjach Griega) – to wszystko potwierdziło się w trakcie wieczoru, kiedy to pianistka zagrała program tyleż trudny, co i spójny, były to bowiem trzy ostatnie sonaty Schuberta, zestaw często spotykany na płytach, jednak prawie nigdy nie wykonywany na żywo (no, proszę sobie wyobrazić: cały występ Leonskiej trwał blisko trzy godziny!); są to utwory może nie stawiające przed wykonawcą karkołomnych zadań, lecz wymagające pod względem czysto wyrazowym – trzeba bowiem poskromić „wiele demonów”, jakie tam niespokojnie drzemią – a przy tym uporać się z mnóstwem powtórzeń, słynnych Schubertowskich „dłużyzn”, z którymi też nie każdy umie dać sobie radę.

Od pierwszej części „Sonaty c-moll” stało się jasne, że Leonska podchodzi do sprawy z olimpijskim spokojem, bez obaw o swoje możliwości, ale też i bez ryzyka – zostało to Allegro odegrane tak, jak je sobie po prostu wyobrażamy, wyobrażając sobie interpretację idealną, niemal bezosobową (niestety, całe przetworzenie, będące najciekawszym fragmentem tej części, zagłuszył dzwonek telefonu pewnej wiekowej damy, a był to jakiś wyjątkowo nieszykowny obertas). W części drugiej zrobiło się znacznie ciekawiej, zwykle jest ona traktowana jako moment „odetchnienia”, tu natomiast rozegrana została z rosnącym powoli acz nieubłaganie napięciem, w miarę następowania kolejnych wariacji stając się, ku ogólnemu zaskoczeniu, emocjonalną kulminacją całego utworu. Gdyż następujący po niej Menuet zabrzmiał nieco ślamazarnie (aczkolwiek, trzeba przyznać, był rzeczywiście menuetem, podczas gdy większość wykonawców robi z niego scherzo), w finale natomiast próbująca wykazać się eteryczną lekkością uderzenia pianistka po prostu uderzała zbyt słabo, w związku z czym częstokroć wychodził jej „co drugi dźwięk”.

„Sonata A-dur” budzi w nas skojarzenia filmowe – zarówno Bresson w „Baltazarze”, jak i Haneke w „Pianistce” użyli jej ze świetnym skutkiem. W przeciwieństwie do nieco zamkniętej w sobie poprzedniczki, jest bardziej rozgadana, elokwentna, różnoraka, przede wszystkim zaś zawiera owo zadziwiające Andantino, gdzie arcyliryczna, sentymentalna melodyjka skonfrontowana zostaje z gwałtownym wybuchem dysonansowej rozpaczy. Również i ten utwór wykazał, że Leonska jest po prostu specjalistką od części drugich: w pierwszej doskwierał bowiem brak pomysłowości, motyw czołowy (dość nieciekawy sam w sobie) pojawiał się zawsze w tej samej postaci, podczas gdy choćby nagranie Grigorija Sokołowa (do posłuchania na YouTubie) przekonuje nas, iż może on przybierać najróżniejsze odcienie i oblicza. Za to słynne Andantino zostało odegrane przez Leonską w sposób prawdziwie natchniony, a przy tym bez histerycznych fajerwerków, pierwszy raz (odkąd go słucham) zabrzmiało jako zwykła po prostu sonatowa część wolna, a jednocześnie jaka ciekawa, jaka dobra. Wrażenie zepsuło nieco Scherzo, na które pianistka rzuciła się nieco jakby z rozpędu, gubiąc ileś nut, tak iż dopiero przy powtórzeniu zabrzmiało precyzyjnie i tak jak trzeba. A finał grała i grała, znów niezbyt pomysłowo, aczkolwiek powinien on być nieco filuterny, zabawny – który to efekt zapewniła nam jedynie odzywająca się ponownie komórka, z dokładnie tym samym obertasem.

Jeśli zaś chodzi o „Sonatę B-dur,” to oczywiście najlepiej zagrała ją Maria Judina w 1947 roku i od tego wydarzenia nie ma już odwrotu, aczkolwiek na swój sposób równie najlepiej zagrał ją Vladimir Horowitz w roku 1986 – są to interpretacje wykluczające się, wzajemnie dla siebie niemożliwe, niczym bieguny, pomiędzy którymi rozgrywa się cała reszta. Wczoraj mieliśmy okazję do dalszych porównań, gdyż wszyscy chyba pamiętamy, jak wykonywała tę sonatę (w sierpniu zeszłego roku) Maria João Pires, skądinąd rówieśniczka Leonskiej, ale też jej zupełne przeciwieństwo: chuda, drobna, nastawiona na przekaz cierpienia, marzycielsko rozmywająca frazy. Leonska grała zaś niczym posąg, spokojnie i bardzo klarownie, dopiero w Scherzu pozwalając sobie na przesadne akcentowanie synkop (co mnie się zdaje pewnym jednak efekciarstwem). Sonata w jej interpretacji w ogóle nie miała melancholijnego charakteru, była wręcz paradoksalnym popisem siły i zdrowia. Po niej zaś, na bis, nastąpiło „Impromptu Ges-dur”, o którym zawsze myślę, że mogłoby rozbrzmiewać raczej w szkole dla dziewcząt, i brzmiało trochę śmiesznie (kilka lat temu) pod palcami tytanicznego Sokołowa, tym razem jednak było najzupełniej na miejscu, jako intymne, lecz nader dystyngowane pożegnanie starszej pani z nami.