Kres konwencji
fot. Magda Hueckel

6 minut czytania

/ Teatr

Kres konwencji

Paweł Soszyński

W „Portrecie damy” Ewelina Marciniak tworzy teatr współczesny à rebours, podpinając jego energię pod XIX-wieczny sceniczny tranzystor. Efekt jest znakomity

Jeszcze 2 minuty czytania

Izabela Archer, bohaterka „Portretu damy” Henry’ego Jamesa, to idealny materiał dla dramaturga. Rozdarta między ojczystą Ameryką i Wielką Brytanią przodków,  Dzikim Zachodem i reżimem wiktoriańskiego salonu, starym i nowym światem – jest pomiędzy: na styku dwóch kultur, projektów cywilizacyjnych, koncepcji jednostki i jej powinności. W spektaklu Eweliny Marciniak akcent pada na stary świat i jego rytuały. Doprecyzowany zostaje w nim język reżyserki, która pastisz i burleskę z katowickiej „Morfiny” według Twardocha doprowadza do kompozycyjnego mistrzostwa. Myślenie szerokimi planami, kapitalny zespół realizatorów, precyzyjny montaż i finezja inscenizacji, a do tego formalne aktorstwo oparte na synchronach i błyskotliwych numerach. Język, który jest efektowny, ale nie jest efekciarski, bo świetnie przystaje do tematu, tworzy sensy bez dyskursywnej nachalności. Jednocześnie język, który osiąga swój zenit i zostaje wyczerpany – powtórka z tej rozrywki w kolejnym spektaklu mogłaby skończyć się źle.

Całość otwiera prezentacja arystokratycznego salonu w pastiszowej formie kadryla, co jest tylko anonsem reżyserskiego wariactwa i błyskotliwości „Portretu damy” z Teatru Wybrzeże. To w trakcie tańca Izabela pozna kandydatów na męża, lordów i angielskie damy. Archer ulegnie coraz większej fascynacji tym światem, o co zresztą zadbają realizatorzy. Rewelacyjna choreografia Dominiki Knapik każe parodiować aktorom porcelanowe sielanki i „Portret damy”, na podstawie Henry’ego Jamesa, reż. Ewelina Marciniak. Teatr Wybrzeże, premiera 17 maja 2015„Portret damy”, na podstawie Henry’ego Jamesa, reż. Ewelina Marciniak. Teatr Wybrzeże, premiera 17 maja 2015scenki rodzajowe, kolonialne tryumfalne pomniki i memoriały. Katarzyna Borkowska ściga się na pomysły z kostiumologami Tima Burtona, a za pomocą świateł tworzy wspaniałe, halucynacyjne pejzaże. Zespół Chłopcy kontra Basia za pomocą trzech instrumentów na krzyż i głosów zamieniają całość w brawurowy musical. To dzięki nim wszystkim podejrzany pomysł, by ponaigrywać się z teatralnych form towarzyskich, które kultywują wielcy wiktorianie w trakcie rytualnych herbatek, zmienia się w teatralny odlot. Bo łatwy koncept ujęty jest tu w oszałamiającą strukturę. Ta struktura jest jak sprytnie zaplanowana pułapka, podobnie jak w powieści Jamesa pułapką jest spadek po wuju Danielu, który zmienia Amerykankę z obserwatorki w obiekt, z turystki – w cel matrymonialnych pielgrzymek.

Można tego nie kupić, zobaczyć w tym jedynie cyrkowy numer wsparty filmowymi trickami. A jednak, jak Izabela, wpadamy w ten świat po uszy – wreszcie teatr z pomysłem przeprowadzonym po bandzie, bez musowego dłubania w intelektualnym zapleczu, robiony lekko i bez nadęcia. To odświeżające, przypomnieć sobie, że teatr służy także do tego. A aktorzy to również, czemu by nie, wytrawni kuglarze.

Marciniak tworzy teatr współczesny à rebours, podpinając jego energię pod XIX-wieczny sceniczny tranzystor. Odwrotnie, niż dyktuje nawyk, który reżyserom każe wciąż testować klasykę w ponowoczesnym teatralnym środowisku. Wtłoczyć współczesną energię w XIX-wieczne formy sceniczne, w których monolog przerywany był tanecznym numerem, dialog piosenką, a wszystko to pracować miało na konto magii samego widowiska – brzmi to jak kaprys i zbędny anachronizm. A tymczasem Marciniak robi to, czego przestraszył się nawet sam Zadara „bez skrótów” zmieniający jednak Wielką Improwizację w set didżeja. W „Portrecie damy” konwencja jest czysta, tak bardzo, że ulega przerasowieniu. Izabela nie jest tu żoną Hollywoodu czy Larą Croft. Próżno tu szukać wstawek ze współczesności, od początku do końca jesteśmy w świecie z epoki, a reżyserka gra va banque: pieści każdy element monumentalnej stylizacji, wiedząc, że ten świat sam się załamie pod ciężarem potwornego przepychu.

fot. Magda Hueckel

Szaleństwo inscenizacji ma tu konkretne znaczenie. Społeczeństwo, które jest oszustwem, bunt zmieniony w styl bycia, dyskurs przeobrażony w estetykę. Wszystko jest tu kruche i pozbawione pierwotnej funkcji – jak porcelanowa zastawa, dziwaczny fetysz, wokół którego gromadzi się salon. To świat złożony z rekwizytów i substytutów z wielkimi drzwiami ustawionymi przez Borkowską w pustce, prowadzącymi znikąd donikąd, ale otwierającymi się z pałacowym rozmachem, bo w tej przestrzeni szuka sie jedynie cokołu i progu, na których można by stanąć i efektownie, na moment zaistnieć. „Nazywam się Pansy i jestem urocza” – przedstawi się córka Osmonda, przyszłego męża Izabeli. I rzeczywiście, chyba po raz pierwszy mizdrzące się na scenie dziecko będzie sensownie irytujące. Zatańczy z serpentyną, ale za chwilę aportuje tatusiowi buta. W „Portrecie damy” będzie ostentacyjnie tresowanym słodkim bibelotem. A czy to pies, czy wydra – w gruncie rzeczy co za różnica, skoro tak pięknie skraść chce nam serce.

„Portret damy” to opowieść o normach, które zmieniają się w konwencję, a stąd już tylko krok do ich samozagłady. W ten sposób Marciniak przekracza książkowy temat społeczeństwa wiktoriańskiego i europejskiej dekadencji schyłku belle époque. Wszystko zmienia się tu we własną parodię: kolonializm, orientalizm i spirytyzm wprowadzony na scenę wraz z nonsensownym powrotem wuja Izabeli zza zagrobu, w obowiązkowej błękitnej poświacie metapsychicznych dagerotypów. Monstrualność pozy nie należy już do konkretnej epoki – ukazuje raczej fiasko wszelkich kulturowych konstruktów. Pod burleskową scenę-instruktaż parzenia herbaty podstawić można przecież dowolną zmienną, a wtedy pozorna komedia zmieni się w dotkliwy traktat o złudnej wierze w jednostkową wolność. W konwencji melodramatu mieści się bowiem opowieść nie tylko o miłości, która zostaje zawiedziona i złamana przez rytuał małżeństwa i społeczny fałsz. W najnowszym spektaklu Marciniak wątpi w nasz wysiłek, by utrzymać się na powierzchni, nie wpaść w otchłań kulturowych halucynacji i zbiorowych złudzeń.