Duch-resztka
fot. Oliwia Szanajca-Kossakowska

11 minut czytania

/ Muzyka

Duch-resztka

Jakub Bożek

„Polskie brzmienie to dla mnie pewna specyficzna refleksyjność, tęsknota w połączeniu ze sporymi pokładami wyobraźni i bogatą świadomością” – mówi Jaromir z duetu Ptaki. Czy na albumie „Przelot” udało im się wydestylować esencję środkowoeuropejskiej muzyki?

Jeszcze 3 minuty czytania

Samplowanie to nie taka prosta sprawa, choć mogłoby wydawać się inaczej. W końcu co jest trudnego w pożyczeniu od kogoś muzyki? Kilka problemów by się znalazło, i to nawet z wyłączeniem tego najważniejszego: jak z cudzego zrobić własne. Po pierwsze, wszystkie dobre i oczywiste płyty zostały już wygrzebane, więc trzeba kopać naprawdę głęboko. Po drugie, szukanie płyt winylowych może być niebezpieczne. Można na przykład dać się przygnieść stertą plastiku, gdy nieopatrznie wyciągnie się płytę nośną. Można też znaleźć coś nieoczekiwanego i niekoniecznie miłego. DJ Shadow na przykład wyciągnął z kupki płyt martwego nietoperza. Najgorsze jest chyba jednak to, że poszukiwanie materiału do wykorzystania zmienia człowieka, bo w tej metodzie słuchania tkwi coś przeklętego – stała czujność, traktowanie nagrań jako tworzywa, a nie przemyślanej wypowiedzi artystycznej, potrafią na stałe zmienić nastawienie do muzyki. „Myślenie o muzyce w ten sposób jest dla nas obu chyba naturalne. Tworzenie alternatywnej rzeczywistości, snucie nowej opowieści na podstawie istniejących już historii i zmiana kontekstu, w którym funkcjonują niektóre nagrania nie stoi zresztą w sprzeczności z cieszeniem się innymi nagraniami takimi, jakie są” – odpisuje mi Jaromir, który razem z Bartoszem Kruczyńskim nagrywającym jako The Phantom tworzą samplodeliczny duet Ptaki. Ich debiutancki album „Przelot” to mistrzowskie warsztaty z samplowania i krótki kurs polskiej nostalgii. 

Znakomity warsztat i pomysłowość chłopaków słychać nawet w drobiazgach. „Skit 2” to tylko przerywnik tnący album na pół. Mocny bluesrockowy puls sekcji buja jak wzburzone fale, marynistyczne fanfary alarmujące jak sygnał SOS i ekwilibrystyczne, seksowne riffy gitary bez dwóch zdań zainspirowane stylem Jimiego Hendrixa. Nietypowe dla rocka metrum tylko podkręca nerwowy nastrój. Wrażenie niesamowitości wywołuje jednak co innego, sposób w jaki Ptaki potraktowały materiał źródłowy. Oryginalna piosenka, napisana w 1969 roku, została bowiem chirurgicznie pocięta i przemontowana, tak jakby zespół w czarnej płycie winylowej zaszczepił mikroskopijne portale przenoszące igłę po rowkach. W efekcie pierwotne kompozytorskie sztuczki i podcięcia wyparowały, pozostał zaś atletyczny rytmiczny szkielet zdradzający powinowactwo rocka i funku.



„Skit 2” to wprawka z alternatywnego słuchania, czynności wymagającej dużej wyobraźni i kunsztu, no i pewnego braku szacunku objawiającego się w pełnej gotowości do rozgrzebania zdawałoby się zamkniętej muzycznej całości, poskładania jej na nowo, wrzucenia w nową sytuację.

Ptaki oczywiście nie są pierwszą taką formacją, ale „Przelot” to mimo wszystko album wyjątkowy i w pewien sposób niedzisiejszy. Złożony z setek sampli powycinanych z ponad dwóch tysięcy płyt winylowych, pieczołowicie posegregowanych według tonacji i nastrojów, wymagał nakładu pracy i mnisiej cierpliwości porównywalnych bodajże tylko z filmami kręconymi metodą animacji poklatkowej. Dla przykładu, w „Jelitkowie” – pisze Bartosz – „samo intro i mostek to łącznie około 20 sampli – morskie odgłosy, syntezatory, fujarki, monolog, hammond, smyczki. Główna melodia gitary zmontowana jest z dobrych kilku fragmentów dłuższego solo”.

