A jednak nie dotykaj!

7 minut czytania

/ Sztuka

A jednak nie dotykaj!

Marta Lisok

Wbrew zapowiedziom wystawa „(Nie) dotykaj. Haptyczne aspekty sztuki...” pokazuje marginalność wątku dotykowego w sztuce polskiej

Jeszcze 2 minuty czytania

Historia sztuki dotykowej nie jest długa. Niewiele prac spełnia postulaty dzieła całkowicie haptycznego. Przychodzi na myśl Valie Export, pozwalająca dotykać swoich piersi przechodniom i patrząca im przy tym w oczy, Marina Abramović poddająca się nie zawsze delikatnym dłoniom uczestników zainicjowanych przez siebie performansów, dotykowe terapie Lygii Clark, czy chwiejne instalacje Ernesto Neto rozwieszającego w galeriach rozkołysane tunele z lin i siatek, po których można się przemieszczać. Paradoksalnie większość realizacji odwołujących się do dotyku mówi o nim raczej przy udziale środków wizualnych i bez uczestnictwa odbiorcy.

Współczesne dążenie do aseptyczności i technicyzacji coraz bardziej oddala nas od dotyku. Rozsuwane drzwi, elektryczne suszarki do rąk, pralki, odkurzacze, miksery, komputery, telewizory, wszystkie te udogodnienia sprawiają, że człowiek coraz bardziej oddziela się od przedmiotów, miejsc, wreszcie własnego ciała. Powrót do dotykowych metafor mógłby stanowić remedium dla kultury zdominowanej przez wzrok, przywracać czucie w coraz bardziej otępiałym ciele. W tym kontekście bardzo intrygująca wydaje się trwająca w CSW w Toruniu wystawa przygotowana przez Martę Smolińską. Niestety „(Nie) dotykaj. Haptyczne aspekty sztuki polskiej po 1945 roku” w dziewięćdziesięciu procentach nie jest przeznaczona do dotykania. 

Na wejściu posadzony został królik uszyty ze skóry przez Basię Bańdę – ikonę działań dotykowych na scenie polskiej sztuki, od lat pozwalającą ubierać i rozbierać swoje obrazy. Zwierzę jest monstrualne i podejrzanie ciemne, jednocześnie złowieszcze i kuszące. Królik odgrywa w wielu mitologiach świata rolę archetypalnego trickstera, powodującego transgresję pomiędzy porządkiem natury i kultury. Zdaje się więc być dobrym punktem wyjścia dla mrocznych, haptycznych opowieści.

(Nie) dotykaj! Haptyczne aspekty sztuki polskiej po 1945 roku

kuratorka: Marta Smolińska, CSW Znaki Czasu, Toruń, do 17 maja 2015.

Niestety, pozostałe realizacje z pierwszej sali okazują się grzecznymi odwołaniami do znanych dzieł sztuki. Trafiamy najpierw na zmaterializowany nieco koślawo „Stymulator wrażeń nieadekwatnych” według pomysłu Andrzeja Pawłowskiego, szorstkie drewniane pancerze do zakładania na różne części ciała w duchu „Bodyspacemotionthing” Roberta Morrisa, następnie na gąbkową niekończącą się kolumnę Constantina Brancusiego i pluszową miniaturkę „katedry” Niki de Saint Phalle, do której można włożyć rękę. A na końcu czekają na nas dwa manekiny uformowane z pozszywanych maskotek i utrudniające wejście do kolejnej sali, skopiowane z akcji „Imponderabilia” Mariny Abramović, podczas której odbiorcy musieli przeciskać się między nagą artystką i jej partnerem Ulajem. Te gry z historią sztuki zostały przygotowane kolejno przez Damiana Reniszyna, Iwonę Demko, Aleksandrę Ska, Macieja Kuraka i Maxa Skorwidera.

Pani pilnująca wystawę z zapałem instruuje, jak dotykać kolejnych eksponatów: „Tę pracę wolno jedynie gładzić, do wnętrza kolejnej można delikatnie włożyć rękę, inne mogą być obejmowane”. Marzenie o wystawie przeznaczonej do zagłaskania aż do destrukcji nie ziszcza się w toruńskim CSW. Reguły doświadczania w przestrzeni white cube’a zostają zachowane. Nie ma spodziewanych dotykowych kopii dzieł sztuki, które pozwoliłyby poczuć fakturę i specyfikę materiału opuszkami palców, elektronicznych gadżetów jak rękawice VR dające wrażenie dotykania nieistniejących przedmiotów. „(Nie) dotykaj” pozostaje wystawą rozpisaną na tradycyjne media.

