Lepsze krótkie niż długie
„Polskie gówno”, reż. G. Jankowski

9 minut czytania

/ Film

Lepsze krótkie niż długie

Jakub Socha

Debiutów w polskim kinie mamy całkiem sporo. Ilość jednak nie do końca przekłada się na jakość – relacja z festiwalu w Koszalinie

Jeszcze 2 minuty czytania

W przedfestiwalowej sondzie jeden z jurorów Konkursu Pełnometrażowych Debiutów Fabularnych – Wojciech Kuczok powiedział, że chciałby zobaczyć w Koszalinie filmy robione tak, jakby ta szansa miała już się nigdy nie powtórzyć, z poczuciem, że to może być jedyny strzał, że później nic już w tym temacie nie będzie. Skłaniającym więc do odwagi, do wywalenia kawy na ławę, do niezdarzającej się na co dzień szczerości, a nie do popisywania się swoją środowiskową przydatnością i sprawnością warsztatową. Przewodniczący jury tego samego konkursu, w tej samej sondzie – Łukasz Palkowski swoje oczekiwania nazwał podobnie, choć trochę inaczej. Reżyser „Bogów” w debiucie dostrzegł ten moment, w którym twórca po raz pierwszy zdejmuje majtki i pokazuje widzowi, co też się kryje pod tymi majtkami. Wiadomo, pod panowaniem słynnego nawiślańskiego triumwiratu – jaja, serce, łeb – stosunek sił musi rozkładać się zawsze na korzyść jaj.

Całe szczęście tego typu myślenie zmienia się, co pokazał panel o kinie kobiet, na który zostały zaproszone polskie reżyserki, producentki i autorki piszące o filmie. Panelistki opowiadały o środowiskowych blokadach i mentalnych zasiekach, które skazują kobiety na odgrywanie w nadwiślańskiej kinematografii ról drugoplanowych. Zgromadzona na sali publiczność nie miała problemu, by przyznać im rację, no może poza dwoma starszymi panami, którzy próbowali rozmyć problem, argumentując, że przecież kino dzieli się tylko na dobre i złe. W pewnym momencie pojawiła się nawet inicjatywa parytetów, a jeśli nie parytetów, to chociaż stworzenia korzystnych warunków dla kobiet w polskim filmie, takich jakie jakiś czas temu wywalczyli sobie debiutanci.

Skutki tej walki widać gołym okiem. Jeśli chodzi o ilość filmów, debiutantów jest naprawdę sporo, debiutanci wreszcie mogą się wykazać. Jedenaście filmów w Konkursie Pełnometrażowym, w Krótkometrażowym – kilkadziesiąt. Inna sprawa, że w krótkim metrażu klasyczny groch z kapustą: trzydziestki ze Studia Munka, etiudy szkolne, etiudy pozaszkolne, dokumenty, animacje, fabuły. W tych grochu było jednak sporo dobrego – każdy z nagrodzonych w trzech kategoriach filmów: „Dzień babci” Miłosza Sakowskiego (fabuła), „Mów do mnie” Marty Prus (dokument) i „Dokument” Marcina Podolca to świetne etiudy. Sakowski opowiada historię starej alkoholiczki, która bierze pod włos łysego młodzika. Całość jest świetnie zagrana (brawurowa, dawno niewidziana w kinie Anna Dymna w roli wiekowej abnegatki). Młody reżyser ani razu nie gubi rytmu, ma niebywałe jak na polskie kino umiejętności narracyjne. Umie podkręcać tempo, wie kiedy zaskoczyć i jak utrzymać uwagę widza. Dokument Prus to z kolei ciekawy głos w kluczowej dla polskiego dokumentu dyskusji o roli dokumentalisty i odpowiedzialności za bohatera. Więź, która tworzy się między młodą reżyserką a młodym narkomanem, zostaje sproblematyzowana i prowadzi do wcale nie tak oczywistej puenty. „Dokument”, jak sama nazwa wskazuje, jest dokumentem, tyle że opowiedzianym za pomocą animacji. Inaczej niż w większości krótkich animacji, forma nie przysłania tu bohatera – starego ojca reżysera, który próbuje odgonić samotność, zapalając światła w domu, w którym pustka straszy w każdym kącie. Odbierając nagrodę, Podolec chwalił się, że dostał za swój film od zadowolonego rodzica czekoladę. Wcale się tej czekoladzie nie dziwię – ten 7-minutowy portret jest mądrzejszy od większości polskich filmów.

