NOWE OTWARCIE: Dziesięć kroków
fot. Filip Springer

20 minut czytania

/ Media

NOWE OTWARCIE: Dziesięć kroków

Filip Springer

Od szlaków i węzłów po mędrców z parkingowej budki. Jak powstawał audiowizualny reportaż o warszawskim Służewie

Jeszcze 5 minut czytania

A więc Służew. No na pierwszy rzut oka to tu nie ma tematu. Osiedle jak osiedle, są bloki, zieleń, galeria handlowa. Trochę jednak nuda. Napisała Agnieszka Słodownik. Że Narodowy Instytut Audiowizualny otwiera nową siedzibę i czy ja bym może nie chciał napisać tekstu o założeniach architektonicznych Służewa. Pomarłem w trakcie czytania. Nie chciałbym. Ale napisała jeszcze: „Myślimy o tym budynku jak o palimpseście. Przychodzimy i znów coś nadpisujemy, ale nie jesteśmy pierwsi”. No i mnie miała. Cwana.

Krok 1

Początek jest zawsze podobny – mapowanie punktów stycznych. Dlatego tak rzadko robię tematy zlecone. Jak nie mam z nimi nic wspólnego, to po prostu nie umiem. Mieszkam na Ursynowie. Służew to dla mnie pierwsza stacja za Wilanowską (gdy jadę od centrum) – odtąd aż po sam kraniec Warszawy są już tylko osiedla. Warszawa traci swój wielkomiejski rytm i kształt, staje się coraz bardziej monofunkcyjna, aż w końcu niknie w Lesie Kabackim.

Służew jest więc stacją, ale bywa też czymś innym. Gdy jadę rowerem, przejazd przez to miejsce jest trochę jak smaczny obiad z deserem – równa i z reguły pusta ścieżka od strony Wilanowskiej, światła na Wałbrzyskiej, potem kawałek łagodnie w dół, prawie nie trzeba pedałować, wysoki krawężnik przy Sonaty (zwolnić, żeby nie pogiąć felg), a potem już ostry zjazd w dolinkę, przemknięcie przez Bacha, mostek i w prawo, lekko pod górę, by zza wiaduktów wypatrywać już Kopy Cwila. Tam zaczyna się Ursynów.

Krok 2

SŁUŻEW

Audiowizualny reportaż Filipa Springera o warszawskim Służewie zaprojektowany przez Michała Szotę. Dlaczego na osiedlowych balkonach da się zagrać w brydża? Co o ludziach mówią kozy pana Bogusława? Czym była idea miasta-ogrodu? Z okazji otwarcia nowego budynku Narodowego Instytutu Audiowizualnego na Wałbrzyskiej 3/5 badamy najbliższą okolicę i jej historie.

dwutygodnik.com/sluzew

A więc szlaki, osobiste mapy wyrysowane na wewnętrznej stronie skóry (lubię ten zjazd, nie lubię tego wysokiego krawężnika, boję się, że przy Bacha coś we mnie wjedzie). Każdy ma podobne – ci co tu jeżdżą tak jak ja, ci co biegają, wychodzą z psem, albo po prostu na spacer. Pracownicy zieleni miejskiej, taksówkarze, mieszkańcy bloków. Każdy rysuje w swojej głowie własną, pełną sympatii i antypatii mapę, która sprawia, że jakiś fragment przestrzeni jest jego.

A więc pierwsza myśl – odtworzyć te szlaki. Znaleźć ludzi, chodzić krok po kroku z nimi i pytać, co w danym miejscu czują, co o nim myślą, co w nich ono powoduje.

To może być jednak za mało. Reportażu się z tego nie uciągnie. Te szlaki muszą się jednak krzyżować, zapętlać, łączyć i rozdzielać. Tworzyć węzły. Szukam. Interesują mnie takie najbardziej tymczasowe, w których nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszcza korzeni – niemiejsc. To zwykle skrzyżowania, stacja metra, przystanki autobusowe, galeria handlowa, McDonald, targowisko. Przyglądam się hipnotyzującym rytmom przepływów. Filmuję, podkręcam prędkość odtwarzania. Z tych szlaków i punktów ich przecięcia tworzy się niewidzialna sieć powiązań całej dzielnicy. Dobry punkt wyjścia dla dalszych odpowiedzi.

