Dwie wody w jeziorze
Fot. Waldemar Bala

9 minut czytania

/ Muzyka

Dwie wody w jeziorze

Rafał Wawrzyńczyk

Pieśni Witolda Lutosławskiego i Andrzeja Czajkowskiego różni z pozoru bardzo wiele. Pierwsze odwołują się do wyobraźni dziecka, drugie są summą „wiedzy o nieszczęściu” dorosłego. Agata Zubel i Joonas Ahonen zestawili ze sobą te dwa cykle utworów na jednej płycie

Jeszcze 2 minuty czytania

Co się dzieje z tymi okładkami, myślałem sobie, patrząc na najnowszą płytę CD Accord prezentującą „Chantefleurs et chantefables” Lutosławskiego i „Siedem sonetów Shakespeare’a” Andrzeja Czajkowskiego w wykonaniu Agaty Zubel i Joonasa Ahonena. Staranne skądinąd wydawnictwo zdobi zdjęcie w estetyce pamiętnych fotostories z magazynu „Bravo”: na brzegu jakiejś sadzawki (mającej zapewne być tytułowym Jeziorem Snu) przycupnęli hiperwyrazisty on i hiperwyrazista ona; ubrani w niebieskie wełny, w promieniach zachodzącego słońca oddają się refleksjom nad otwartą partyturą. Jego ręka wskazuje ciekawy najwyraźniej passus, jej ręka poprawia włosy, na ustach błądzi niepewny uśmiech. Dlaczego?! Skąd to się bierze?

Byłem załamany, gdy trzy miesiące wcześniej brytyjski Hyperion pokazał płytę, która dla wielu słuchaczy na Zachodzie będzie pierwszym kontaktem z muzyką Szymańskiego i Mykietyna, a dla nich samych mogła (wciąż może) być przepustką na szerokie wody. Stało się to, czego nie dało się przewidzieć: za pomocą okładki zostali nasi „najnowocześniejsi” dorzuceni do worka twórców „Wschodu”, mistycyzujących gdzieś po kątach Mitorajów tonalności, Silwestrowów, Pärtów i Mansurianów traktowanych od zawsze co najwyżej wyrozumiale. Tylko popatrzcie na tę wyłażącą ze ściany Maskę, na tę złamaną cierpieniem Personę, ciągnącą za sobą jakieś krwawe smugi. Czy jesteśmy daleko od debiutu Kapitana Nemo? Popatrzcie na liternictwo. Czcionka zarezerwowana dla Michała Bajora, dla „Quo Vadis”, dla zespołu Slipknot. Witamy was, słuchacze Zachodu, z naszymi Aniołami, z naszymi wewnętrznymi Murami i Kratami, z naszym Mrokiem i metafizycznym Światłem. Posłuchajcie, proszę, naszych utworów na smyczki.

Strasznie się tu zaperzam, ale też chciałoby się przecież, żeby to, co rozpoznane i uszanowane lokalnie, nie było podczas eksportu pozbawiane otuliny stanowiącej o niepowtarzalności tego zjawiska. W obliczu naszych problemów z wstrzyknięciem jakichś wartości w krwiobieg światowy, może to i lepiej, że Andrzej Czajkowski (właśc. Robert Krauthammer) przychodzi do nas niejako z zewnątrz, podobnie zresztą jak Mieczysław Weinberg; ciężar rozpoznania i osadzenia w kontekście wartości tej muzyki wziął na siebie ktoś inny, nie musimy nad tym specjalnie deliberować, tylko przyjąć, że są to rzeczy wartościowe i móc się nimi w spokoju ducha cieszyć. I nawet jeśli „Dream Lake” w miejsce jednych pytań stawia inne (czy monograficzna płyta Czajkowskiego byłaby wciąż zbyt ryzykownym pomysłem?), to i tak należy cieszyć się z tego, że „Sonety” są wreszcie ogólnie dostępne, w dodatku w tak znakomitym wykonaniu; mimo kozackiej okładki zawartość płyty jest bowiem jak najbardziej godna uwagi.

Agata Zubel & Joonas Ahonen, Dream Lake, Accord 2015Agata Zubel & Joonas Ahonen,
„Dream Lake”, Accord 2015
Rolę nazwiska „wprowadzającego” Czajkowskiego pełni Lutosławski, którego „Śpiewokwiaty i śpiewobajki” otrzymujemy na szczęście nie w doskonale znanej wersji oryginalnej, a w transkrypcji na sopran i fortepian pióra Eugeniusza Knapika. Mamy więc dodatkową przyjemność z obserwowania, jak surrealistyczne miniaturki do słów Desnosa zniosły zabieg przeniesienia ich z przestrzeni o wielkiej liczbie wymiarów (orkiestra plus głos) do przestrzeni dwuwymiarowej (fortepian plus głos). Otóż: jedne zniosły to lepiej, a inne gorzej. W przypadku prześmiesznego „Żółwia” mamy chyba nawet do czynienia z przewyższeniem oryginału, żółw Lutosławskiego zdawał się ginąć w trawach jakiegoś rozległego parku, podczas gdy żółw Knapika paraduje niby w terrarium, dokładnie opisywany przez fortepian. Abstrahuję tu nawet od wykonania Zubel, które w przypadku tej pieśni jest wręcz wyborne (a widziane na żywo nosi znamiona kongenialności); ta akurat scenka staje się po prostu lepszą poezją, jeśli odrzeć ją z orkiestrowych przymiotników.

