POWRÓT DO ŚWIATA:  Sztywnieją palce
fot. Abigail Keenan

11 minut czytania

/ Obyczaje

POWRÓT DO ŚWIATA:
Sztywnieją palce

Kaja Malanowska

A więc czekają mnie larwy musze: tłuste, ślepe, nienasycone robaki w moim pępku, gardle, w moim uchu i w dziurce od nosa... Od strony pleców pomogą im mięsożerne chrząszcze

Jeszcze 3 minuty czytania

Z miejsca, w którym leżę, widać załom muru i konar orzecha. Mur jest brudnoróżowy, konar – obsypany lepkimi pąkami. Przyszła wiosna. Bez ostrzeżenia. W ciągu dwóch dni zmieniło się światło. Kształty nabrały ostrości, cienie – zdecydowania. Leżę. Patrzę na skaczące po orzechu sroki. Wiem, czego szukają. Chciałyby obrabować wróble gniazdo. Połknąć jajeczko. Schrupać pisklaczka. Łypią paciorkowatymi oczami. Małe rozbójniki. Żyję. Nie umarłam. Jeszcze nie tym razem. Nic mi się nie rozmazało w środku. Nie pękło. Się nie wylało. Mam tu wszystko na miejscu. Spakowane, ułożone starannie, otoczone kośćmi, zawinięte w skórę. Mam istotę białą i istotę szarą, układ współczulny, neurony ruchowe wyższego rzędu i neurony niższe, właściwie połączone, płyn mózgowo-rdzeniowy, w odpowiednim składzie i objętości. Moje. Nie oddam nikomu. Spierdalajcie!

I po co ten chirurg ze mną gadał? Powinni diagnozować pacjentów pod kątem hipochondrii. To by nam wszystkim oszczędziło wielu żenujących sytuacji. Na przykład widoku ryczącej baby na szpitalnym korytarzu. Bożesz... Ale histerię urządziłam. Trudno. Stało się. Pięć minut wstydu i po operacji. Wielka, obrzydliwa mucha przysiadła na krawędzi stołu. Zaciera łapki. Ostrożnie badam własne ciało. Zginam mały palec, przygryzam wargę, prostuję kolana. Jak to jest nic nie czuć? Nie widzieć kolorów? Nie słyszeć dźwięków? Z czasów, gdy byłam biologiem, została mi prosta wiara w nieśmiertelność. W przyrodzie nic nie znika, nie kończy się, nie ginie. Zmienia jedynie formę. Umieramy, żeby odrodzić się w innych stworzeniach. Zataczamy koło. Powracamy w ospałej musze, w pajęczej nitce, w falujących na wietrze pióropuszach traw. Jesteśmy na Ziemi od bardzo dawna i zostaniemy na niej, zaklęci w chemicznych molekułach, aż do samego końca. Dziękuję serdecznie. Żadną trawą czy inną stokrotką nie mam na razie ochoty zostawać. Leżę. Czerpię prostą przyjemność z pobudzania zmysłów. Niebieska, mówię do muchy. Jesteś zielono-niebieska.

Wszystkie organizmy mają podobną budowę chemiczną. Najbardziej skomplikowane białka, cukry i tłuszcze można sprowadzić do rozgałęzionych szkieletów węglowych zaopatrzonych w azot, tlen i wodór. Po śmierci, dzięki wytrwałej pracy bakterii i grzybów, węgiel w postaci dwutlenku węgla uwalnia się do atmosfery. Z powietrza wychwytują go rośliny. Atomy tworzące płatki stokrotki, kolczastą łodygę kaktusa albo pąk krokusa pochodzą ze zwłok zmarłego przed tygodniem człowieka, z rozmazanej na szybie ćmy, upolowanej przez sowę szarej myszki, czy z rozłożonych szczątków prehistorycznych gadów. Stokrotkę zjada jeleń, który po jakimś czasie pada ofiarą drapieżników, stare lub chore drapieżniki trafiają do żołądków padlinożerców, a ciała padlinożerców prędzej czy później dostają się we władanie mikrobów. Atomy węgla wędrują od jednej żywej istoty do kolejnej, koło się zamyka. Wszystkie stworzenia – te wymarłe przed wiekami, żyjące obecnie i te, które po nas przyjdą, są ze sobą nierozerwalnie połączone. Od najmniejszych bakterii, po olbrzymie dinozaury, dzięki wymianie cząstek chemicznych wszyscy jesteśmy częścią kręgu życia. Ja również, choć staram się o tym nie pamiętać.

