Kataglotyzm wkręcidreszcza
James Joyce w Shakespeare & Co, Paryż 1920

14 minut czytania

/ Literatura

Kataglotyzm wkręcidreszcza

Maciej Jakubowiak

Czy istnieje w ogóle coś takiego, jak „teksty Joyce'a”? Niczym mistrz wielkiej intrygi, Joyce popycha swoich adeptów do szaleństwa. Ukazał się „Hotel Finna” w przekładzie Jerzego Jarniewicza

Jeszcze 4 minuty czytania

Nowe książki starych pisarzy są nawet bardziej zaskakujące niż nowe płyty nieżyjących muzyków czy filmowe premiery z udziałem aktorów zmarłych przed dekadą. Jest tak może dlatego, że literaturę kojarzymy z niezmiennością gwarantowaną twardymi okładkami. Co jednak zrobić z najnowszą książką Jamesa Joyce'a, którego ustalona lista dzieł jest do znalezienia w każdej encyklopedii? Czy „Hotel Finna” jest książką, czy jest książką Joyce'a, czy jest nową książką Joyce'a? I czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Ukazanie się przed dwoma laty „Finn's Hotel”, czyli rzekomo nieznanej wcześniej książki Joyce'a, mającej sytuować się chronologicznie między „Ulissesem” a „Finneganów trenem”, wywołało niemałe kontrowersje. Redaktorem i wydawcą jest Danis Rose, a właściwie Denis O'Hanlon (o czym pewnie nie warto by wspominać, gdyby nie fakt, że jego najbliższym współpracownikiem jest fizyk John O'Hanlon, prywatnie jego brat), niezależny badacz twórczości irlandzkiego pisarza.

Prowokator

W latach 70. Rose pracował przy inwentaryzacji archiwum Joyce'a, zajmując się rękopisami z okresu „Finnegans Wake”. Przy tej okazji natrafił na teksty, które powstały niedługo po publikacji „Ulissesa”. Nie było to takie znowu wielkie odkrycie, bo manuskrypty zostały opublikowane już w 1963 r. przez Davida Haymana. W 1992 r. Rose obwieścił jednak, że zgromadzone przez niego dowody świadczą o tym, że rzeczone rękopisy nie były tylko notatkami, ale miały stanowić osobne dzieło. Kiedy wydawnictwo Viking-Penguin ogłosiło plan wydania nieznanej dotąd książki Joyce'a, wywołując tym samym ogromny entuzjazm w literackim światku, spadkobiercy pisarza, którzy właśnie odzyskali prawa autorskie do jego tekstów, zablokowali publikację.

James Joyce, „Hotel Finna”. Przeł. Jerzy Jarniewicz, W.A.B., 112 stron, w księgarniach od maja 2015James Joyce, „Hotel Finna”. Przeł. Jerzy Jarniewicz, W.A.B., 112 stron, w księgarniach od maja 2015Od tego czasu Rose nie pozwalał o sobie zapomnieć w środowisku joyceologów. W 1997 r. przygotował własną edycję najsłynniejszej powieści Joyce'a: „Ulysses: A New Reader’s Edition”. Założywszy, że tzw. zwykłego czytelnika odstręczają od wielkiego dzieła liczne nieścisłości i błędy edytorskie (a nie, na przykład, skomplikowana struktura narracyjna i niezliczona ilość bohaterów), badacz podjął się opracowania własnej wersji tekstu. Rose dość bezceremonialnie pozmieniał pisownię nazwisk, występujące w tekście liczby, nazwy geograficzne, nawet składnię, a do monologu Molly Bloom powstawiał całe mnóstwo znaków interpunkcyjnych, których nigdy wcześniej tam nie było. Twierdził przy tym, że chodzi mu o odebranie „Ulissesa” badaczom i przywrócenie powieści zwykłym miłośnikom literatury. Nic więc dziwnego, że ściągnął na siebie niemal powszechną krytykę specjalistów od Joyce'a. W sprawę zaangażowała się znów zarządzająca prawami autorskim Fundacja Joyce'a, która zażądała usunięcia nazwiska pisarza z okładki, twierdząc, że opracowany przez Rose'a tekst nie wyszedł spod ręki pisarza.

