Psu na budę
fot. Dustin Lee

12 minut czytania

/ Literatura

Psu na budę

Zofia Król

Nieistotność poczynań grupki redaktorów, ale także idąca za tym nieistotność literatury, łączą „Temat na pierwszą stronę” Umberto Eco ze „Świętem nieistotności” Milana Kundery

Jeszcze 3 minuty czytania

Wszystko zaczyna się w pewną sobotę 1992 roku w Mediolanie od zakręconego w tajemniczych okolicznościach kurka z wodą, co staje się okazją do narracyjnej retrospekcji i opowieści o zdarzeniach, które mogły, choć nie musiały, do tego doprowadzić. Oryginalny tytuł powieści Umberta Eco „Temat na pierwszą stronę” brzmi „Numero Zero” i odnosi się do zawartości znacznie trafniej niż jego polska wersja. Oto grupa redaktorów przez rok ma przygotowywać kolejne numery zerowe dziennika o nazwie „Jutro”, w którym przewidywalne tematy dnia jutrzejszego pojawiać się będą jeszcze dzisiaj – i dzięki temu wyprzedzą wszystkie inne dzienniki, które odnotują je dopiero, kiedy te naprawdę się pojawią. Pomysł brzmi atrakcyjnie, choć nieco koślawie, ale rozmaite praktyki dzisiejszej prasy – w rodzaju zamawiania z wyprzedzeniem tekstów o osobach, które wkrótce umrą – wcale nie są od tego modelu bardzo odległe.  

Przytaczane przez pisarza scenki z życia redakcji bazują zapewne częściowo na jego własnych doświadczeniach, przypominają też nieco niektóre wątki „Wahadła Foucaulta”. Podobnie jak w przypadku samej koncepcji dziennika „Jutro”, tak i tu, przerysowanie nie jest wcale tak odległe od realiów. Główne zadanie redaktora polega na dostosowaniu treści do przeciętnego gustu i oczywistych oczekiwań czytelnika. Czytelnik to ktoś, kto nie ma własnych poglądów, na dodatek fakty wciąż mu się mieszają, dlatego jeśli brakuje nowych, z powodzeniem można odgrzać stare i nikt nie zauważy różnicy. Symbolem ujednolicania stylu, dostosowywania go do domniemanej głupoty czytającego, staje się tu porównanie „jak w oku cyklonu”, które, co podkreśla wspierany przez naczelnego bohater, redaktor Colonna, należy stosować nie w prawdziwym znaczeniu – w oku cyklonu panuje cisza – ale właśnie tak, jak wszyscy je rozumieją, czyli jako metaforę zawieruchy.

Umberto Eco, Temat na pierwszą stronę. Przeł. Krzysztof Żaboklicki, Noir sur Blanc, 189 stron, w księgarniach od maja 2015Umberto Eco, „Temat na pierwszą stronę”. Przeł. Krzysztof Żaboklicki, Noir sur Blanc, 189 stron, w księgarniach od maja 2015Z posiedzeniami redakcji przeplata się sensacyjna intryga – jeden z redaktorów odkrywa, że być może Mussolini wcale nie został rozstrzelany w 1945 roku, ale uciekł do Argentyny. Są więc tajne spotkania, trupy, ucieczki i intrygi, jakie znamy z poprzednich powieści włoskiego pisarza – mimo to nie sposób uniknąć wrażenia, że tej książce brakuje literackiej energii. Intryga toczy się od niechcenia, pojawia się też szereg nieścisłości, niekonsekwencji psychologicznych, tak jakby autor nie poświęcił wystarczająco dużo czasu, żeby poznać swoich bohaterów, a jedynie minął się z nimi gdzieś na korytarzu wielkiego domu mediowego. Powieść była zresztą pisana na raty – zaczęta jeszcze przed wydanym w 2000 roku „Baudolino” i dokończona wiele lat później. Ma na dodatek niecałe dwieście stron, co czytelników Eco od razu wprawia w zakłopotanie, jak się okazuje słusznie. To jedna z tych książek, które swoje powodzenie zawdzięczają raczej nazwisku autora – i, w tym przypadku, także poruszanym ważkim tematom jak sytuacja mediów – niż literackiej jakości języka czy narracji. Podobnie jest i w Polsce, tłumaczenie Krzysztofa Żaboklickiego ukazało się już pięć miesięcy po włoskim oryginale.

Umberto Eco – wychodzi na to – jest nieco zmęczony. Widać to także w dziwacznym materiale Jarosława Mikołajewskiego opublikowanym w „Magazynie Świątecznym”, który zamiast wywiadu zawiera obszerną próbę wytłumaczenia się z jego braku, zatytułowaną „Tajemnica milczenia Umberta Eco”. Jako główna atrakcja pojawiają się tu słowa pisarza, który podkreśla, że zamiast odpowiadać na pytania, „wolałby się bawić z wnuczką, która ma 15 miesięcy”. Na dodatek Mikołajewski wyławia fragmenty poprzednich wywiadów, żeby wypełnić artykuł treścią, zupełnie tak, jak zalecał to swoim podwładnym redaktor Colonna. I choć nie podejrzewam autora o świadomą próbę ogłupienia czytelników, a fragmenty starych wywiadów bywają interesujące, to nie sposób nie dostrzec praktyk, które są tak bliskie zawartej w „Temacie na pierwszą stronę” diagnozy.