Służew / fot. Filip SpringerSłużew / fot. Filip SpringerSłużew / fot. Filip SpringerSłużew / fot. Filip Springer
Klasztor dominikanów, park w Dolince Służewieckiej, ogródek przy Służewskim Domu Kultury / fot. Filip Springer

Krok 3

W ręce wpada mi książka Bridget Smith „Society”. Pomysł genialny w swej prostocie. Smith sfotografowała miejsca, w których spotykają się ludzie – świetlice, sale konferencyjne, siedziby stowarzyszeń, klubów sportowych, związków wyznaniowych. Puste pokoje przystrojone adekwatnie do swoich funkcji – wyroby rękodzielnicze, sportowe trofea, znaki religijne albo po prostu tablice informacyjne. I nic więcej. Tu się robi społeczeństwo – mówi Smith swoimi zdjęciami. Szukam takich miejsc na Służewie.

Najłatwiej zacząć od Służewskiego Domu Kultury. To chyba z nim kojarzy mi się to miejsce najbardziej. Nie tylko dlatego, że to znakomita architektura. Chodzi bardziej o to, że ten obiekt powstał na potrzeby bardzo lokalne. Te drewniane chatki niczego nie manifestują, mają sobie tu po prostu być i służyć. Są wdzięczne, skromne i bezpretensjonalne.

– Gdy zdecydowaliśmy się startować w konkursie, pojechaliśmy na miejsce. Byliśmy oczarowani istniejącym domem kultury, mimo że to przecież były baraki, które zostały po budowie metra. Bardzo zielone, bliskie naturze miejsce zagospodarowane małymi kubaturami – mówi mi architekt Marcin Mostafa z pracowni WWAA. – Pamiętam naszą wędrówkę między nimi, zachwyt skalą. Natalia powiedziała wtedy, że to takie, jakie jest, jest właściwie dobre. Tylko trzeba to zrobić na nowo, z nowych materiałów.

OTWARCIE NOWEGO BUDYNKU NInA PRZY WAŁBRZYSKIEJ 3/5

29 maja, z okazji otwarcia nowego budynku NInA odbyło się prawykonanie utworu „NANINANA” Aleksandra Nowaka przez orkiestrę AUKSO i pianistę Piotra Sałajczyka, a także dancing wielopokoleniowy z udziałem didżejów: DJ Wiki i Burna Reynoldsa. 3o maja z kolei recital pianisty Macieja Grzybowskiego i maraton filmowy „Amatorzy, debiutanci, marzyciele”.
Więcej informacji o wydarzeniu tutaj.

Natalia Paszkowska (również WWAA): Bo to, co powstawało tam przez lata, to był całkowicie spontaniczny, niekontrolowany proces. Baraki obrastały budami, szopkami. Gdzieś trzeba było pomieścić te kozy, a potem kury, gołębie, króliki. To miało swój urok, ale też swoje niezaprzeczalne wady. Obezwładniająca zieleń łagodziła zgrzyty, ale na dłuższą metę było wiadomo, że tak się działać nie da. My nie chcieliśmy nowym obiektem odcinać ludzi od przyrody dolinki. Między tymi ich barakami i kontenerami dało się przechodzić i chcieliśmy tę możliwość zachować w nowym projekcie.

No to im wyszło. W 2014 roku obiekt był gotowy i zgarnął wszystkie najważniejsze nagrody architektoniczne w Polsce. Dziś jest właśnie takim węzłem, jakie fotografowała w Londynie Bridget Smith.

– Nie znałem tego miejsca, więc jak każdy, kto chce się dziś czegoś dowiedzieć, wklepałem słowo „Służew” w wyszukiwarkę – mówi jeszcze Janek Sukiennik z pracowni 307 kilo, trzecia noga zespołu pracującego nad projektem SDK. – Wyskoczyło mi kilka wyników, Wikipedia, tego typu sprawy. Dowiedzieliśmy się, czym był Służew, że jeszcze w sumie niedawno nie był nawet częścią Warszawy. To była wieś. W planie miejscowym było zresztą zapisane, że trzeba nawiązać do zabudowy siedliskowej w tej części dolinki. Dziwne to było jak na plan miejscowy – zwykle one są oderwane od rzeczywistości, a ten miał taki wręcz humanistyczny element.

Krok 4

A więc wynik wyszukiwania. To też jest jakiś trop. Właściwie powinienem od niego zacząć. Google przeorało przecież nam wszystkim głowy. Wpisujemy w okno wyszukiwarki hasło i otrzymujemy wyniki pogrupowane na kategorie: internet, mapy, grafika, wiadomości, filmy. Korci, by sprawdzić, czy rzeczywistość się temu algorytmowi podporządkowuje równie posłusznie jak cyfrowa wiedza. Być oknem wyszukiwania w czasie i świecie rzeczywistym. Tym przecież bywa reporter.

