Oszołomy mody
fot. Marcin Latałło

7 minut czytania

/ Teatr

Oszołomy mody

Paweł Soszyński

„Twerk like a teen spirit” trudno umiejscowić na mapie performatywnej. Jesteśmy gdzieś na pograniczu wiksowej szarży z blokowisk, kasety VHS, na którą kiedyś nagrywało się całonocne maratony MTV i prozy Masłowskiej

Jeszcze 2 minuty czytania

O modzie teatr próbował ostatnio opowiedzieć w „Mitologiach” Pawła Świątka. Wyszło to źle, może dlatego, że stworzony w Teatrze Polskim we Wrocławiu modowy wybieg brzydko się zmarszczył ściągnięty liczbą antropologicznych teorii i cytatów z Rolanda Barthes'a. Ostatecznie haute couture to dziedzina sama w sobie już tak cieniutką nicią szyta, że wszelkie jej dodatkowe wysubtelnienia w dziedzinie sztuk performatywnych prowadzą do rozdarcia delikatnej materii. O modzie można pisać i się pisze, na marginesach mody można snuć filozoficzne wywody, najlepiej po francusku – jednak sam wybieg ma taką architekturę, że niewiele poza samą modelką zdoła udźwignąć. Stworzyć na nim teatr, wprowadzić tu poziom meta – zadanie, pokazuje porażka Świątka, arcytrudne.

 Udało się to choreografce, Marcie Ziółek, dlatego właśnie, że jej „Twerk like a teen spirit” do subtelnych nie należy. Ten obłąkańczy hołd dla lat 90., w którym z założenia wysublimowane krawiectwo zderza się z landrynowym ortalionem, wizażowe koronczarstwo z zażywnym, schabowym makijażem, a chód sarny z twerkującym kombajnem, to najbardziej chamska a jednocześnie celna wypowiedź na temat mody, jaką widziałem. Wyjątkowo trudno umiejscowić „Twerk…” na mapie performatywnej. Ani to choreografia, ani teatr dramatyczny, nie happening, nie koncert – nie wiadomo co. Jesteśmy gdzieś na pograniczu wiksowej szarży z blokowisk, kasety VHS, na którą kiedyś nagrywało się całonocne maratony MTV i prozy Masłowskiej.

Swoje nie wiadomo co Ziółek skomponowała z okazji prezentacji kolekcji studentów katedry mody warszawskiej ASP. Chapeau bas, katedro, za odwagę – wpuścić tę bandę nieeleganckich młodych ludzi, których zgromadziła Ziółek, między modelki i modelów, zderzyć światy tak odległe i to w chwili równie podniosłej, wieńczącej studia roczników – czyżby re//mixy z Komuny// Warszawa aż tak szybko zaczęły procentować i to tak daleko od Lubelskiej w Warszawie? Jeśli wyzwanie podjęły uczelnie, to jesteśmy uratowani. Ze studenckiego pokazu wyszło wydarzenie artystyczne, a wielu krytyków i ludzi teatru po raz pierwszy być może obejrzało pokaz mody. I choć choreograficzne tło szybko i obcesowo stało się tu pierwszym planem, to wcale nie oznacza, że modelki i same stroje przepadły z kretesem. W tym scenicznym cyrografie obie strony kontraktu wyszły na swoje. Bez kolekcji studentów ASP nie zadziałałby pomysł Ziółek i odwrotnie – bez jej niewyparzonej bandy nie miałbym wciąż przed oczami dyplomowych dzianin i lateksowych ekstrawagancji, których może nigdy sam bym nie założył, ale chętnie obejrzał w spektaklach Szczawińskiej, Kleczewskiej czy Marciniak. Teatr potrzebuje nowych impulsów – może wziąłby przykład z ASP w Warszawie, która na szczęście świeżości się nie boi?

