Białe szaleństwo

6 minut czytania

/ Film

Białe szaleństwo

Jakub Socha

Pierwszy sezon „Fortitude” składa się z 12 odcinków i żaden z nich nie zostaje zmarnowany – Simon Donald, pomysłodawca serialu, i jego współpracownicy sukcesywnie i konsekwentnie testują wszystkie możliwości, które stworzyli w punkcie wyjścia

Jeszcze 2 minuty czytania

W Fortitude chcą wybudować szklany pałac: hotel z lodu wtopiony w lodowiec. Pani burmistrz Hildur Ødegard (znana z duńskiego „The Killing” Sofie Gråbøl), pomysłodawczyni projektu, wierzy w utopię – wierzy, że jej podbiegunowe miasteczko na Svalbardzie jest idealnym miejscem do życia; wierzy, że tylko tu można być szczęśliwym. Ma ku temu całkiem dobre podstawy. Miejsce wygląda jak bożonarodzeniowa pocztówka: renifery, śnieg, biel, fura gwiazd na niebie, mocny alkohol na każdym stole, pity z pożytkiem, bez wyrzutów sumienia, w dobrym celu – przecież po to, żeby się rozgrzać. Jesteśmy z dala od smogu, korporacji, wielkomiejskiego pędu, partii politycznych. W miejscu, gdzie wszyscy się znają. W mikrospołeczności wolnej od ksenofobii, praktycznie transnarodowej, w skład której wchodzą i Anglicy, i Norwegowie, i Hiszpanie.

Przekonanie, że nigdy nie będzie już gorzej, podkopują ostatnio zamykane kopalnie, ludzie tracą pracę, nowa inwestycja ma skłonić ich, żeby zostali. Zresztą czy miasto, w którym są miesiące bez żadnego słońca, miasto, w którym na jednego człowieka przypadają trzy niedźwiedzie polarne, przez co ludzie praktycznie nie rozstają się ze swoimi strzelbami, wreszcie miasto, w którym tak naprawdę nie można umrzeć – jest tu tak zimno, że ciała zmarłych się nie rozkładają, dlatego grzebie się ich na kontynencie – może w ogóle być rajem?

Pierwszy odcinek „Fortitude” i pojawiające się w nim dwa trupy – człowiek zjedzony przez niedźwiedzia i człowiek zabity obieraczką do ziemniaków – szybko ustawiają mrok, ale niekoniecznie ustawiają konwencję. Nie mija godzina, jak twórcom, którzy zachowują się tak, jakby naprawdę nikogo nie chcieli zawieść, udaje się zaglądnąć do praktycznie wszystkich miejsc, do których dociera dzisiejszy serial. Jest więc małomiasteczkowa rozpusta, jest paranormalny dzieciak, psychotyczny ojciec, indiański szaman, starzec, piewca katastrofy, perwersyjny stary kawaler, idealistyczny naukowiec, pradawny mamut, widmo epidemii; są anomalie w przyrodzie, ruchy na szczytach władzy, która przed niczym się nie cofa, są przekładańce miłosne i łóżkowe kryzysy, są duże pieniądze na horyzoncie, są eksperymenty medyczne, wreszcie wspomnienia, przeszłość, która skrywa tajemnice. Są także robiący zamieszanie Rosjanie. I oczywiście dwie zbrodnie oraz graniczące z pewnością przekonanie, że to nie koniec w tym temacie.

Pierwszy sezon składa się z 12 odcinków i żaden z nich nie zostaje zmarnowany – Simon Donald, pomysłodawca serialu, i jego współpracownicy sukcesywnie i konsekwentnie testują wszystkie możliwości, które stworzyli sobie w punkcie wyjścia. Niektóre z nich z czasem się zamykają, tak samo jak w toku zdarzeń zostają powoli wykluczane kolejne hipotezy, choć „Fortitude” to w końcu serial, więc niczego do końca nie można być pewnym, a już na pewno nie tego, że wykluczone przed chwilą wyjaśnienia za dwa odcinki znowu będą się zdawać tymi najbardziej możliwymi.

Mimo że w „Fortitude” mamy obok siebie kilka historii, trudno się opędzić od myśli, że coś je ze sobą nierozerwalnie łączy, że stoi za tym jakaś wspólna zasada. W odsłonięciu jej pomaga sprowadzony z Anglii detektyw Morton (Stanley Tucci), który prowadzi równoległe do miejscowej policji śledztwo. Morton jest tu kimś na kształt mniej zabawnej i mniej ekscentrycznej wersji agenta Coopera z „Miasteczka Twin Peaks”; tak jak on, dąży do rozwiązania zagadki. Prawda w Twin Peaks była jednak prawdą ujętą w ironiczny nawias, wydobycie jej nie było czymś na kształt – odbijającej charakter całego świata – obsesji, a raczej gry.

Dawniejsze klasyczne seriale, takie właśnie jak „Miasteczko Twin Peaks” czy chociażby „Rodzina Soprano”, inaczej posługiwały się czasem, narracji nie wyznaczał w nich metronom, nie wszystko było metodycznie porozkładane. W „Rodzinie Soprano” na przykład niektóre postaci były bez żadnego wyjaśnienia usuwane z pola widzenia, niektóre zaczęte wątki nie znajdywały rozwiązania, nie wspominając o słynnym zakończeniu, które gra na nosie oczekiwaniom na prawdziwe zamknięcie, ukazując raczej nieujarzmiony, chaotyczny i niekończący się nurt życia. W takim „Fortitude” to wszystko jest już nie do pomyślenia, za wszystkim stoi precyzyjny mechanizm, choć całe szczeście jego roli nie podkreśla się z ostentacją, która zawsze jest czymś tandetnym, bo poniekąd unieważnia bohaterów. Skoro traktuje się ich jak trybik, to i ich starania są w gruncie rzeczy bez znaczenia – patrzy się na nie bez żadnego emocjonalnego zaangażowania. Tu tego nie ma.

„Fortitude”, 2015„Fortitude”, 2015Twórcom „Fortitude” udało się więc zachować zdrowy, wręcz idealny balans. Serial, który już w pierwszym odcinku sugeruje, że czekają nas co najmniej cztery sezony tej opowieści, nie dość, że umiejętnie myli tropy, romansując po drodze z różnymi konwencjami (thrillera, czarnego kryminału, a nawet horroru) i wprowadzając całkiem sporą liczbę nieoczekiwanych twistów fabularnych, nie dość, że nie buksuje w miejscu, tylko sprawnie odsłania kolejne zagadki, popychając bez przerwy akcję do przodu, to jeszcze nie zapomina o bohaterach i świecie, w którym tym bohaterom przyszło żyć.

*

Fantastyczne widoki i niekontrolowane szaleństwo; śnieżny krajobraz, który zapaskudziła krew. Poruszają się po nim chorzy z miłości nieszczęśliwcy, chorobliwie ambitne polityczki, niewinne policjantki, nieudani ojcowie, zdradzające wdowy i zdradzający mężowie. Oni też, tak jak Fortitude, walczą o to, żeby odzyskać utraconą czystość. Walczą także o spokój, choćby nawet pozorny. Na razie całą społeczność przenika blady strach. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, żeby dostrzec, że walka będzie długa i bolesna, ale „fortitude” znaczy tyle, co „hart ducha”, więc wolno przypuszczać, że energii im raczej nie zabraknie. Tak jak i samemu serialowi.