Duch ruchu

Duch ruchu

Katarzyna Czeczot

Szczawińska, której teatr od lat konsekwentnie realizuje poetykę zaciekłego antymimetyzmu, z  „Niewidzialnym chłopcem” Karpowicza radzi sobie tak, jakby był specjalnie dla niej napisany

Jeszcze 3 minuty czytania

Spektakl Weroniki Szczawińskiej „Niewidzialny chłopiec” dzieli się na dwie części: przed przyjściem niewidzialnego chłopca i po jego przyjściu. Rzecz dzieje się podczas kolacji, pięciosobowa rodzina przyjmuje doktora, jest stół, wokół niego krząta się służąca, której wydaje się kolejne polecenia. Przed przyjściem niewidzialnego chłopca rozmawia się między innymi o jedzeniu, gospodarze domu chwalą się sukcesami dzieci. Syn opowiada sporo o swojej pasji, jaką jest astronomia. Wygłasza nawet, wraz z siostrą, niewielki wykład o planetach. Po przyjściu chłopca komunikacja między biesiadnikami, czy raczej jej pozór, znika; narzucone przez konwencję towarzyskiego spotkania dialogi rozsypują się, w końcu ustępują solowym występom. Każda z postaci wygłasza kolejno monolog, ich cechą wspólną są kwestie, o których „przy stole się nie mówi”.

Niewidzialny chłopiec jest niewidzialny, ale jest. Córka zderza się z nim w drzwiach i, obmacując jakiś kształt w powietrzu, stwierdza „włosy, czoło, oczy, nos”, utrzymuje, że jest w mundurze, że w ręce trzyma książkę. Rodzina nie bardzo chce wierzyć. „Bardzo się cieszymy, że masz zdolności aktorskie”, próbuje wydrwić córkę ojciec, „dostaniesz krost”, straszy matka, brat zaśmiewa się i gratuluje siostrze oryginalnego pomysłu na odwrócenie uwagi od upuszczenia tacy i stłuczenia butelek szampana. Kiedy rodzina nie daje sobie rady z przywołaniem dziewczyny do porządku, do akcji, jakby na wzór opowieści o histeryczkach, wkracza doktor. Szczawińska zamiast słuchawki lekarskiej daje mu mikrofon, którym ten pouciskawszy ciało dziewczyny, stwierdza nie tyle przyśpieszone tętno, ile istny galop „jakby dwóch serc”. 

Niewidzialny chłopiec zachowuje się więc trochę jak dybuk – wstępuje w ciało dziewczyny, z którą kiedyś łączyła go może miłość, może tylko flirt – trudno jednoznacznie wywnioskować. Wiadomo jednak z pewnością, że dziewczyna tego spotkania nie chce, nie jest na nie gotowa. Choć chwilami wydaje się podekscytowana, jej ciało protestuje. Wstrząsają nim konwulsje, jest nieporadne, zacina się albo wykonuje gwałtowne i bezsensowne ruchy. Córka wyraźnie usiłuje wygnać chłopca, pozbyć się go na dobre. Tym bardziej będzie próbowała to zrobić jej rodzina. Dla niej bowiem chłopiec oznacza niewygodne wspomnienia, ożywia niezbyt przyjemną przeszłość, którą zdążono już zamieść pod dywan i do której nikt nie chce tu wracać. 