Podobne wątpliwości wzbudziła przygotowana przez Rose'a i O'Hanlona edycja „Finnegans Wake” z 2010 r., zasadniczo pierwsza różniąca się od standardowego wydania z 1939 r. Choć w tym wypadku ingerencje edytorskie nie odbiegały tak daleko od przyjętych standardów, to jednak redaktorom zarzucano brak uzasadnienia podejmowanych decyzji. Przy tej okazji Rose i O'Hanlon zastosowali strategię, która później powracała w ich przedsięwzięciach wydawniczych. Przygotowana przez nich edycja „Finnegans Wake” była dostępna w dwóch limitowanych wersjach w cenie od 300 do 900 euro.

Kiedy 1 stycznia 2012 r. dzieła Joyce'a przeszły do domeny publicznej, Rose, nieskrępowany już opiniami spadkobierców, wydał najpierw „The Cats of Copenhagen”, czyli „Koty z Kopenhagi” — krótką historyjkę, którą Joyce zawarł w liście z 1936 r. wysłanym do swojego wnuka Stephena (tego samego Stephena, który zasłynął jako bezwzględny egzekutor praw autorskich do dzieł swojego przodka i przeciwko któremu wystąpił nawet irlandzki parlament). Na nic się zdały protesty spadkobierców, które w nowych okolicznościach Rose mógł zupełnie zignorować.

W tym samym 2012 r. Rose stanął po drugiej stronie prawnoautorskiej barykady. Korzystając z uwolnienia praw do tekstów Joyce'a, Biblioteka Narodowa Irlandii postanowiła udostępnić bezpłatnie w internecie rękopisy pisarza, które nabyła 10 lat wcześniej za ponad 12 mln euro. Uprzedzając ten plan, Rose opublikował manuskrypty w ekskluzywnej edycji (8oo euro za komplet) i obwieścił, że w świetle regulacji dotyczących pierwszego wydawcy teraz to on przez kolejne 25 lat dysponuje prawami do tych tekstów. W sprawę znów musiał zaangażować się irlandzki parlament, zapowiadając uszczelnienie tej prawnej luki.

Tekst, którego nie ma

Zwieńczeniem tej przydługiej i pokrętnej historii kontrowersyjnego badacza jest wydanie w 2013 r. „Finn's Hotel”. To zbiór dziesięciu króciutkich fragmentów, o których trudno powiedzieć coś konkluzywnego. Wiadomo na pewno, że powstały w okresie mniej więcej roku od ukończenia „Ulissesa” w 1920 r. Po części zostały już opublikowane w latach 60., nie wzbudzając większych emocji, choć Rose uzupełnił swój wybór tekstów z 1992 r. o kilka nowych odkryć. Pod wieloma względami zapowiadają  albo zwyczajnie przypominają niektóre wątki „Finnegans Wake”. Jeden z literaturoznawców, wykorzystując metody stylometrii komputerowej – czyli badając cechy stylu pisarza i poszczególnych książek za pomocą algorytmów – usiłował nawet rozstrzygnąć, czy to bardziej wczesne notatki, czy osobne dzieło (wyszło na to, że wczesne notatki). Na czym więc polega problem? Sprawa jest prosta: przeciwnicy Rose'a twierdzą, że „Hotel Finna” nie jest książką Joyce'a. Rose upiera się, że jednak, owszem, jest. I tak w kółko.

Teksty Joyce'a, nie tylko zresztą „Hotel Finna”, wykazują ogromną podatność na tego rodzaju kontrowersje i spory, a w środowisku joyceologów — jednej z największych, a zarazem najbardziej cudacznych subkultur literaturoznawczych — trwają nieustanne wojny. Chodzi w nich o sprawy mniejszej i większej wagi. Skomplikowane dzieje publikowania przez Joyce'a jego tekstów — w czasopismach i w postaci książek, w Europie i za Atlantykiem, w kolejnych zmieniających się edycjach — a także ogromne archiwum rękopisów sprawiają, że największa batalia toczy się o rzecz podstawową: co, mianowicie, jest tekstem Joyce'a? Sprawy nie ułatwia także sama natura dwóch powieści pisarza. „Ulisses” jest tekstem skrajnie wielogłosowym, parodystycznym, pastiszowym, a do tego lekce sobie ważącym takie ułatwienia kultury pisma, jak interpunkcja czy ortografia. A to jeszcze nic w porównaniu z „Finnegans Wake”, uznawanym za najmniej zrozumiałe, najważniejsze, najtrudniejsze, najgłupsze itd. itd. dzieło literackie w historii pisma. Joyce wypracował na potrzeby tej książki własny język, w którym pobrzmiewa kilkanaście języków naturalnych oraz perwersyjna uciecha pisarza.