Sprawdzam, ale szybko zaczyna mi się nudzić. Świat jest ciekawszy niż wyniki Google, nawet te z ostatniej karty wyszukiwania. Ale wśród zdjęć trafiam na te z 1947 roku. Powódź we wsi Służew. Pozwalają zrozumieć, jak to wtedy wyglądało. Że to była wieś i nie ma zmiłuj. Nie że wiejskie chaty, ale już w mieście, nic z tych rzeczy. To była wioska, z wszystkimi elementami wiejskiego uniwersum. Obniesione chmurami niebo, na pierwszym planie dwie chałupy, płotki mizerne takie, a między nimi woda, bo rzeczka znów wezbrała. Za domami, dominujące w kadrze kościelne wzgórze pokryte resztkami śniegu. Właśnie to wzgórze wyjaśnia wszystko, konstytuuje krajobraz i od razu nadaje mu kontekst. Wiejskie chałupy rozrzucone po łąkach i majacząca w oddali świątynia. Na wyniesieniu, wśród drzew, z dostojeństwem i stanowczością taką samą, z jaką wypowiadane są słowa z kościelnej ambony. Bez cienia wahania, od wieków tak samo. A więc kościół na wzgórzu, tak żeby chłopi wiedzieli, w którą stronę patrzeć. Rok 1947, Służew od dziewięciu lat znajduje się w granicach Warszawy. Nadal jest jednak wsią. I jeszcze długo będzie.

Krok 5

A więc wieś, która zniknęła. Od tego znikania to już się nie uwolnię, już nawet przestałem z tym walczyć.

– Myśmy się tu wprowadzili w 1976 roku i po tej wsi, proszę pana, to już właściwie nie było żadnego śladu – mówi mi jedna z mieszkanek osiedla. – To znaczy mówiło się, że te chałupy to dopiero co zniknęły, że wcześniej to tu krowy w dolince chodziły, ale żadnych namacalnych dowodów to my na to nie mieliśmy. Można tam było pójść, ewentualnie kilka cegieł z trawy wygrzebać, jakąś zasypaną studnię znaleźć. Miejscowych już nie było żadnych poza tym gospodarstwem przy ul. Tarniny 7. Tylko drzewa, proszę pana, o tej wsi pamiętały, bo one się nie ruszyły. Wieś zniknęła, a one tu trwają, jak gdyby nigdy nic.

Zaczynam więc fotografować drzewa, które pamiętają. W ich gatunkach, kształtach i rozmieszczeniu odkrywam ślady tamtej wsi – chałup, obejść, ścieżek i dróg między nimi. Zaczynam wyszukiwać, ale po swojemu.

– Na Służewie doskonale widać tę niewygodną prawdę – uśmiecha się Bogna Świątkowska, założycielka Fundacji Bęc Zmiana i mieszkanka osiedla – że Warszawa to jest miasto, w którym mieszka wieś.

Służew / fot. Filip SpringerSłużew / fot. Filip SpringerSłużew / fot. Filip Springer
Od lewej lub od góry: w jednej ze służewieckich willi, Dolinka Służewiecka, relaks przy Służewskim Domu Kultury / fot. Filip Springer

Krok 6

A więc osiedle. Fotografuję wieś, z każdej jednak strony w kadr włażą mi tu bloki, drzewa nikną w ich cieniu, nie sposób nie patrzeć na nie jak na zwycięzców. Powstały na początku lat 70.

– Czasu mieliśmy mało, a roboty dużo – mówi mi Janusz Nowak, główny projektant osiedla Służew nad Dolinką – wiadomo, czym to pachniało – produkowaniem wielkiej mieszkaniowej kiełbasy, typizacją i udawaniem, że się coś wymyśliło. Na nieszczęście, wraz z projektem wcisnęli nam tę fabrykę domów. No ale na szczęście brakowało w niej prefabrykatów. Więc trzeba było wymyślać swoje. Dlatego tam się udało zrobić coś innego.