W praktyce wcale tego nie słychać, fragmenty łączą się zupełnie bezszwowo. „Jelitkowo” – biorące tytuł od nadmorskiej części Gdańska – uwodzi rozwiązłym, zmysłowym rytmem i przewodnim motywem gitary o pięknej flażoletowej barwie. To jej brzmienie nadaje kompozycji cudownej lekkości, wbija w nią powietrze, zupełnie jak trzepaczka w białko. Mimo to w „Jelitkowie” wciąż dominuje melancholia w jakimś szczególnym słowiańskim odcieniu pasteli. Widocznie dla Ptaków nawet słońce świeci na smutno, bo i żwawsze utwory z „Przelotu” są jakby przydymione, wyblakłe. W „Nie zabijaj” – digidubowym potworze ze zdyscyplinowaną minimalistyczną linią bębnów i niemożebnie funkowym, punktującym basem – rozbuchany jamajski klimat zostaje schłodzony balsamem z elektrycznego pianina i aerozolem z gitary przetworzonej przez efekt chorus. Nawet klasyczny regałowy motyw zagrany na klawiszach kojarzy się bardziej z daremnością nieodebranego połączenia, równie dramatyczny jest wokal zapomnianej piosenkarki: „Chcę obudzić, co zasnęło / I już dawno w tobie śni”. W energicznym „Gdy nadchodzi pora księżycowa” agresywnie złamany rytm, rozpięty pomiędzy wczesnym hip-hopem opartym na brzmieniu automatów perkusyjnych LinnDrum a nowoczesną brytyjską muzyką basową, skontrowany jest rozmarzonymi fakturami – melodyjnym pochodem kontrabasu, wirującym pasażem syntezatora, liźnięciem gitary, chłodnym i rozwibrowanym klawiszem. W balearycznym „Warsaw” stolica zmienia się w nadmorski kurort. Ale kurort już po szczycie sezonu, najlepiej jesienią lub zimą. Morrissey śpiewał o takich miejscach, że chce zrzucić na nie bombę atomową. Kto tego nie zna?

W innych miejscach albumu atmosfera jest bardziej przytłaczająca. Szczególnie nerwowa jest triada utworów zaczynająca się „Ostatnim kursem”, który otwiera podsłuchana rozmowa z dyspozytorni, słychać strzępy słów: „Wypadek na al. Niepodległości?”. Plastyczny syntetyczny bas i sprawny dynamiczny rytm – rodem z serialu policyjnego – przerywają dramatyczne efekty dźwiękowe, odgłosy kroków, krzyki, przestrzenne dubowe efekty, wirowanie smyków. O tym, że stało się coś złego, świadczy treść krótkiego przerywnika. Beznamiętny głos recytuje: „Dnia 14 sierpnia wyszłam z domu i potem nie wróciłam. Ubrana byłam w spódnicę w kratę i białą bluzkę. Na nogach miałam niebieskie pantofle. Byłam z gołą głową. Ktokolwiek wiedziałby o losie zaginionej, proszony jest o powiadomienie najbliższego komisariatu”. W „Stacji zagłuszania” straszą zaś duchy: odkształcony głos, pisk radaru lub stacji nadawczej, wyrazisty szum płyty winylowej w tle. W końcu pisk wybija się na pierwszy plan , jego miarowość budzi autentyczną grozę. Co dalej? Niezbyt wiadomo. Ta ścieżka się urywa, kolejny utwór nosi nazwę „Za daleki sen”.

Gdzie indziej gorączkowa atmosfera ma nieco mniej dookreśloną formę. „Deszczem” jest gęsty od winylowego szumu i ponurych brzmień, nawarstwiających się jak wypukły impast. Malarskie konotacje są zresztą całkiem na miejscu, bo w muzyce Ptaków chodzi nie tyle o dzianie się, ile o stworzenie iluzji światła, wrażenia i kształtu. „Właściwie bardziej zależało nam na kreowaniu impresji. Z premedytacją używaliśmy sampli, które pobudzają wyobraźnię – sonar, rżenie koni, prognoza pogody, krzyki, morze, wybuchy. Bardzo często «laliśmy» sample, aż do momentu uzyskania katharsis” – tłumaczy Bartosz.