Nie sposób ze słownikiem w ręku sprawdzić słowo po słowie, co jest omyłką pisarską, co nieusprawiedliwioną poprawką wydawcy. Trudno też ustalić, co jest w tekście znaczące, a co już nie. Dlatego strategia przyjęta przez redaktorów polskiego wydania „Finneganów trenu”, Katarzynę Bazarnik i Zenona Fajfera, polegająca na dokładnym odtworzeniu pierwszego wydania powieści, z uwzględnieniem liczby stron, ich numeracji, użytej czcionki, kształtu okładki itd. – nie jest wyjątkiem. Niczym mistrz wielkiej intrygi, Joyce popycha swoich adeptów do szaleństwa.

Spory wśród miłośników Joyce'a nie są przypadkowe, lecz stanowią istotę tej literatury. Jeśli o jakiejś istocie i jakiejś literaturze można tu w ogóle mówić, bo pisarstwo Irlandczyka stawia na głowie nasze podstawowe przeświadczenia dotyczącego tego, czym jest literatura, czym jest książka, kim jest autor oraz gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla czytelnika. Absurdalnie nieraz wyglądające spory są dowodem na to, że tradycyjne kategorie, którymi chcemy się posługiwać w dyskusji o literaturze, w tym przypadku zawodzą. I nie chodzi tu o tak subtelne rozróżnienia, jak między intencją autorską a intencją dzieła czy między esencjalizmem a konstruktywizmem. Teksty Joyce'a każą zastanowić się, czy istnieje w ogóle coś takiego, jak „teksty Joyce'a”. A pod tym względem pewnie bliżej im do cyfrowych obiegów kultury, w których — o czym pisał niedawno Marcin Wilkowski – znaki wodne ulegają zamazaniu.

Być może najbardziej radykalne wnioski z takiego stanu rzeczy wyciągnięto w naszym skromnym kraju. Krzysztof Bartnicki, po spędzeniu przeszło dekady nad spolszczaniem „Finneganów trenu”, doszedł ostatecznie do wniosku, że „«Finnegans Wake» nie istnieje”. W konsekwencji tłumacz wziął się za produkowanie własnych odmian tekstu. Tak powstało „Da Capo al Finne” (2012 r.), czyli angielski tekst „Finnegans Wake”, z którego Bartnicki pozbył się „spacji, interpunkcji, cyfr, rozmaitych symboli oraz liter alfabetu oprócz A, B, C, D, E, F, G, H, dowolniej wielkości”. Produktem tej procedury są 122 strony gęsto zapisanego ciągu liter mających oznaczać nuty. Co więcej, w tym zapisie tłumacz doszukał się muzycznej notacji „Marszu Imperialnego” Johna Williamsa i napisał do kompozytora list, w którym pytał, czy zdaje on sobie sprawę, że niechybnie dokonał plagiatu.

Na okładce „Da Capo al Finne” jako autor figuruje sam Krzysztof Bartnicki. Inaczej jednak jest w przypadku „Finnegans ake”. Tego dzieła również trudno szukać na listach utworów Joyce'a, a jednak to on figuruje jako autor tej publikacji wydanej w 2014 r. w Warszawie. Opracowując ją, Bartnicki poszedł nieco dalej niż w przypadku „Da Capo…”. W tekście pozostawił wszystkie symbole o potencjalnym znaczeniu muzycznym w sześciu różnych systemach notacji. W efekcie usunięte zostało jedynie 4% tekstu, Bartnicki uznał więc, że autorem tego tekstu, „Finnegan Wake” z ułamanym „W”, jest raczej Joyce niż Bartnicki. Ten nowy utwór nie zdobył jednak takiej popularności, jak „Hotel Finna”.

Wygibasy

O czym jest „Hotel Finna”? W obszernym posłowiu do polskiego wydania Jerzy Jarniewicz, tłumacz książki, powiada tak:

Utwory z „Hotelu Finna”, bo przecież nie sposób nazwać ich opowiadaniami, to ekscentryczna, momentami obrazoburcza wycieczka po historii i mitologii Irlandii, pisana w czasach, gdy Irlandia odradzała się w konwulsjach bratobójczej wojny, a imperium brytyjskie zaczynało chylić się ku upadkowi.