Jerzy Kuźmienko, członek zespołu pracującego nad osiedlem, dodaje:

– Jakby to chodziło o projekt typowy, to ja bym się nie zgodził, mnie takie rzeczy nie interesowały, obiecałem wręcz sobie, że w tym procederze obstawiania całego kraju jednakowymi osiedlami to ja nie będę brał udziału. Więc się w żadnym biurze nie zatrudniłem, pracowałem jako wolny elektron. Trochę uczyłem rysunku, trochę startowałem w konkursach. No i ilustrowałem książki dla wydawnictw. Różne, na przykład takie o jeżach. Sporo frajdy.

Do dyspozycji dostali 50 hektarów gruntu łagodnie opadającego w kierunku służewskiego potoczku. Na tym terenie mieli pomieścić 25 tysięcy ludzi. Żeby całego obszaru nie obstawić jednakowymi blokami zdecydowali się pójść w górę. Dlatego najwyższe z budynków mają tu po 11 kondygnacji. Można by je wyciągnąć jeszcze wyżej, ale akurat taki był maksymalny zasięg drabin i sikawek w większości warszawskich remiz. Te wysokie bloki stanowią dominantę osiedla. Obok nich rozstawili też niższe. Najmniejsze mają zaledwie trzy piętra i stoją najbliżej terenów zielonych nad potokiem.

Przed rozpoczęciem budowy dokładnie policzyli wszystkie drzewa. Te, których nie trzeba było wycinać pod wykopanie fundamentów, zostały oszczędzone. To nieco zmiękczyło totalność całego założenia, ale bloki i tak są tu wszechobecne.

Tak, tu jak na dłoni widać tę epicką powojenną historię o chłopie, który porzucał swoje gospodarstwo, zostawał robotnikiem i wprowadzał się do wielkopłytowego bloku. Tutaj wystarczyło, że przeszedł pięćdziesiąt, może sto metrów. Pierzynę mógł przenieść pod pachą, worek z ziemniakami zarzucić na plecy. Z kurnej chaty do betonowego mrówkowca – zmiana cywilizacyjna w zasięgu kilkuminutowego spaceru.

Jest w tym przestrzennym fakcie perwersyjna gra przeciwieństw, zderzenie różnych wizji ujarzmiania przestrzeni – wiejskość zmaga się z miejskością, agrarna idylla z modernistyczną utopią. Walka, w której, dziś to wiemy, nie będzie zwycięzców.

Opozycja wieś – miasto nie wyczerpuje jednak tematu. Zawsze jest coś pomiędzy. Formy przejściowe i tymczasowe są najciekawsze, tak jak poszukiwanie trzeciej drogi. Ona zawsze wyprowadza na fascynujące manowce.

fot. Filip Springerfot. Filip Springer

Krok 7

A więc ogród. Bo trzecią drogę wytyczył Ebenezer Howard. Chciał nam dać wszystko to, co kochamy w życiu w mieście i za czym tęsknimy, spoglądając w stronę wsi. Jednocześnie obiecał uchronić nas przed tym, czego zarówno w mieście, jak i wsi nienawidzimy. Jego miasto-ogród miało być kamieniem filozoficznym światowej urbanistyki – ideą, którą można odmienić świat. Pisał o tym wprost: „Klucz do odpowiedzi na pytanie, jak przywrócić ludzi ziemi – naszej pięknej ziemi, ze sklepieniem nieba, powietrzem i ogrzewającym ją słońcem, deszczem i zwilżającą ją rosą, czystemu ucieleśnieniu Bożej miłości do człowieka – jest oczywiście kluczem uniwersalnym”.

Brzmiało to tajemniczo, ale to, co proponował, było w zasadzie jasne i proste. Postulował zakładanie na gruntach należących do samorządów stosunkowo niewielkich osad, które byłyby dobrze skomunikowane z centrum oraz strefami przemysłowymi i miały dostęp do miejskiej infrastruktury. Ich oddalenie od przeludnionych śródmieść i położenie na uboczu zapewniać miało jednak mieszkańcom bliskość natury, ciszę, spokój, świeże powietrze

„Dzisiejsze duże miasta równie dobrze nadają się do wyjaśniania pojęcia braterstwa, jak teoria astronomiczna dowodząca, że Ziemia stanowi centrum wszechświata warta jest wykorzystania w nauczaniu szkolnym” – pisał.