Wróćmy jednak do samej książki. Niezbyt mocno literacko osadzoną najnowszą powieść Eco ratuje częściowo dodatkowa, niewymieniona jeszcze przeze mnie komplikacja. Otóż nie dość, że dziennik ma się nazywać „Jutro”, że grupa redaktorów przez rok ma pracować tylko nad numerami zerowymi, to wiadomo także od początku, że gazeta nigdy nie ma się ukazać. Ale co ważne, wiadomo o tym tylko redaktorowi naczelnemu, jego asystentowi, a naszemu narratorowi, Colonnie, i nam, czytelnikom. Pozostali redaktorzy pracują w przekonaniu, że tworzą coś, co może nie ma intelektualnej wartości, ale będzie miało co najmniej wyraziste istnienie. Tu właśnie, w samej ich nieświadomości, zderzonej z wiedzą opowiadającego i czytającego, tkwi literackie napięcie znacznie bardziej intensywne niż w intrydze wokół historii Mussoliniego i „tematu na pierwszą stronę” odkrytego przez jednego z redaktorów.

My wiemy – ale oni nie – że wszystkie oszukańcze zabiegi redaktorskie, zmyślone horoskopy, spreparowane fakty, wykalkulowane komentarze, trafiają w próżnię. Ci, którzy oszukują, sami są w tym samym momencie oszukiwani, bo potężny wydawca chce tylko pokazać swoim przeciwnikom, na co go stać. Poddany naciskom, natychmiast zawiesi działalność, czym kupi sobie miejsce na salonach. Dzięki temu zabiegowi zyskujemy nie tylko mało ciekawy umoralniający motyw – ogłupiający sami są ogłupiani – ale i rodzaj cennego zawieszenia. Świadomi pustki, w jaką trafiają wszystkie te zabiegi, cały ten redaktorski spektakl oglądamy z dystansu, jak groteskową bieganinę, w której nie chodzi o nic, i nic nie dzieje się w żadnym celu. Ta nieistotność, bezzasadność działań staje się tym bardziej bolesna, że dotyczy ona nie ekipy filmowej czy gromady koniokradów, a redaktorów pracujących w języku, tworzywie, z którego robi się myśli i książki, w tym sto osiemdziesiąt dziewięć stron „Tematu na pierwszą stronę”.

Eco przeprowadza tu oczywiście także krytykę współczesnych mediów. W zasadzie skutecznie, a co najmniej efektownie, bo trzy zazębiające się o siebie idealnie i tyle razy już słyszane słowa – krytyka, współczesnych, mediów – trafiły niezawodnie do wszystkich blurbów i publicystycznych recenzji tej powieści. Bardziej subtelny, a przez to interesujący, jest jednak właśnie problem współczesnej literatury, który ta powieść ujawnia na innym poziomie. Wspomniana różnica między świadomością grupy bohaterów a świadomością czytelnika wprowadza podstawowe pęknięcie, które oddala, dystansuje świat przedstawiony – nie bez powodu używam tu tego staroświeckiego określenia – zarówno od pozycji autora, jak i czytelnika. Gromada redaktorów bawi się w gazetę właściwie na marginesie naszego zainteresowania, odsuwana wciąż od niego przez narracyjne zabiegi. Sam ów „świat przedstawiony” staje się przez to właściwie nieważny, poboczny, możliwy do pominięcia. Co więcej, warstwa językowa, struktura narracyjna, która nas na skraj tego nieistotnego świata doprowadziła, okazuje się jednak w tym przypadku za słaba, żeby unieść przerzuconą z fabuły uwagę czytelnika.

Milan Kundera, „Święto nieistotności”. Przeł. Marek Bieńczyk, W.A.B., 128 stron, w księgarniach od maja 2015Milan Kundera, „Święto nieistotności”. Przeł. Marek Bieńczyk, W.A.B., 128 stron, w księgarniach od maja 2015Nieistotność poczynań grupki redaktorów, ale także idąca za tym nieistotność literatury – na poziomie świata przedstawionego i samego literackiego tworzywa, które okazuje się za słabe, żeby ten stracony świat zastąpić – łączy „Numero zero” z zagadnieniem, które stanowi tytułowy temat innej, opublikowanej niedawno w tłumaczeniu Marka Bieńczyka książeczki, „Święta nieistotności” Milana Kundery. Nieistotność pojawia się w tym nowym, a być może ostatnim, w wydaniu polskim niewiele ponad stustronicowym dziełku najpierw na poziomie towarzyskiej anegdoty, jako metoda na zdobycie kobiety – zamiast błyszczeć i prowadzić grę, mężczyzna powinien usunąć się w cień, w obszar nieistotności. Wtedy i ona straci czujność. Pod koniec powieści jeden z bohaterów wykłada teorię nieistotności w znacznie szerszym kontekście, jako „sedna egzystencji”, drugiej strony wszelkich, nawet najbardziej pozornie istotnych wydarzeń historycznych. Śmiejące się bez przyczyny dzieci w parku, swobodnie płynące rozmyślania czterech bohaterów powiastki, czy przeplatająca się przez kolejne rozdziały absurdalna anegdotka o Stalinie i jego towarzyszach – wszystko to stanowi nieistotną treść świata, którą – jak mówi do d’Ardela Ramon – trzeba kochać. Najbardziej wyrazistym symbolem nieistotności staje się latające pod sufitem piórko, na marginesie, ale i właśnie w samym sednie wydarzeń pewnego wieczoru, opisywanego z kolei mniej więcej w połowie „Święta”.