I rzeczywiście mamy tu do czynienia i ze świętym Patrykiem, i ze świętym Kevinem, i z Tristanem i Izoldą, i z czterema starcami Erynu. W przekształceniach, jakich dokonuje Joyce na tym materiale, możemy też doszukiwać się niejednoznacznego stosunku do tradycji i tożsamości narodowej, stanowiącego polityczną deklarację. Możemy też — jeśli bardziej interesuje nas rozwój pisarstwa Joyce'a niż jego związki z historią — prześledzić, dzięki cennym wskazówkom Jarniewicza odsyłającym do konkretnych stron „Finneganów trenu”, jakim zmianom uległ ten materiał, zanim trafił do ostatniej powieści Joyce'a.

Możemy też… Właściwie wszystko możemy. Próby stabilizowania znaczeń tego tekstu, polegające na przygważdżaniu go do konkretnego kontekstu (czy to politycznego, czy biograficznego, czy jeszcze innego), są równie zasadne, jak wybieranie z niego pojedynczych liter i konstruowanie z nich nowych konfiguracji. Jednych bardziej przyciągnie humor, czasem grubiański, zwykle absurdalny, taki jak w zdaniu: „Smok z marszu skumał, czym są wspaniałe czyste ideały, nawrócił się i do klasztoru żeńskiego wstąpił”. Albo w utrzymującym w napięciu liście A.L.P. Everyskorek, w którym próba obrony dobrego imienia męża przeradza się w niezamierzoną denuncjację.

Innych przyciągnie giętkość języka, który w tych krótkich etiudach stopniowo się rodzi, wykluwa, przebijając skorupkę zastanych konwencji, by w końcu uwolnić się do nieskrępowanych akrobacji. Ta poetyckość, bliska „Finnegans Wake”, okazuje się w tym przypadku bardziej przystępna, bo i podana w objętości możliwej do przyswojenia. A nie jest to bez znaczenia, gdyż nie sposób prześlizgnąć się wzrokiem po takim zdaniu: „Berkeley, boss nad bossy panboskiej ferajny, zdziojdziały arcydruid irlandzkiego bozibozikultu, w swojej heptachromatycznej, siedmiobarwnej opończy czerpożółzieniebindyfiowej wyjaśniał tedy Patrykowi…”. Innych jeszcze zachwyci dokonująca się tutaj archeologia języka, pozwalająca na odkrycie takich skarbów, jak „kataglotyzm” (polecam sprawdzenie i upowszechnianie w polszczyźnie).

O tej omnipotencji, nie autora, lecz czytelnika albo, lepiej, użytkownika – wspomina w posłowiu Jarniewicz, przyznając się niejako do swobodnego stosunku do tłumaczonego tekstu: „Najgorsze, co mogliby zrobić tłumacze, to dopuścić do kodyfikacji sensów, do nadania kanonicznej wykładni tłumaczonym tekstom, które przestaną być tekstami Joyce'owskimi, jeśli nie pozostaną zmienne, niewyczerpane i niejednorodne”.

„Hotel Finna” ukazuje się w Polsce nakładem ważnego wydawnictwa (W.A.B.), w przekładzie i z posłowiem cenionego tłumacza (Jerzy Jarniewicz), a to wszystko w zaledwie dwa lata od irlandzkiej premiery (2013). Czym wyjaśnić to wydawnicze zaangażowanie w przypadku książeczki, która ma zaledwie 95 stron, z czego 27 to posłowie tłumacza, 4 — to noty wydawnicze, a pozostałe 64 spokojnie można by odchudzić, likwidując dziwaczne odstępy między akapitami? Nie papier ma tu największą wagę, ale nazwisko autora, działające jako marka. Można się cieszyć, że „James Joyce” wciąż jest marką na tyle cenną, że potrafi wywołać poruszenie w świecie kultury. Jednak na ironię zakrawa fakt, że pisarz, który tyle uczynił, żeby zamazać autorską sygnaturę, sam przekształcił się w celebrytę. I choć teksty Joyce'a pozwalają robić ze sobą wszystko, co tylko nam przyjdzie do głowy, to podobne harce nie miałyby takiego smaku, gdyby dotyczyły kogoś innego. I może na tym polega literacka wielkość.