Tymoteusz Karpowicz Niewidzialny chłopiec, reż. Weronika Szczawiński. Wrocławski Teatr Współczesny, premiera 14 lutego 2015Tymoteusz Karpowicz, „Niewidzialny chłopiec”, reż. Weronika Szczawińska. Wrocławski Teatr Współczesny, premiera 14 lutego 2015Dramat Karpowicza nawiązuje bowiem do wydarzeń marca '68, przedstawia rodzinę, która za okazaną władzy lojalność zostaje obdarzona licznymi przywilejami. Znakiem niezwykłego na tamte czasy dostatku jest oczywiście służąca. Ale podczas kolacji świętuje się też zupełnie świeże fakty: nominację i odznaczenie dla ojca, pozytywną weryfikację dzieci. To w związku z tymi wydarzeniami stół jest ostatentacyjnie „nieskromny”, zastawiony przywiezionym z zagranicy alkoholem. Gospodarze domu, chwaląc swoje dzieci („żadne z nich nie wdało się w żadną awanturę polityczną”, mówi z dumą ojciec), muszą się jednak hamować, wymaga tego od nich obecność doktora, którego syn, jak to oględnie zostaje określone, „zaplątał się przypadkowo w te sprawy”. Ojciec pociesza gościa, że „wszystko wyjaśni się lada dzień”. Pewien swojej pozycji i możliwości, zapewnia: „Interweniujemy”. Interwencja jednak pojawi się z zupełnie niespodziewanej strony. Choć w tekście dramatu nie ma jednoznacznej wskazówki, że niewidzialny chłopiec jest synem doktora, to istnieje niejedna, która pozwala go zaliczyć do owych „przypadkowo (bądź nieprzypadkowo) zaplątanych”. Wałkoń i fantasta, wedle słów ojca. A według córki: „kieszonkowy Cohn-Bendit”, „absolwent wydziału wibracji anarchicznych”,  „bufon, pokazowicz, buntownik à la mode”. Dziewczyna, „absolwentka wydziału paraliżu politycznego”, przyznaje, że nigdy nie rozumiała, przeciw czemu buntował się jej chłopak, stypendysta z mieszkaniem, telefonem, adapterem i gitarą. Gdy powraca jako niechciany gość, ktoś bliski romantycznemu upiorowi czy dybukowi, próbuje to ustalić na nowo. „Czego ty właściwie chcesz? Panowania? Czy braku panowania”.

„Niewidzialny chłopiec”, gdyby poprzestać na dotychczasowych uwagach, mógłby się wydać dalekim krewniakiem dramatu naturalistycznego z właściwą mu namiętnością do wyciągania na światło dzienne rodzinnych sekretów. Do tej tradycji nawiązuje przecież w pewnym sensie kompozycja – przybycie nieoczekiwanego gościa, które, z pozoru jedynie stanowiące ingerencję sił zła, okazuje się drogą ku prawdzie. To schemat znany chociażby z „Dzikiej kaczki” czy „Nory” Ibsena. Ibsenowski przybysz, którego naśladuje niewidzialny chłopiec, demaskuje fałsz rodzinnego szczęścia. U Karpowicza podobnie; niechciany gość wymiata spod dywanu niechciane resztki, o których wszyscy chcieliby zapomnieć i woleliby o nich nie mówić. Jego przyjście wywołuje falę przykrych, bolesnych wyznań. Córka musi zmierzyć się z nieszczęśliwym romansem i swoim konformizmem; matka przyznaje się do małżeńskich zdrad, ale również opowiada o gwałcie, którego padła ofiarą podczas wojny; synowi wali się światopogląd naukowy; ojciec zaczyna plątać się w uzasadnieniach swojej ojcowskiej, pełnej nadużyć władzy; dziadek zdradza swoje zakazane fantazje erotyczne i spowiada się z kompleksów. 

Wrocławski Teatr Współczesny

Szczawińska nie przesuwa jednak tych prywatnych wyznań w prywatną przestrzeń. Przeciwnie, aktorzy zamiast wygłaszać monologi w samotności, robią to w osobliwej, połowicznej obecności reszty rodziny bądź to usadowionej na krzesłach niczym publiczność, bądź wystającej głowami z okienka przypominającego pomieszczenie w studio nagrań. Wyznania nabierają przez to charakteru zeznań. Te zaś pracują na niekorzyść przesłuchiwanych. Egzystencja zadowolonych mieszczan odsłania się jako splot beznadziejnych kompromisów, sekwencje narzuconych z zewnątrz, pozornych jedynie wyborów, wyrzeczenie się marzeń, zgoda na niesprawiedliwy, bezduszny świat. 