fot. Marcin Latałło

A już zupełnie niczego nie boi się grupa Ziółek. To zgrana jak najtisowy boys band galeria zdolnych osobliwości, żywcem wyjętych z teledyskowych evergreenów, kreskówkowych szlagierów, z youtubów, lawirująca między teledyskowymi parodiami „Weird Al” Yankovica i retro instruktarzami fitness. Choć każde z nich szyte jest inaczej. Robert Wasiewicz osiąga szczyt odklejenia od rzeczywistości, tworząc postać osowiałego outsidera o mocno freakowym, antypatycznym konturze, który z kamienną twarzą wykonuje pieprzne lapdansowe numery. Kto widział go ostatnio na szczudłach w „Fauście” Borczucha, ten nic nie widział. Rarytasem jest Magdalena Ptasznik, która jedzie po bandzie – zaledwie dygając głową w rytm Nirwany. Maciej Gośniowski jako Kurt Cobain zamiata długą grzywą scenę, udowadniając nie tylko, że włosy rosną jeszcze długo po śmierci, ale i to, że garażowe pogo można bez problemu złączyć w jedno z glamowym vougowaniem, a „Strike a pose” Madonny  to sensowna odpowiedź na słynne zawołanie Cobaina „entertain us” z piosenki „Smells Like Teen Spirit”. Chuligański duet tworzą Maria Magdalena Kozłowska (wokalistka i kompozytorka muzyki teatralnej) z Marią Tobołą (artystka wizualna, performerka, połówka słynnego, hip-hopowego Cipedrapskuad) – w choreografii Ziółek obie panie  zostają pierwszymi blacharami Rzeczypospolitej. Co wykorzystuje skrzętnie Wiktor Surmacewicz, który idzie w swoich duetach nieco dalej niż Patrick Swayze w „Dirty Dancing”. Jedna z najciekawszych polskich choreografek, Iza Szostak, z przyjemnością cofa się w tanecznym rozwoju i twerkuje jak Miley Cyrus. Z kolei Magdalena Fejdasz porzuca Jerzego Stuhra i Krzysztofa Globisza, z którymi pracowała, by przeobrazić się w jeansową latawicę nabitą ćwiekami, a każdy z nich jest jak medal za jej kolejne rozbrajające taneczne – i chamskie – zagrywki. Zaś Korina Kordova jest tak niegrzeczna, że chciałoby się przełożyć ją przez kolano – co zresztą się tutaj dzieje.

„Twerk like teen spirit”, chor. Marta Ziólek. ASP w WarszawIe, 11 czerwca 2015„Twerk like a teen spirit”, chor. Marta Ziółek. ASP w Warszawie, 11 czerwca 2015Proszę wybaczyć to wymienianie, mógłbym dalej, ale osobowości świata tańca, muzyki i teatru iskrzą w tym „przedstawieniu” i jak zderzacz hadrionów okrywają w kolekcjach Zofii Osińskiej, Dagmary Stawiarskiej i Anny Pogudz, by wspomnieć tylko autorki prac dyplomowych, to co w modzie elementarne. Paryskie pokazy haute couture, mediolańskie butiki, wszystko to zostaje przez tancerzy rozmontowane. I nie po to, by modę przedrzeźnić, ale by oddać jej sprawiedliwość. Nonszalancja tancerzy skontrastowana z elegancją modowego pokazu sprawiła, że stroje prezentowane na wybiegu przestały być tylko projektami, abstrakcjami, fetyszami – jak to ma miejsce w vougingu, gdzie moda zostaje sprowadzona do serii póz z sesji fotograficznych połączonych w kanciastą, fantazmatyczną choreografię. „Twerk like a teen spirit” Ziółek poluzowało modową miednicę, rozstawiło szerzej nogi modelek, przeniosło prezentowane kolekcje w sferę ulicy, skweru, domu, żartu, zmęczenia, rozmazanego makijażu – tego, co nieoczekiwane, a w czym każda z kreacji prędzej czy później się znajdzie, jeśli wejdzie na rynek. Przeniosło idealnie wyprasowane koszule w nieunikniony czas wygniecenia. Pozwoliło spojrzeć na te baranki, stójki, brokaty jak na jeans i seledynowy ortalion. W modzie to właśnie złachane, rozciągnięte i pomięte, i z plamą jest tym, co można by nazwać elementarnym. Wszystko inne to mitologie, w których chcą umieścić swoje ubrania źli kreatorzy. To mitologia mody, nie ona sama, została w ASP wyśmiana. Trudno o mądrzejszy kontekst dla dyplomów.