Znów sięgam do wyników wyszukiwania, jednym z pierwszych linków, jakie prowadzą mnie cyfrowymi drogami dzielnicy jest strona Stowarzyszenia Miasta-Ogrodu Służew. W 1932 roku Adam Branicki – właściciel Służewa – zdecydował się na parcelację i sprzedaż tego majątku. Biuro Mierniczo-Parcelacyjne „DELTA” M. Cieszański, J. Rozalski i Spółka przygotowało plan miasta-ogrodu Służew. Teren został podzielony na blisko dwa tysiące działek. Osią nowego osiedla miała być Aleja Lotników (dziś Wałbrzyska), która w miejscu skrzyżowania z ulicą Puławską rozszerzać się miała do pokaźnych rozmiarów placu zabudowanego na pierzejach piętrowymi kamienicami. Miejsce to miało być centrum nowego osiedla. Wkrótce po zatwierdzeniu planu rozpoczęła się sprzedaż działek pod hasłem „z dóbr Wilanów najlepsze działki budowlane pod Warszawą”. Ceny wahały się od 4 do 9 złotych za metr kwadratowy placu. Najniższa miesięczna rata wynosić miała około 60 złotych. Na taką kwotę pozwolić sobie mogli jedynie lepiej zarabiający.

To dlatego na Służewie osiedlili się przedstawiciele warszawskiej socjety – Kazimierz Piłsudski, brat Józefa, marszałek Sejmu Kazimierz Świtalski i wiceminister skarbu Wincenty Jastrzębski. Zamieszkał tu również znany mecenas Klemens Ołpiński oraz wicedyrektor Banku Gospodarstwa Krajowego dr Kazimierz Niżyński.

Teren okazał się też atrakcyjny dla zamożnych przedsiębiorców i przemysłowców. Wśród nich był Leonard Krupka – właściciel renomowanego salonu na Nowym Świecie „Auto Krupka” i Tadeusz Mikołajewski – producent akcesoriów i części samolotowych (jego willa połączona była z małą fabryczką).

Dla nich wszystkich projektowali młodzi i diabelnie zdolni warszawscy architekci, tacy jak Bruno Zborowski, Stanisław Zamecznik, Jerzy Mokrzyński i Zasław Malicki. Zaprojektowane przez nich budynki w zależności od klienta prezentowały wszystkie obowiązujące ówcześnie style architektoniczne „od dworkowego przez funkcjonalizm aż do monumentalnej architektury typowej dla końca lat trzydziestych”.

Profesor Wojciech Włodarczyk kładzie na stole kartkę. Siedzimy w wyfroterowanym na wysoki połysk salonie jednego z domów przy Skrzetuskiego. Dom ma historię, meble też. Za oknem zieleni się trawnik, wykręcają swe pnie ku niebu owocowe drzewa.

– Posadzone jeszcze przed parcelacją – mówi profesor nie bez dumy.

Ten papier, co leży na stole, to lista najcenniejszych budynków służewskiego miasta-ogrodu – architektonicznych perełek, które profesor latami wyłuskiwał z przestrzeni. Nazwiska właścicieli (Piłsudski, Andrycz, Wańkowicz, Rurarz) robią nie mniejsze wrażenie niż architektów (Zamecznik, Piotrowski, Lachert, Mokrzyński). Gdy spojrzeć na starą mapę parcelacyjną, można sprawdzić nawet pierwotne numery działek. Lista liczy sobie nieco ponad dwadzieścia obiektów. Mapa – ponad dwa tysiące parcel.

– Tym bardziej trzeba chronić to, co udało się im zrobić – przekonuje profesor.

fot. Filip Springerfot. Filip Springerfot. Filip Springer
Od lewej lub od góry: u profesora Wojciecha Włodarczyka, Dolinka Służewiecka, przy klasztorze dominikanów / fot. Filip Springer

Krok 8

A więc ślady. Chcę ich poszukać, bo z trzeciej drogi niewiele tu zostało. Garstka domów ukryta w cieniu bloków. Mieszkalne szafy zamykają perspektywę niektórych ulic, dominują na horyzoncie, są, i to bardzo.

Przy Skrzetuskiego rozbiórka ceglanego domu. Blaszany płot, kolorowe, foliowe taśmy i gruzowisko na całej powierzchni działki. Budynek miał ładną stolarkę, okna z małymi szybkami, werandę. Dzień po dniu tego wszystkiego jest coraz mniej, dom wygląda jak po zrzuceniu na niego bomby. W krajobrazie ciasno obstawionego domkami osiedla wygląda jak pomyłka, błąd programu, reminiscencja jakiejś lokalnej, ograniczonej do jednej działki wojenki.