Przesłuchanie, i jako część śledztwa, i jako aktorski występ przed komisją kwalifikacyjną, jest rewelacyjnym skrótem wyrażającym nieuchronne krzyżowanie się sfery prywatnej i publicznej. Z myślą o publiczności wybrzmiewa to, co jest i ma pozostać prywatne. Wyjawienie szczegółów, które dla przesłuchujących śledczych pozostają nieznane i niedostępne. Ekspresja własnej osobowości dokonywana tak, by zrobić wrażenie na producentach. Szczawińskiej udaje się w ten sposób znaleźć wyraz dla jednego z ulubionych motywów Karpowicza, jakim jest relacja powierzchni i głębi. O zdzieraniu wierzchnich warstw traktuje wiersz „Koło tańca miłosnego”, w którym bohaterka zdejmuje chustkę, włosy, „potem ciało zrywała z ciała”. Motyw niezgody na powierzchnię, jej destrukcji „w imię znaczenia” i poszukiwania głębi stanowi również oś przewodnią kilku dramatów Karpowicza, między innymi „Dziwnego pasażera” i „Noc jest tylko wygnanym dniem”. Puenta jednak, którą pisarz konsekwentnie umieszcza w tych opowieściach, jest jakby wzięta z leśmianowskiej „Dziewczyny”. Zagadka, której rozwiązanie miało zapewnić zdzieranie warstw, drążenie, kopanie, schodzenie w głąb, w rzeczywistości nie istnieje. Pod spodem nic nie ma, bo nie ma też spodu. U Karpowicza głębią zawsze okazuje się powłoka, a opozycja wnętrza i zewnętrza – iluzją. Choć konstrukcja „Niewidzialnego chłopca” sugeruje sięganie w głąb (życia społecznego, historii, psychiki), to jednak od początku proces ten zostaje wyszydzony: 

OJCIEC: Tak, trzeba pić i rozmawiać. Do dna.
DZIADEK: Do dna? Jakiego dna? Głębiej! Dno jest dopiero za trzecim, czwartym, piątym dnem. Mówię wam. Jeszcze głębiej! Za szóstym, siódmym. „Wieżo Dawidowa”!
OJCIEC: Taka jest formuła polskiego ekshibicjonizmu, dezynfekcji moralnej. 

Związki między „Niewidzialnm chłopcem” a ibsenowskim dramatem rodzinnym są na każdym innym poziomie oczywiście bardzo nikłe. W tekście Karpowicza brakuje konsekwentnie rozwijającej się fabuły, dającej się uzasadnić psychologicznie czy socjologicznie.  Akcję tworzą u niego w ogromnym stopniu zdarzenia, jakie mają miejsce w języku, często na poziomie zdania: kolizje słów, eksplozje związków frazeologicznych, niedające się rozstrzygnąć potyczki sensów. Zabiegi stanowiące o odrębności poetyckiego języka Karpowicza, które Janusz Sławiński przed laty opisywał jako „śledztwa wytaczane słowom”, czyhanie na „utajoną w słowach gotowość do wieloznaczności”, w dramatach pełnią między innymi funkcję nawiasów dla przedstawianej rzeczywistości. W „Niewidzialnym chłopcu” – mimo obecnej w dramacie warstwy niesnasek i rodzinnych sekretów – nie ma konsekwentnie skreślonych psychologicznych portretów. Postaci tyleż wypowiadają swoje kwestie, ile formułują językowe komunikaty, w których w dużej mierze chodzi o zwrócenie uwagi na sam język, mechanizmy tworzenia się znaczeń. Na tej płaszczyźnie rozpatruje swój konflikt z niewidzialnym chłopcem córka: „Jak niebezpiecznie jednak rozumieć w sposób różny to samo słowo: wolność”. 

Wrocławski Teatr WspółczesnyWrocławski Teatr Współczesny

Szczawińska, której teatr od lat konsekwentnie realizuje poetykę zaciekłego antymimetyzmu, z Karpowiczowskimi tekstami radzi sobie tak, jakby były specjalnie dla niej napisane. Zamykając aktorów w bardzo ograniczonym repertuarze gestów i póz, niweczy wszelką iluzję związaną z psychologią. W jej „Niewidzialnym chłopcu” aktorzy nie wcielają się postaci, lecz wcielają słowa, które wychodzą z nich jak produkty na taśmie fabrycznej, w równych odstępach, szybko, sprawnie. Czasami się zacinają, powtarzając na przykład jedno słowo kilka razy, co wzmaga jedynie wrażenie automatyzacji właściwej produkowaniu sensów, na co dzień niezauważanej, bo uznawanej za immanentną właściwość językowej komunikacji. Mówiąc inaczej, fortunność tandemu Karpowicz-Szczawińska polegałaby na wspólnej pasji badania medium, którym się posługują. Jeśli Karpowicz rozbija z furią składnię zdań, to po to, by ujawnić istnienie utartych kolein, jakimi biegną słowa, gotowe przecież zmienić trakt i przeznaczenie. Podobnie z językiem teatralnym postępuje Szczawińska. Zamiast budować opowieść z rozpoznawalnych zestawów gestów, słów, póz, woli je rozbijać, by przekonać się, czy łączące je spoiwo nie zdążyło przerodzić się w akt pozostający już tylko na usługach tradycji, który konserwuje jedynie utarte sensy, uniemożliwia tworzenie się nowych, hamuje wyobraźnię. 