„Dzień babci” Miłosza Sakowskiego„Dzień babci”, reż. Miłosz Sakowski

Werdykt

Długi Metraż
„Wielki Jantar 2015” dla najlepszego debiutu:
„Polskie gówno”, reż. Grzegorz Jankowski
„Jantar 2015” im. Stanisława Różewicza za reżyserię: „Między nami dobrze jest”, reż. Grzegorz Jarzyna
„Jantar 2015” za najlepszy scenariusz: Marcin Bortkiewicz, Magdalena Gauer, „Noc Walpurgi”
Krótki Metraż
„Jantar 2015” za krótkometrażowy film animowany
: „Dokument”, reż. Marcin Podolec
Jantar 2015” za krótkometrażowy film fabularny: „Dzień babci”, reż. Miłosz Sakowski „Jantar 2015” za krótkometrażowy film dokumentalny: „Mów do mnie”, reż. Marta Prus

Niestety to, że ktoś się sprawdza w krótszej formie, nie oznacza od razu, że i w pełnym metrażu będzie czempionem (przypadek Jaroszuka, o którym za chwilę), więc nie ma co tak bardzo liczyć na przyszłość, trzeba raczej spokojnie i bez nadmiernej ekscytacji patrzeć na to, co przynosi dzisiejszy dzień. Niestety po raz drugi – nie mam dobrych wiadomości. O tym, że w tym roku znowu było słabo, że wcale nie idzie młodość, niech świadczy to, że nagrodę za reżyserię otrzymał Grzegorz Jarzyna, reżyser „Między nami dobrze jest”, utworu, który chyba jednak bardziej sytuuje się w rejonach teatru telewizji niż kina, niesionego zdecydowanie bardziej przez tekst Masłowskiej niż rozwiązania inscenizacyjne.

Obraz Jarzyny trwa 70 minut, co nie było w tym roku żadnym wyjątkiem. Większość filmów mieściła się w 80-minutowym seansie. Osobiście nie mam nic przeciwko takiej długości, jest ona wręcz doskonała, szczególnie gdy ogląda się amerykańskie kino klasy B. No ale w Koszalinie oglądając te krótkie-długie filmy, miałem nieustanne wrażenie, że powinny być one jeszcze krótksze, tak o czterdzieści minut. „Arizona w mojej głowie” Matthiasa Husera czy „Kebab i Horoskop” Grzegorza Jaroszuka to kino irytująco monotonne: niepotrzebnie rozciągnięte etiudy, niekończący się korowód lekko absurdalnych scen, w których aktorzy wypowiadają swoje kwestie dopiero wtedy, jak policzą w myślach do pięciu (u Husera do dziesięciu), co ma budować specyficzny klimat – nie buduje. Gdyby wyrzucić w montażu część skeczy, żaden z nich by nic nie stracił. 