Nieistotność jest, idąc dalej tropem końcowego monologu, kluczem do mądrości i do dobrego humoru, rozumianego po heglowsku jako leżący u podłoża chwilowych nastrojów „nieskończenie dobry humor”. W dobrym humorze nie ma nic przygodnego, chwilowego, stanowi on raczej wydźwięk pewnego stałego nastawienia, ma swoje źródło znacznie głębiej niż prowokująca niekiedy zwyczajnie dobry nastrój codzienność. Nieistotność jako sedno egzystencji to także temat znany nam już z powieści i esejów Kundery, choć przeciwstawiona ciężarowi egzystencji lekkość w wersji z „Nieznośnej lekkości bytu” nie miała tak pozytywnego wydźwięku, jak nieistotność w tej nowej małej książeczce. Akcenty rozkładają się tu zupełnie inaczej.

Co najważniejsze jednak, i co stanowi wyraźną różnicę w stosunku do najbardziej znanej książki Kundery – a także sprawia, że to nieco karkołomne połączenie z nową powieścią Umberta Eco jest zasadne – w tej napisanej po kilku latach milczenia powieści nieistotność gra ogromną rolę nie tylko na poziomie tematu książki, świata przedstawionego, ale i metody – samego sposobu prowadzenia narracji, splotów literackiego języka. Nieistotne stają się nie tylko poczynania bohaterów, ale i wysiłki narratora. Pozostaje tylko nadzieja, że wobec tego i ich błahość może być zjawiskiem literacko pozytywnym.

I tak na przykład właśnie rozdział „Pod sufitem leci piórko” zaczyna się następująco:

„…Charles, który zdawał się dziwnie nieobecny, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w górze…”. To słowa napisane przeze mnie w ostatnim akapicie poprzedniego rozdziału. Lecz w co wpatrywał się Charles?

Nawiązanie do poprzedniego rozdziału odbywa się nie tylko na poziomie tekstu – do tego wystarczyłoby samo pytanie „Lecz w co wpatrywał się Charles?” – ale i na poziomie metaporozumienia z czytelnikiem już ponad i poza lekturą. Sam fakt zaistnienia tego porozumienia sprawia, że opowieść staje się nieistotna, poboczna. Pisarz nie tylko powraca do zostawionego przed chwilą wątku i wprost o tym wspomina, porzucając ramy zmyślenia, ale i nonszalancko nawiązuje do własnej metody, sugerując, że nie zależy mu wcale, żeby całą narracyjną strukturę pokazywać czytelnikowi już w stanie gotowym, bez żadnych szwów. Szwy nie tylko zostają ujawnione – jak to od wieków bywa przecież w literaturze świadomej języka – ale i z ich ujawnienia nie robi się tu żadnej sprawy. Przeciwnie, one, podobnie jak i sama opowieść, zostają zepchnięte na margines jako nieistotne. Co pozostaje?

Przy próbie odpowiedzi na to pytanie warto się zwrócić do poezji, która z natury wyzuta z obowiązku konstruowania „świata przedstawionego” musi od dawna sobie radzić z błahością poczynań „podmiotu lirycznego”, czyli narratora pozbawionego swojego fabularnego królestwa. „Istotą poezji jest nie tyle zasadność / co bezzasadność napomknień i powtórzeń”, pisał kiedyś Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki („Piosenka o zależnościach i uzależnieniach”). W tak ustawionej perspektywie nadaremność, nieistotność jest zasadą literatury, nie zaprzeczeniem. Po nic, bez żadnego sensu, wszystko, jak pisał gdzie indziej ten sam poeta, „psu na budę”. „Temat na pierwszą stronę” i „Święto nieistotności” należą do gatunku literatury, która w tym sensie zjada własny ogon. I choć powieść Kundery jest bez wątpienia lepsza językowo i konstrukcyjnie – lepsze jest także samo tłumaczenie – to po jej przeczytaniu mamy podobne poczucie oderwania; językowa struktura jest lepiej ustawiona, ale nie dźwiga czytelniczej uwagi, bo i ona okazuje się nieistotna. Pozostaje tylko wrażenie, że owa nieistotność powtarza strukturę samego świata. I w tym spełnia swoje – przewrotnie mimetyczne – zadanie.

„Lecz w co wpatrywał się Charles?”. A kogo to obchodzi.