fot. Sebastian Misiak, Natalia Miedź

Odbiorcy bawią się świetnie. Pozwolono im przecież na nieco więcej niż zwykle. Na wernisażu dostają nawet lizaki. Okoliczności są na tyle niezwykłe, że budzą ogólną euforię. Przypomina się sytuacja zaaranżowana w 1970 roku przez Roberta Morrisa w Tate Modern, kiedy to artysta przygotował dla publiczności serię obiektów-przeszkód umożliwiających wspinanie się, balansowanie, turlanie i podskoki. Po kilku dniach władze galerii musiały zakończyć entuzjastyczne zabawy, ponieważ stały się niebezpieczne dla rozochoconych odbiorców. Możliwość dotykania bez ograniczeń w przestrzeni publicznej, jaką jest galeria, jest gestem przekroczenia. Dotknąć to złamać zakaz, wejść w strefę karnawału, gdzie to, co zwykle zabronione, nagle staje się dostępne. Niestety, po pierwszej sali zabawa w toruńskim CSW się kończy.  

W pozostałych salach, obwarowanych wyraźnym zakazem dotykania eksponatów, zaaranżowana została przestrzeń buduarowa, w której dość gęsto porozwieszano i poustawiano różne wulkany cielesności. Ciemne ściany galerii podkreślają jaskiniowy nastrój tego zbioru. Zwiedzanie przypomina wchodzenie do pieczary pełnej relikwii, trofeów, hybrydycznych organów. Króluje kolor różowy i cielisty. Wyczuwa się bezpieczne odwołanie do miękkiego, różowego kanonu sztuki feministycznej, spod znaku narracji ubraniowo-włosowo-skórnych czy jelitowo-waginalnych. Przypomina to grę znaczonymi kartami. Prezentowana jest cielesność wywrócona na lewą stronę: pomarszczona, mięsna i krwista. Ubrania zakleszczone w blejtramie, posiniaczone płótna z bliznami, manekiny pełne otwartych krwawiących ran. Pomiędzy nimi prace Ewy Partum, Marii Pnińskiej Bereś, Barbary Falender, Aliny Szapocznikow. Obok porosła obficie włosiem poduszka Krystyny Piotrowskiej, poranione obrazy Magdy Moskwy i prace innych, mniej znanych adoratorów opowieści o naturze skóry: Justyny Olszewskiej, Pawła Matuszewskiego, Beaty Szczepaniak. Podobnie zagadkowa pozostaje obecność na wystawie abstrakcjonistów: Tomasza Ciecierskiego, Krzysztofa Gliszczyńskiego, Włodzimierza Pawlaka i Bartosza Kokosińskiego. Prezentowane przez nich prace wykonane przy użyciu kolorowych gąbek, sflaczałych balonów, wygiętych beljtramów bezskutecznie kuszą, żeby zbadać ich materialność. Tytułowy haptyczny aspekt wydaje się odbijać tu już bardzo słabym echem. 

Skąd pomysł umieszczenia ich w tym zbiorze? Wydaje się, że coś poszło nie tak – przeważająca część wystawy prezentuje prace zachęcające do dotykania, ale jednocześnie objęte zakazem badania za pomocą dłoni. Prawdopodobnie wynika to z deficytu „dotykowców” w powojennej sztuce polskiej. Dlaczego artyści tak niechętnie projektowali prace do dotykania? Czy jedynie ze względu na niewdzięczność efemerycznego, dotykowego medium, trudnego w dokumentacji i opisie, wymagającego obecności, przekroczenia bezpiecznej kontemplacyjnej pozycji zarezerwowanej dla odbiorcy prac wizualnych?

Wystawa Marty Smolińskiej pokazuje marginalność wątku dotykowego w sztuce polskiej. Znaczące jest tu zwłaszcza posłużenie się pracami, które odwołują się do doświadczenia dotyku, nie będąc jednak dziełami haptycznymi, czyli konstytuującymi się poprzez sam gest dotykania. Trafiamy do muzeum wspomnień o dotyku. Kuratorka zarysowuje w ten sposób nowe pole dla kolejnych eksperymentatorów, którzy podejmą próbę rewizji wzrokocentrycznych narracji. Stawia pierwszy krok, przeciera szlak i zaostrza apetyt. Bo czy nie chcielibyśmy zwiedzać wystawy, w której do woli można by nurzać się w płynach, dryfować w miękkich instalacjach, rozszarpywać i miażdżyć prace (albo ich kopie)? Przekraczać zakaz dotykania rzeczy kruchych, podatnych na odkształcenia, głaskać aż do unicestwienia?