Zastanawiam się, czy wraz z samplami do ich muzyki wlało się coś jeszcze. „Przelot” ma wyjątkowy nastrój, świeci jakimś niesamowitym patynowym blaskiem. Czy nostalgia, która przenika ten album jest w stu procentach zamierzona, a może po prostu się mu przytrafiła gdzieś obok planów twórców? Simon Reynolds w „Retromanii” stwierdził, że tak bardzo przywykliśmy do praktyki samplowania, że przestaliśmy o niej myśleć. A przecież to zapożyczanie fragmentów cudzych nagrań nie jest czymś neutralnym, niesie ze sobą konkretny sens. Dzięki samplowaniu ożywia się przeszłość, wywołuje się jej ducha. A może duchy? „Nagrany muzyk jest jak duch – pisze Reynolds – naraz obecny i nieobecny. Istnieje nawet konkretny typ ducha, do którego można by porównać nagranie muzyczne. Okultyści nazywają go «duchem-resztką». W przeciwieństwie do inteligentnej, reagującej zjawy, z którą można się porozumieć i która ma często coś konkretnego do przekazania, taka pozostałość jest często nieświadoma zmian w środowisku i przez to ciągle odgrywa tę samą scenę”.


Samplowani muzycy są więc trochę jak zombie pozbawione szczęk i prowadzone na postronku, można im kazać robić rzeczy wbrew ich woli – na przykład diwy R&B ni stąd, ni zowąd zaczynają wyśpiewywać wyznania miłości do ecstasy i muzyki rave – a oni nie mogą na to ani zareagować, ani nawet się odgryźć. Zresztą nawet terminologię samplowania cechuje co najmniej brak delikatności, materiał się „tnie”, najbardziej szanowaną umiejętnością jest „wywrócenie” (flip), zrobienie czegoś z niczego. Transmutacja słabego nagrania w dobre. „Jest to trochę artystyczny kanibalizm, to prawda” – twierdzi Bartosz. „Sami to trochę czujemy, gdy używamy sampli z okresu młodości dziś już osiemdziesięcioletnich muzyków. Z drugiej strony już sam proces rejestracji i odtworzenie muzyki przez osobę trzecią jest takim seansem. Szczególnie w czasach remasterów czy płyt pośmiertnych. Umarłeś, ale twój głos jeszcze wielokrotnie będzie odtwarzany i przetwarzany przez kolejne studia, zwielokrotniany na kolejnych nośnikach”. Jest to zresztą powrót do pierwotnego zastosowania technologii nagraniowej. Thomas Edison wymyślił przecież fonograf jako narzędzie służące do zachowania głosów bliskich po ich śmierci. Reklamował jego zdolność do reprodukcji dźwięku „bez obecności i zgody prawowitego źródła, a także po upływie dowolnego czasu".

„Nie zgadzam się zupełnie, to jakiś idiotyzm” – irytuje się Jaromir. „Przetwarzanie istniejących już wytworów ludzkiego umysłu to również część naszej kultury, przez kolaż w sztukach wizualnych, pracę naukowców ślęczących w archiwach i bibliotekach, po jamajskich producentów muzycznych przerabiających od dekad te same riddimy”.

Ptaki, Przelot, The Very Polish Cut-Outs 2015Ptaki, „Przelot”,
The Very Polish Cut-Outs 2015
Sądzę, że ma rację. Ludzie grzebią w przeszłości i przetwarzają ją z różnych powodów, nie tylko po to, by popisać się manipulatorskimi umiejętnościami. Artyści skupieni wokół modnej kilka lat temu wytwórni Ghost Box zajmowali się poszukiwaniem „utraconej przyszłości”, przeszłych niezrealizowanych utopii. Hauntologię w tym wydaniu uprawiał na przykład projekt The Advisory Circle, tytułowa instytucja nawiązywała do przyjaznych instytucji powojennego państwa dobrobytu, które w uroczo paternalistyczny sposób starały się ułatwić życie obywatelom Wielkiej Brytanii. W Polsce podobną praktykę, nazwaną przez Olgę Drendę duchologią, uprawiał na przykład Filip Springer, odczarowujący i zaczarowujący ikony modernistycznej architektury. Nasza scena muzyczna również zna podobne projekty, albumy Skalpela czy „Bleak Output” Noona. Zresztą „Przelot” momentami kojarzy się z tym ostatnim za sprawą palety brzmieniowej, sepiowej tonacji i wykorzystania głosów.

A jak to jest z Ptakami? Czemu służy ich grzebanie w przeszłości? Mam wrażenie, że dzięki „Przelotowi” wydestylowali wyjątkową esencję środkowoeuropejskiej muzyki, jakąś pogodną melancholię. „Polskie brzmienie to dla mnie pewna specyficzna refleksyjność, tęsknota w połączeniu ze sporymi pokładami wyobraźni i bogatą świadomością. Idealny przykład to album przedwcześnie zmarłego pianisty Mieczysława Kosza z serii Polish Jazz, ale też płyty Orkiestry Dnia Ósmego, Osjana, Laboratorium, Izraela i wielu, wielu innych artystów” – twierdzi Jaromir. Smutek peryferiów?