Nie wiadomo, dlaczego chłopiec stał się niewidzialny; czy jest przetrzymany przez milicję, czy został wydalony z Polski. Jego niewidzialność można porównać z tą, która interesuje syna-astronoma, zajmującego się niedostrzegalnym dla ludzkiego oka ruchem planet. Jest niewidzialny dla niecierpliwych, wyjaśnia. By go stwierdzić, udokumentować, potrzeba niekiedy kilku lat. Stawka jest jednak niebagatelna. Dlatego syn z porównywalną cierpliwością księguje ruch w swoim najbliższym otoczeniu, mebli, obiektów, postaci. Liczy, że „któregoś dnia, jakieś zdarzenie, jakaś synchronizacja wymiarów może powiedzieć nieoczekiwaną prawdę o naszym domu”. Ta prawda nie wyłania się z obliczeń. Karpowicz wyśmiewa ambicje, jakie pokładali w nauce jej adepci. Niewidzialny chłopiec w przeciwieństwie do niewidzialnych ruchów nieba, wymyka się pomiarom i prognozom. Ma to do siebie, że przychodzi nie w porę. Znamienne, że w monologu syna, będącego już reakcją na przyjście chłopca, w wywód o ruchu planet wciskają się nazwiska związane z ruchami społecznymi, między innymi Régis Debray, Rudi Dutschke, Melina Mercouri, Beate Klarsfeld, Herbert Marcuse. A także związane z nimi cytaty. Te wtrącenia robią wrażenie nieprzewidzianych w wykładzie, mimowolnych. Psują przejrzystą konstrukcję punktowania gwiazd i ich liczbowo ujętych parametrów. Świadectwa życia społecznego bruzdkują i ostatecznie siepią naukowy i spójny opis życia kosmosu. Nie tylko opis łamie się i kruszy, ruchy społeczne wstrząsają samym kosmosem. „Wiem, co się przydarzyło światu! Świat się pali!”. Ruch polityczny, który syn odczuwa przede wszystkim jako zagrożenie dla ładu, oznacza poruszenie nie tylko ludzi połączonych w grupy, ale również poruszenie mowy. To w nim można przyłapywać na rewolucyjnym myśleniu Karpowicza, który światopoglądowo przecież był jak najdalszy od lewicowych i emancypacyjnych narracji. Jego język jest jednak rewolucyjny, staje się taki, gdy idzie za radą syna-astronoma, i od księgowania prawidłowości przechodzi do odkrywania olśniewających nieprawidłowości. 

To właśnie olśnienia nieprawidłowościami zabrakło mi w spektaklu Szczawińskiej, która opowieść o nieoczekiwanym zderzeniu zamknęła w wyraziście rozplanowanej przestrzeni, w nieskazitelnej bieli, nieznającej kurzu czy błota. Pośród jednokolorowych postaci przypominających roboty. Zderzenie z chłopcem, wbrew towarzyszącemu mu potokowi słów, zdaje się zbyt dobrze obliczone. Podobnie jak jego konsekwekcje. Szczawińska rozebrała język teatru na części pierwsze, ale po to, by z powrotem je obok siebie ułożyć, wprawdzie każdą z osobna tak, że fabularna i psychologiczna niespójność zostaje tu wydobyta, ale bez szans na olśniewającą nieprawidłowość. W efekcie jej „Niewidzialny chłopiec„ jest jedynie relacją o zderzeniu, sam z niczym się nie zderza.