76-minutowy film Marcina Dudziaka – „Wołanie” też wydaje się za długi, ile w końcu można gapić się na ojca z synem, którzy spacerują po lesie i pływają pontonem po górskim potoku. Dudziak jednak jakimś cudem potrafi przebić się przez początkową nieufność widza. Scena spotkania trzech leśnych typków wytrąca widza z błogiego spokoju i każe patrzeć na te peregrynacje uważniej. „Wołanie” to chyba jedna z niewielu udanych polskich prób zmierzenia się z fenomenem „slow cinema”. Jego poetyka zostaje zaprzęgnięta do opowieści niemalże biblijnej. Milczący, lekko zwieszony ojciec, milczący i mocno nieobecny syn – dwaj bohaterowie, którzy nigdzie się nie spieszą, których jakoś ciągnie do przyrody, ale którzy zdecydowanie nie radzą sobie z ludźmi. Gdyby spojrzeć na nich z perspektywy wyobraźni religijnej, to „Wołanie” może powiedzieć nam całkiem sporo, nawet o Polsce.

„Nocy Walpurgi” Marcina Bortkiewicza„Nocy Walpurgi”, reż. Marcin Bortkiewicz


O monotonii na pewno nie można mówić przy okazji „Ojca” Artura Urbańskiego i „Nocy Walpurgi” Marcina Bortkiewicza, na ich filmach nie można się nudzić. Reżyserzy co chwile odpalają race, żeby zagrać na naszych emocjach. Hej, ludzie, czego tu nie ma. U Bortkiewicza jest na przykład krew na białym prześcieladle, ale, mimo tego, że mamy tu wyraźne odwołanie do „Popiołu i diamentu” Wajdy, nie jest to krew akowca, tylko krew diwy operowej. Diwa oczywiście krwawi w okolicach łona. Diwa jest oczywiście Żydówką, oczywiście była w gettcie, w obozie, na dnie. Oczywiście pojawia się u niej w garderobie młody blondyn. Nie mija godzina i ten blondyn będzie ganiał za bohaterką w mundurze niemieckim, próbując jej wsadzić lufę pistoletu między nogi, a potem wyrecytuje jej z pamięci fragment z Manna. Bortkiewicz zgarnia w swoim debiutanckim, czarno-białym filmie klisze holocaustowe i robi z nich... niektórzy mówią, że operę, a mi się wydaje, że piramidalny kicz, który w sposób całkowicie bezrefleksyjny pacyfikuje wszystko to, co w Zagładzie wymyka się pojmowaniu.

U Urbańskiego Holocaust pojawia się tylko na marginesie, ale za to pod postacią opowieści więźnia wspominającego zmyślne obozowe tortury, w których główną rolę grał młody cielaczek ssący męskiego penisa. Reżyser jest świadom tego, że tego typu atrakcje trudno przebić, ale – trzeba mu przyznać – próbuje. Wprowadza więc na scenę: szaloną lesbijkę, która oblewa się czerwoną farbą, a potem kładzie się tak na białym prześcieradle (znowu prześcieradło i krew!), polskiego Breivika, naspidowanego alfinso-dilera, który handluje swoją nieletnią siostrą, tęczę na placu Zbawiciela i latawce nad Wisłą. Wszystko to, i jeszcze dużo więcej, chociażby ciuchy, które bohater zmienia praktycznie co scenę, czy piękne przedmioty, które puszą się w każdym kadrze, zostaje zaprzęgnięte do opowieści o polskim reżyserze, który zostaje ojcem tego samego dnia, kiedy umiera jego ojciec. Zdradzę jeszcze tylko, co robi dalej główny bohater, grany przez samego Urbańskiego. Otóż główny bohater, grany przez Urbańskiego polski reżyser, kupuje najnowszy model aparatu Leica i jedzie do prosektorium strzelić kilka czarno-białych fotek trupom. 

Mając w pamięci te wszystkie atrakcje, wypada się cieszyć, że jury pod przewodnictwem Palkowskiego nie straciło głowy i nagrodziło film naprawdę świeży, na dodatek zrealizowany całkowicie niezależnie. Nie jakieś niestrawne bajania o Zagładzie czy niezdrowe wikwity tzw. Księstwa Warszawskiego, tylko postrzeloną opowieść o Polsce – „Polskie gówno”. O filmie już pisałem, więc zamiast się powtarzać, odsyłam tu.