The best of gender

Grzegorz Stępniak

Na wystawę „Gender w sztuce” należy spojrzeć nie tylko jak na artystyczny przegląd, ale i rodzaj społecznej interwencji w opresyjny kształt polskiej rzeczywistości

The best of gender

Jeszcze 3 minuty czytania

The best of gender

Ach, gender. Ulubiony temat rozmów w polskim sejmie, dokładnie zbadany i zanalizowany w ramach kilku dyscyplin naukowych, na czele z socjologią, antropologią, performatyką, teatrologią oraz oczywiście samymi gender, a także transgender i queer studies. Mimo to rodzimi politycy, jak również kler, od czasu do czasu oferują nam swoją unikalną perspektywę na wybrane zagadnienia genderowe, odkrywając w nich herezję, abominację i bezeceństwo jako takie. Nic dziwnego więc, że w sprawie tego paląco aktualnego społecznego, politycznego i kulturowego problemu postanowili wypowiedzieć się również kuratorzy Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie, zwanego MOCAK-iem. Zorganizowaną przez nich wystawę „Gender w sztuce”, której nazwa przywodzi na myśl tytuł pracy licencjackiej studenta trzeciego roku kulturoznawstwa, ale nawiązuje oczywiście do serii kontynuowanej przez rzeczoną instytucję i badającej relacje między sztuką a rozmaitymi dziedzinami tzw. życia (żeby wymienić tylko kilka poprzednich: „Sport w sztuce” czy „Ekonomia w sztuce”), można oglądać przez całe wakacje. Żarty żartami, ale na kilka tygodni przed wernisażem prawicowe, katolickie ugrupowanie i takież media, okrzyknęły inicjatywę MOCAK-u „skandalicznym marnowaniem publicznych pieniędzy” i pogonią za tanią sensacją. Ten precedens powinien przekonać wszystkich sceptyków, obytych w świecie sztuki i kultury, i z pogardą patrzących na wystawę, że coś jednak jest na rzeczy. Choćby dlatego, że w kraju, w którym klimat obyczajowy nie należy do najbardziej przyjaznych przedstawicielom wszelkich mniejszości, nie ma chyba innego modelu edukacyjnego niż pozytywistyczna „praca u podstaw”. Na przygotowaną przez kuratorów wystawę „Gender w sztuce” należy więc spojrzeć nie tylko jak na artystyczny przegląd, ale i rodzaj społecznej interwencji w opresyjny kształt polskiej rzeczywistości.

Gender w sztuce

Kuratorki: Delfina Jałowik, Monika Kozioł, Maria Anna Potocka, MOCAK, Kraków, do 27 września 2015.

Wystawa prezentuje prace prawie czterdzieściorga artystów, głównie z USA, Europy i Polski, pochodzące z różnych okresów i kręgów kulturowych, wykonane w różnych mediach. Część z nich jest już uznana i jednoznacznie kojarzona z dość kuriozalnie brzmiącą „tematyką genderową” (np. Katarzyna Kozyra, Zbigniew Libera, Dorota Nieznalska), choć w swojej praktyce zdecydowanie wykracza poza to, co w powszechnym mniemaniu związane z tym terminem – badając choćby mechanizmy społecznego wykluczenia, przemocy wywieranej na określonych ciałach czy śledząc procesy odpowiedzialne za ustanawianie płci kulturowej. W końcu płeć kulturowa często jest performowana na przekór biologicznej przynależności płciowej.  Doskonałym przykładem jest tutaj wideo „Cheerleaderka” Kozyry z jej głośnego cyklu „W sztuce marzenia stają się rzeczywistością”, pokazywane na wystawie w MOCAK-u. Przebrana za tytułową postać artystka śpiewa w męskiej szatni hit Gwen Stefani „What You Waiting For?”, celowo fałszując i myląc tonację. Przechadzając się po ławce pewnym, zdecydowanym krokiem, w grupie prężących swoje mięśnie sportowców, z doczepionymi męskimi genitaliami, Kozyra parodiuje i wyszydza tradycyjne wzorce męskości, poddając je dekonstrukcji i odseparowując od tego, co rzekomo biologiczne i „naturalne”.