Kawałek dalej, przy Wołodyjowskiego, pusta wyczyszczona do zera działka, czeka na kupca, na siatkowym parkanie płowieje baner z numerem telefonu. I dalej, wzdłuż Puławskiej, pas zielonej ziemi niczyjej. Chaszcze, śmieci, stare dywany, mnóstwo gruzu i płoty uszczelnione drewnianymi panelami. Śmietnik rozwijającego się tu samorzutnie małego targowiska. Teraz jest sobotnie popołudnie, na gołej ziemi leżą tu tylko ułożone w przemyślną konstrukcję skrzynki na warzywa. W poniedziałek znów będzie można tu kupić ziemniaki i marchew.

Jeszcze niedawno to były ogrody na zapleczach domów stojących przy Wołodyjowskiego, ale potem miasto przejęło te grunty pod poszerzenie Puławskiej. Ludzie stracili ogrody, roboty nie ruszyły, dzikość panoszy się pod wszelkimi postaciami.

Ale żeby nie było, są też te perły. Chodzę z listą profesora, od domu do domu, szukam, czasami znajduję. Nie ma tu rozmachu Saskiej Kępy, nie ma sznytu niskiego Żoliborza. W tym, co zostało, widać, że dopiero nabierali rozpędu. Domy są mniejsze i prostsze, jakby ci, którzy mieli tu zamieszkać i ci, którzy im je projektowali trochę się jeszcze obawiali, co z tego wyniknie. Potem przyszedł rok 1939 i zweryfikował te plany. Miasto-ogród Służew nigdy tak naprawdę nie powstało, żeby je znaleźć, trzeba dobrze poszukać.

Krok 9 

Pomiędzy wsią, ogrodem a miastem tkwią tu jeszcze jak wyspy inne porządki i logiki. Wypełniony ciszą klasztor Dominikanów, parkingowe budki z mędrcami strzegącymi cudzych samochodów, pofabryczne budynki, w których dziś zagnieździły się firmy filmowe. Zielony kolorblok byłego Radiokomitetu (ostatni komunistyczny przewodniczący  Jerzy Urban, pierwszy demokratyczny przewodniczący  Andrzej Drawicz). Dziś działają tu przychodnie.

Obok budynki dawnego Centrum Eksperymentalnego Radia i Telewizji, w których zaczyna działać Narodowy Instytut Audiowizualny. Chodziły słuchy, że w budynkach przy Wałbrzyskiej 3/5 produkowano podzespoły do szpiegowskich radiostacji i systemów łączności wykorzystywanych przez agentów Układu Warszawskiego. Czytam w internecie ulotkę reklamową CENRiT-u. Oficjalnie oferowali stoły mikserskie, systemy dla inspicjentów, interkomy bezcentralkowe i centralkowe, wzmacniacze mocy, rozdzielacze sygnałów, elektroniczne krosownice, panele komutacyjne, ramy systemu 19″. Upadli.

Słucham Łukasza Błęckiego, koordynatora działu IT w NInA. Opowiada o technologiach użytych w budynku. Petabajtach, kilobitach, amperach, rozdzielczościach i pojemnościach. Mówi o trzydziestu kilometrach kabla. Oglądam filmy z remontu. Wielkie szczęki wyburzarek pożerają kolejne fragmenty budynku.

fot. Filip Springerfot. Filip Springer

Krok 10

A więc lekcja pokory. Niby wiadomo, ale warto sobie czasem o tym dobitniej przypomnieć.  Że wystarczy się zatrzymać na dłużej, a historie same wyłażą na wierzch. Z pęku kluczy trzeba cierpliwie wybrać tylko te, które będą pasowały. Mapy, szlaki, węzły – wyniki wyszukiwania śladów kolejnych utopii. Pamięć o przeszłości zapisana jest tu w przysypanej codziennym zgiełkiem przestrzeni. 

To było opowiadanie o miejscu samemu sobie, zaglądanie pod własną i cudzą skórę i odczytywanie znajdujących się tam map. Czasem trzeba je było samemu narysować. Na chwilę wejść w buty odkrywcy. Tysiące zdjęć, setki godzin wędrówek, dziesiątki krótszych i dłuższych rozmów. Jestem mądrzejszy, a właściwie mniej głupi, o przestrzeń, którą poznałem. 

Znów jadę rowerem – światła, ścieżka za Wałbrzyską, zwalniam przy Sonaty, by nie pogiąć felg, skręcam w boczną alejkę, nadkładam drogi. Mapa zyskuje nowe detale.