„Czy... Czy... Czy...” wrzeszczą sroki. Drętwieje mi prawa noga, sztywnieją palce. Lekarz mówił, że podczas zabiegu może się rozlać płyn mózgowo-rdzeniowy. Przyjęłam jego słowa z podziwu godnym spokojem. Wyszedł. Wtedy zaczęłam beczeć. Nie miałam ochoty rozstawać się z ciałem. Z żadną jego cząstką. Świat zmienił kształt. Z powodu operacji kręgosłupa zapadłam w lodowatą otchłań żalu nad sobą. Po wybudzeniu z narkozy, wróciłam na powierzchnię, leżąc na wznak w szpitalnym łóżku, przepełniona wstydem z powodu własnej słabości. Odzyskałam ciało. Przez jakiś czas jeszcze będę się w nim chować. Będę przeżywać drętwienie nóg i ataki gorączki, migreny i bóle zębów, głód i pragnienie. Aż w końcu nadejdzie moment, gdy moje obecne schronienie rozpadnie się w proch, i ulecę w przestrzeń przezroczysta, lekka, obca samej sobie, zmieniona w gaz cieplarniany.

Gałęzie orzecha kołyszą się łagodnie. Oddaję się mrocznym, cielesnym rozważaniom. Ciekawe, w jakiej porze roku umrę. To wcale nie jest głupie pytanie. Temperatura wywiera niebagatelny wpływ na tempo rozkładania zwłok. Podczas mrozów bakterie gnilne przestają się dzielić, nie ma też much, czerwi, nie ma mięsożernych chrząszczy. Gdybym umarła zimą albo wczesną wiosną, leżałabym w trumnie przez wiele tygodni. Żadne stworzenie nie odniosłoby z mojej śmierci szczególnych korzyści. Natomiast w naturalnych warunkach zimowe truchło to nie lada gratka dla licznych gatunków padlinożerców. Umierając na leśnej polanie, łące lub na prerii, zwabiłabym szybko dziesiątki grabarzy, w pierwszej kolejności wilki, rysie, lisy i kuny, zaraz za nimi ptaki.

Sroki odleciały. Może znalazły trupa szczura albo zdechłego kota przy śmietniku. Życzę im w myślach smacznego. Sroki, wrony, sikorki, a nawet dzięcioły oczyszczają świat z obumarłych szczątków. Podobno stado liczące setkę kruków jest w stanie usunąć w tydzień tonę zmrożonego mięsa. Nie zjadają wszystkiego od razu. Wyrywają niewielkie ochłapy i znikają za najbliższym drzewem. W promieniu kilku kilometrów powstają setki kruczych spiżarni. Ptaki całymi dniami krążą nad ciałem, opadają na nie i odlatują, żeby po chwili powrócić. Tym pogrzebowym obrzędom towarzyszy nieustanny skrzek i głośny furkot skrzydeł. Mogłabym mieć taki pochówek – dwa dni ptasiego rozgardiaszu. A potem leżeć rozrzucona po całym lesie: mały palec od nogi w dziupli sosny. Zamarznięte oko w śnieżnej jamce.

Ciepłolubne sępy dostarczają bardziej spektakularnego widowiska. Błyskawicznie odnajdują zwłoki. Muszą działać szybko – nie przepadają za nadpsutym mięsem. Przybywają podniebną ławicą i opadają na ziemię niczym czarne parasole, ze sztywno rozprostowanymi nogami. Badacz dzikich zwierząt, Richard Estes doliczył się pewnego razu trzystu ptaków, otaczających nieżywą żyrafę. Takie stado potrafi uprzątnąć martwego człowieka w kilka godzin. Przeciągam się delikatnie, by nie urazić kręgosłupa. Na dworze zapadł zmierzch. Kwestię sępów, hien i szakali mogę chyba pominąć. Prawdopodobieństwo, że padnę trupem na afrykańskiej sawannie, jest jednakowoż niewielkie.