Jak się zdaje, podobna strategia przyświeca kuratorom wystawy, starającym się w telegraficznym skrócie ukazać opresyjność historycznych, a częściowo stale aktualnych norm genderowych, przy pomocy których przez wieki dyscyplinowało się społeczeństwa. Razi mnie jednak częste odwoływanie się w opisach wystawy i poszczególnych prac do religii, głównie katolickiej, choć to zapewne próba wpisania tematyki wokół gender w polski krajobraz kulturowy. Mimo wszystko twierdzenia o ciemiężycielskim aspekcie biblijnych narracji i podtrzymywaniu przez nie tradycyjnego, binarnego podziału na płcie zdają się nie tyle nawet anachroniczne, co trywialne i naiwne.

Krakowska wystawa wydaje się na tle tego typu inicjatyw na Zachodzie dość zachowawcza. Nie jest to jednak wina prezentowanych na niej prac i nie do końca kuratorów, ale raczej – konieczności wyprowadzenia problemów genderowych i sposobów ich artystycznego przedstawiania od podstaw. Trudno stworzyć dużą, retrospektywną, po części historyczną wystawę bez uogólnień i uproszczeń. Prace składające się na „Gender w sztuce” pochodzą jednak z różnych porządków już nie tylko czasowych, ale i kulturowych, a ich ideologiczne zaplecza często przeczą sobie nawzajem. Zestawienie obok siebie reprezentatywnego dla kobiecego performansu lat 70., ogrywającego cielesność wykonawców, zapisu działania Mariny Abramović i Ulaya „Jasny/ciemny” z 1978 roku, zdjęć kolektywu Łódź Kaliska, podważających i ośmieszających normy genderowe, zgodnie z którymi pewne zawody zarezerwowane są tylko dla mężczyzn, czy transgenderowego wideo „Eva i Adele”, o parze identycznie wyglądających i rzekomo przybyłych z Kosmosu, „bezpłciowych” istot, owocuje ideowym i kulturowym zamieszaniem. W dodatku trudnym do ogarnięcia bez odpowiedniego teoretycznego przygotowania, w którym esencjonalistyczne i antyesencjonalistyczne sposoby ujęcia płci, wzajemnie się wykluczające, zostają zaprezentowane jeden obok drugiego. Z drugiej strony, zdecydowanie zaletą wystawy jest prezentacja różnorodności perspektyw obowiązujących we współczesnej sztuce wokół gender. Widz zostaje zaznajomiony z rozmaitymi dostępnymi strategiami przedstawieniowymi i modelami reprezentacji płci kulturowej, które raczej egzystują obok siebie, a nie układają się w chronologiczną, linearną i ewolucyjną z ducha narrację – typu – od sztuki feministycznej do genderqueerowej. 

 

1. Piotr Wysocki, Aldona, 2006/2012, wideo.  2. Adam Rzepecki, Projekt pomnika Ojca Polaka, 1981.  3. Jana Sterbak, Dystrakcja, 1992/1995

