Pokemon żółty jak żonkil
fot. Magda Hueckel

6 minut czytania

/ Teatr

Pokemon żółty jak żonkil

Szymon Żuchowski

W „Dybuku” Maja Kleczewska „rozprawia się” ze stereotypami w stereotypowy i mało subtelny sposób

Jeszcze 2 minuty czytania

Popularna gra towarzyska „Taboo” polega na tym, że jedna osoba musi odgadnąć hasło, które druga opisuje bez używania pięciu zakazanych słów, które są „tabu”, a same cisną się na usta. Gdyby istniało w tej grze hasło „Dybuk Mai Kleczewskiej”, trudno byłoby je przekazać bez odwołania się do pojęć takich jak: chaos, nadmiar, hałas, skansen i szantaż. 

W programie przedstawienia i na afiszach można przeczytać, że omawiany „Dybuk” to sztuka Szymona An-skiego – spektakl został luźno osnuty na motywach przedwojennej sztuki, z której czerpie zarys fabuły i szeroko pojęty klimat. Samego „Dybuka” nie ma więc w przedstawieniu tak znowu dużo, za to nie brakuje całej masy innych elementów. Są tańce (w stylu ogólnie rzecz biorąc żydowskim), hulanki (turlania, tarzania, przytulanki) i swawole (z lekkim dekompletowaniem garderoby). Są projekcje napisów, obrazów i filmów, sefiry rysowane kredą na podłodze i hebrajskie litery pisane na ścianie, jest rozlewanie płynów i rzucanie sproszkowanymi ciałami stałymi, są sztrajmły i adidasy, chałaty i dresy. Jest muzyka żydowska, pieśni religijne i piosenka rodem z dancingu, jak również niepokojące dudnienia niebezpiecznie zbliżające się do infradźwięków, ponadto szepty i syki, a do tego aktorzy z mikrofonami lub bez. Jakby tego nie było dość, przedstawienie odbywa się w trzech językach na zmianę lub naraz: jidysz (tłumaczenie w słuchawkach) i polskim, plus miejscami hebrajskim. I wreszcie są postacie ludzkie – żywych i umarłych z różnych porządków czasoprzestrzennych, fikcyjnych i prawdziwych – oraz na dokładkę aktor w kostiumie pokemona żółtego jak żonkil. 

Reżyserka „rozprawia się” ze stereotypami w nader stereotypowy i mało subtelny sposób (rabin w klapkach przypominający zachowaniem raczej polskiego chłoporobotnika niż żydowskiego mędrca to tylko jeden z wielu przykładów). W wykorzystanych symbolach i motywach wyraźnie widać cudzysłowy, ale jest ich tyle i tak się one ze sobą mieszają, że trudno ustalić, gdzie przebiega granica dosłowności i umowności, gdzie kończy się komentarz, a zaczyna komentarz do komentarza. Wygląda to, jakby realizatorzy rzucali garść toposów i intertekstualnych aluzji, licząc na to, że odbiorca – odpowiednio przygotowany bądź niewolny od snobizmu – sam połączy je w jakąś spójną całość lub na wszelki wypadek przynajmniej nie wspomni, że cesarz jest skąpo odziany, czy też raczej włożył na siebie po ciemku zawartość połowy szafy. 

Dybuk, reż. Maja Kleczewska. Teatr Żydowski w Warszawie, premiera 17 kwietnia 2015„Dybuk”, reż. Maja Kleczewska. Teatr Żydowski w Warszawie, premiera 17 kwietnia 2015Zastanawiająco słabym aspektem „Dybuka” Mai Kleczewskiej jest to, co mogłoby stanowić jego potężny atut – chodzi o nawiązania do Holocaustu. Lokalizacja Teatru Żydowskiego i bliskość rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim mogły mieć wpływ na wzbogacenie spektaklu tematyką związaną z Zagładą, a problematyka współistnienia dwóch światów (żywych i umarłych, getta i świata poza nim itd.) idealnie pasuje do tekstu An-skiego. Niestety, została ona do niego raczej wstawiona niż integralnie z nim spojona: były zdjęcia placu Grzybowskiego z lotu ptaka oraz wizje Lei ze strzałami z karabinu i komorami gazowymi – zwłaszcza te drugie zdawały się doczepione na siłę. Szczególną uwagę natomiast warto poświęcić kilku wstrząsającym, ale nieprzystającym do całości monologom (w nich poruszający Jerzy Walczak) z relacjami ocalałych z obozów lub getta. Ciężar właściwy takich narracji jest z zasady bardzo duży – na tyle duży, że z łatwością przerywa zbyt wątłą tkankę przedstawienia, pozostawiając strzępy. Co gorsza, jest to temat nadzwyczaj delikatny i niejako szachujący widza, któremu bardzo trudno zgłaszać wątpliwości odnośnie do jakości spektaklu, gdy przecież mowa o bestialstwie Holocaustu. Być może nie jest to zabieg zamierzony, ale włączenie tych relacji do przedstawienia działa poniekąd jak szantaż emocjonalny, który przytłacza swoim ciężarem i zamiast pomóc widzom w skatalizowaniu lęków i skonfrontowaniu się z historią, stawia tamę i wywołuje wrażenie, jakby te przekazy – mimo ogromnej brutalności – były czymś oderwanym, obcym, doklejonym, wręcz abstrakcyjnym. 

Maja Kleczewska zrobiła kilka kroków w dobrą stronę – za najważniejszy z nich można by uznać swoiste odmetafizycznienie tematu. Reżyserka zdaje się sugerować, że „Dybuk” mógłby być opowieścią o miłości i szaleństwie, jakie pociąga za sobą niespełnienie; skoro tekst An-skiego został potraktowany jako inspiracja, to zamiast skupiania się na serwowaniu wątków demonologicznych można było rozwinąć tematykę społeczną, co wcale nie stałoby przecież w sprzeczności z holocaustowym kontekstem przedstawienia. Archetypiczne skojarzenie z „Romeem i Julią” (tudzież „Tristanem i Izoldą”, względnie „Peleasem i Melizandą”, w porywach do Wertera i Orfeusza à rebours) jest tu równie oczywiste, co trafne i pojemne. To z pozoru ograne ujęcie mogłoby zamiast trącić banałem zaowocować przekazem mocnym, a może i wzruszającym, pod warunkiem zachowania dużej dyscypliny formalnej oraz współpracy z bardzo sprawnym zespołem aktorskim. Do tego drugiego nie tak znowu wiele brakowało (należy przywołać kreację Koleśnik), ale intrygująca antymetafizyczna teza nie znalazła należytego oparcia w inscenizacji, cierpiącej na nadmiarowość i rozproszenie.