Odwrotnie dzieje się niestety w przypadku „Dzikiej róży, głogu i glicynii”, gdzie pojedynczy instrument nie jest po prostu w stanie oddać całej tej bujności rozrastającej się we wszystkich kierunkach, nad którą w dodatku od czasu do czasu przelatuje jakieś ptaszydło – tutaj wersja orkiestrowa jest w swojej ewokacji niedościgniona. Bilans transkrypcji jeszcze nie raz i nie dwa notuje wpisy po stronie „winien” (zniknęły – bo też zniknąć musiały – rozkoszne glissanda niskich smyczków wyrażające zawód Aligatora; w „Motylu” przelatuje nie trzysta milionów, a co najwyżej dwadzieścia owadów). Ogólnie rzecz biorąc, trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że niezależnie od utraconych efektów kolorystycznych mistrza Witolda, wyciąg Knapika oddaje sprawiedliwość wierszykom Desnosa: są to po prostu utworki niekojarzące się z niczym większym niż instrument solowy czy duet, o czym zapominamy, rozpieszczani pomysłowością oryginału.


A że fortepian z głosem potrafią unieść treści nawet stokroć cięższe, przekonuje dobitnie druga część płyty, na którą składa się cykl pieśni Andrzeja Czajkowskiego będący pamiętnikiem uczucia, jakie łączyło go z M. Riddallem, miłością jego życia i adresatem kilku jeszcze utworów w spuściźnie kompozytora. Trudno o większy kontrast niż ten między „Chantefleuers” a „Sonetami”: jeżeli pierwsze latają w tę i we w tę, drugie idą ciężko pod brzemieniem ostatecznej dojrzałości Szekspira; jeżeli pierwsze skrzą się od humoru, drugie dzieją się na ziemi, do której słońce dowcipu nigdy się już nie przedrze; jeżeli pierwsze odwołują się do wyobraźni dziecka, drugie są summą „wiedzy o nieszczęściu” dorosłego. Droga przez tableau stanów minionego uczucia, jakim są „Sonety” Czajkowskiego, przypomina nieco opis zaświatów, który przedstawił w swoim dziele Dante, albo przelot nad krajobrazami „Melancholii” Dürera . Nie są z pewnością „Sonety” muzyką łatwą, konsekwentnie unikają wszelkiej ilustracyjności, z wyjątkiem może efektu tykającego zegara akompaniującego mękom zazdrości („Sonet 61”) czy dobiegającego nas raz czy dwa echa żałobnego dzwonu.

Jeżeli mielibyśmy już umiejscowić je na mapie stylistyk XX wieku, byłby to punkt gdzieś u zbiegu Bartókowskiej motoryki i ekspresjonizmu Berga; mają one raczej charakter muzyki wytrawnej niż zapewniającej nam natychmiastowe przyjemności, a w pierwszym kontakcie zostawiają nawet na języku (uchu?) cierpkawy posmak. Wartości „Sonetów” odsłaniają się z czasem, jak to zresztą jest z każdą dobrą muzyką – nagranie Zubel i Ahonena, choć krystalicznie przejrzyste, nie wszystko ujawnia od razu, a mniejszych i większych odkryć (ton, jakim Zubel śpiewa „fresh” w „since first I saw you fresh” w „Sonecie 104”!) jest w stanie nam dostarczać z pewnością jeszcze długo.

 
Muzyka Czajkowskiego na otwarciu NInA

„Inwencje na fortepian” op. 2 Andrzeja Czajkowskiego zabrzmią 30 maja na otwarciu nowego budynku Narodowego Instytutu Audiowizualnego w Warszawie. Będzie to część recitalu fortepianowego Macieja Grzybowskiego. Więcej informacji na stronie NInA.

Było tak zresztą w środę 6 maja, podczas premiery płyty w muzeum POLIN, kiedy to na przykład akompaniament w „Koniku polnym” zabrzmiał jak jakaś nancarrowowska pianola, a w „Sonecie 49”, trzecim z cyklu, punktowana rytmika wydała się naraz próbką Theloniousa Monka wychowanego na Księżycu; w ogóle Ahonen – na co dzień pianista Klangforum Wien – okazał się znakomitym, czujnym wykonawcą i niekiedy łapałem się na tym, że słucham głównie jego. Oba cykle pieśni rozdzieliło tego wieczoru odczytanie fragmentów „Hamleta” Hanny Krall, reportażu poświęconego Czajkowskiemu. Ten wstrząsający tekst, opisujący m.in. śmierć matki kompozytora w komorze gazowej, zestawiony z połyskującą suknią śpiewaczki i rzucanymi na ściany fiołkowymi światłami rodem z jakiegoś lounge baru, pogłębił jeszcze wrażenie schizofrenicznych kontrastów programu i całego wydarzenia. Po jaskółce zachwyconej kwieciem i żółwiu chwalącym krój swojego tużurka dostaliśmy drobiazgowy opis metod maceracji czaszki, horror okupacji spędzonej w szafie i – już z Szekspira – perwersyjne wręcz samoponiżenie się przed wzgardliwym kochankiem. Trochę kręciło się nam po tym wszystkich w głowach, można jednak było doznać uczucia, że oto objawiła się jakaś prawda o naturze Czajkowskiego – w jakimś wirze, w natłoku sprzeczności.