Jak to zwykle z retrospektywami bywa, zdarzają się prace bardziej i mniej udane. Większość z nich jednak łączą niezbyt fortunne językowo i ideologicznie opisy pod nimi. W przypadku fotografii Bartka Jarmolińskiego z 2009 roku, obrazujących płynne granice między męskością a kobiecością, z cyklu „Wyznania po godzinach”, pozwolę sobie przytoczyć komentarz galeryjny w całości, bo kłopot z nim jest symptomatyczny dla wielu innych opisów prac: „Przeistoczenie się w kobietę daje mężczyźnie wiele korzyści. Staje się ładniejszy, bardziej tajemniczy, może się schować za fasadą makijażu i stroju, może uruchomić swój wdzięk. Niestety przywilej przybierania atrybutów płci przeciwnej przysługuje wyłącznie kobietom; bez lęku mogą się krótko ostrzyc i pójść w garniturze na spotkanie biznesowe. Mężczyzna w stroju «zarezerwowanym» dla kobiet jest społecznie całkowicie przegrany”. Przechodząc z poziomu powszechnie znanej facebookowej beki z „podpisów pod obrazkami w MOCAKU” na ten bardziej merytoryczny i serio, ciężko jest mi zrozumieć, czemu tak stereotypowe, normatywnie sformułowane zdania dotyczące kobiecości mogły znaleźć się na wystawie, której głównym celem jest walka z genderowymi niesprawiedliwościami. 

Sam tytuł wystawy zachęca do zastanowienia się, jaki obraz „gender w sztuce” się z niej wyłania. I niestety jest to wizerunek dość ostrożny i łagodny, w którym dominują z jednej strony właściwe dla liberalnego feminizmu lat 70. rozpoznania opresyjności genderowych norm, z drugiej artystyczne eksperymenty wokół performatywności płci, typowe dla sztuki i teorii humanistycznych z pierwszej połowy lat 90. W dodatku kuratorzy ekspozycji, być może w obawie przed jeszcze większym politycznym skandalem, starają się stworzyć obraz gender wyabstrahowany od innych tożsamościowych wyznaczników w rodzaju rasy, klasy, a zwłaszcza seksualności. Najlepiej to podejście widać w komentarzu do prac bułgarskiego artysty Lubriego. Jego cykl fotografii z 2010 roku „Hard Candy” ukazuje zastygłych w żartobliwych pozach kulturystów, przedstawionych na kolorowym, jaskrawym tle. Z kolei seria zdjęć „Stan przejściowy między mężczyzną a człowiekiem” prezentuje wdzięczących się do obiektywu przedstawicieli subkultur gejowskich. Próżno jednak szukać w opisie obu prac nawiązań do homoseksualnej estetyki czy sposobów fetyszyzowania męskiego ciała, właściwych sztuce gejowskiej. Zamiast tego otrzymujemy trop interpretacyjny, który przekonuje nas, w imię równościowych haseł, że mężczyźni też mogą zostać uprzedmiotowieni. Przychodzi na myśl powiedzenie radośnie wykrzykiwane przez czarnych raperów przyłapanych w ewidentnie homoerotycznych sytuacjach braterskich uścisków: „No Homo!” („żadnego pedalstwa!”). Doceniam trud podjęcia genderowej tematyki, jeśli jednak spojrzeć na najnowsze eksperymenty związane z gender, okaże się, że najbardziej odważne prace powstają w przestrzeniach, w których spotykają się: rasa, klasa, płeć i seksualność. Aż dziw bierze wobec tego, że tak mało miejsca poświęcono na twórczość wywodzącą się z subkultur LGBTQ, a zwłaszcza trans społeczności, której przedstawiciele mają do powiedzenia najwięcej, jeśli idzie o modele prezentacji, odgrywania, a głównie – przeżywania gender. Dla nich to codzienna praktyka, w której zacierają się granice między sztuką a rzeczywistością, a nie jedynie artystyczna stylizacja, prowadząca do doskonale znanych już wniosków o performatywności płci kulturowej, jakie niepodzielnie panują w MOCAK-u. Inna sprawa, że wystawa nie odkrywa żadnych nowych nazwisk ani nie wyznacza nowatorskich trendów i ujęć gender, chyba właśnie dlatego, że pomija, w przeważającej mierze, jej trans- i posthumanistyczne wydania. Ogranicza się do prezentacji kompilacji prac typu „the best of gender”, konfrontując dzieła znanych artystów, które nieco już straciły na krytycznej sile i subwersywności.



Zdjęcie główne:  Maciej Osika, z serii „Kolekcja Autoportrety”, 2000–2012.