Odkrywam w sobie coraz większą ckliwość. Odczuwam niemal rozrzewnienie na myśl o własnej wątrobie, śledzionie, pęcherzykach płucnych, o tkankach mięśniowych i chrzęstnych, nabłonkach gładkich i urzęsionych, błonach śluzowych, zakrętach jelita i zakamarkach trzewi... To niebywałe, jak wielkim uczuciem darzę własne ciało. W ataku skrajnego przerażenia śledzę delikatne ćmienia, bodaj najlżejsze drętwienia i kłucia. Mój biedny rdzeń kręgowy, moje nieszczęsne nogi! Zimowy, ptasi pogrzeb to doprawdy pestka przy tym, co spotka mnie niechybnie, jeśli przydarzy mi się umrzeć latem.

Od późnej wiosny do wczesnej jesieni pozostawiony w spokoju trup zaczyna niemiłosiernie śmierdzieć. W ciągu kilkunastu godzin bakterie i grzyby zdobywają przewagę. Większość dużych padlinożerców nie jada nadpsutego mięsa (chociaż szakale czy inne psowate nie gardzą i takim posiłkiem). Podczas gnicia wydziela się merkaptan etylowy – związek, który w rankingu najbardziej cuchnących substancji zajmuje zaszczytne, pierwsze miejsce i skutecznie odstrasza zwierzęta. Beztlenowe bakterie zgorzeli gazowej produkują czternaście rodzajów toksyn. Trucizna oznaczona symbolem ά rozkłada nabłonki, cierpliwie trawi komórki krwi. Pałeczki odmieńca atakują płuca, układ pokarmowy i mózg. W ciepłych, rozdętych wnętrznościach towarzyszą im laseczki sienne i gnilne. Na skórę wypełza delikatny, szary nalot pędzlaka. Gdzieniegdzie kwitnie barwna plama – zielona, żółta lub pomarańczowa plecha kropidlaka.

Jeśli trumna nie jest dostatecznie szczelna, zaraz za mikrobami przybywają czerwie. Niezrażone gniciem plujki potrafią wyczuć padlinę z odległości kilkunastu kilometrów. Jedna mucha składa od stu do dwustu jajeczek. Po ośmiu godzinach wylegają się larwy, które żywią się płynnym produktem ubocznym metabolizmu bakterii. Po trzech dniach dojrzewają i są gotowe do nowego lęgu. W dwie doby trup pokrywa się warstwą białych robali. Przyznaję – to dość obrzydliwe, nie należy jednak lekceważyć czerwi. Tradycyjnie były bowiem używane do czyszczenia ran. Świadectwa medycznych praktyk z ich udziałem można odnaleźć w starożytnej kulturze Majów i u Aborygenów. Dominiue-Jean Larrey, lekarz wojskowy Napoleona, odnotował w czasie kampanii egipskiej, że czerwie muchówek nie tylko usuwały martwą tkankę, ale wywierały pozytywny efekt na samo gojenie się ran.

A więc czekają mnie larwy musze: tłuste, ślepe, nienasycone robaki w moim pępku, gardle, w moim uchu i w dziurce od nosa... Od strony pleców pomogą im mięsożerne chrząszcze – Necrodes surinamensis o podłużnym odwłoku, pękate Necrophila, ruchliwe Oiceoptoma i różnobarwne owady z gatunku kusakowatych. Prawdziwy raj dla entomologa. Ile to będzie trwać? Trzy tygodnie? Miesiąc? I po ciele. Nagie, zielonkawe kości zszarzeją. Staną się lekkie, coraz bardziej kruche, aż pozostanie po mnie obłe zagłębienie wypełnione ilastym osadem.

Noc zbliża się do przełomu. Nie śpię. Leżę na wznak z szeroko rozwartymi oczami, próbując przezwyciężyć strach. Gdzie powędrują węglowe cegiełki mego ciała? Czy będę rybą, glonem, a może amebą? Kolorowym motylem, psim uchem? Modliszką? Wiewiórką? Choroba wywołała we mnie zmiany. Przypomniałam sobie, że jestem śmiertelna. Spojrzałam na siebie z innej perspektywy. Rzekłabym – wewnętrznej. Wyobrażam sobie ścianę żołądka, trzustkę, ślinianki, gruczoły potowe... Własne, jedyne, ukochane! Być może kiedyś się z nimi rozstanę. Ale jeszcze nie dziś. Nie dziś na pewno.

Większość informacji, które zebrałam w tekście, pochodzi z książki Bernarda Heinricha „Wieczne życie”. Polecam ją gorąco, jako świetną lekturę na długie, rekonwalescencyjne wieczory.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.