Swój chłop Louie
„Louie”

10 minut czytania

/ Film

Swój chłop Louie

Jakub Socha

Amerykanie zwariowali na punkcie „Louiego”, ale serial oglądają i w Australii, i w Europie. Stoi za nim Louis C.K. – pomysłodawca, reżyser, scenarzysta, odtwórca roli Louiego. Jeden z najpopularniejszych obecnie amerykańskich komików

Jeszcze 3 minuty czytania

1. Nic mi się nie chce, nie chce mi się żyć, jestem zmęczony, na nic nie czekam, bo nic mnie nie czeka – mniej więcej od tych słów zaczyna się nowy, piąty już sezon „Louiego”. Louie, 47-letni komik, siedzi na fotelu w gabinecie psychoterapeuty i opowiada o swoim kolejnym kryzysie. Psychoterapeuta stara się słuchać, ale tego typu historie musiał już słyszeć tysiąc razy; słucha, ale oczy mu lecą, w końcu zasypia naprzeciwko pacjenta. Może być coś bardziej obezwładniającego? Może, chwilę po sesji Louie wchodzi do supermarketu ze swoimi dwiema córkami. Biorą z półek produkty, w międzyczasie kłócą się o te produkty – ojciec tłumaczy dzieciom, że kupuje im te płatki, które mniej lubią, bo wie, że nie będą chciały ich aż tak bardzo jeść i dlatego starczą na dłużej – potem ustawiają się w kolejce do kasy. I wtedy się zaczyna – Louie nagle czuje, że musi na kibel.

Walka o kibel – ten motyw powróci w późniejszym odcinku. Bohater obejmuje go czule, wymiotując wypitą butelkę burbona, podczas gdy jego kumpel od kieliszka chce w tym samym czasie skorzystać z niego w trochę inny sposób. Chwilę wcześniej między mężczyznami dochodzi do kłótni. Jeden zarzuca drugiemu, że jest bufonem, który nie potrafi się bawić, nie lubi ludzi i myśli tylko o śmierci. Drugi zarzuca pierwszemu, że jego żarty są prostackie i że traktują tylko o pierdzeniu, że to wstyd dla tej szlachetnej profesji, że prawdziwi komicy tak nie robią. Co złego jest w żartach o pierdzeniu, powiedz z ręką na sercu, że ich nie lubisz – pyta Louiego, który kreuje się na obrońcę dobrego smaku, jego późniejszy kumpel od kieliszka. Louie – to trzeba mu przyznać – nie jest dogmatykiem, stara się myśleć, i dlatego po chwili przyznaje trochę zawstydzony: oczywiście, że je uwielbiam.

Ale wróćmy do nagłej potrzeby, która przeradza się błyskawicznie w sytuację równie dramatyczną, co absurdalną – w doskonały skecz, rozegrany tak, jakby Louie co najmniej się wykrwawiał na oczach swoich odchodzących od zmysłów, próbujących ze wszystkich chwil zapobiec katastrofie córek i nieczułych, niechcących przyjść z pomocą ludzi. Gdyby Louie patrzył na to wszystko z boku, zobaczyłby, że ta scena to właśnie jego życie, że to właśnie on: 47-letni rozwodnik, ojciec dwóch dorosłych córek, skłonny do ataków paniki, niezadowolony ze swojego ciała, doświadczony na tyle, że wie, że wszystko skończy się źle. W pierwszym sezonie trzeźwo zaznaczał: w najlepszym przypadku twoje życie będzie wyglądało tak, że spotkasz kobietę swojego życia, będziesz z nią szczęśliwy, będziecie mieli wspaniałe dzieci, a potem ona umrze, a ty zostaniesz sam, będziesz łaził sam na zakupy i czekał na swoją kolej, żeby być niczym.

 

2. Już piąty sezon, a niewiele się zmienił, broda mu jedynie trochę posiwiała, może bardziej wyłysiał, poza tym to samo: ten sam duży brzuch, te same rude włosy, te same ciechy: workowate spodnie, zwykły T-shirt, zwykła bluza, brązowa, znoszona kurtka z czarnym barankiem. Metoda też ta sama, ta sama czołówka: wychodzi z metra, idzie przed siebie, zachodzi na kawałek pizzy, którą je na stojąco, potem idzie do klubu komediowego, żeby opowiedzieć kilka dowcipów. Tak to się zazwyczaj zaczyna. Następnie wraca do dzieci, jak dzieci nie ma, bo akurat śpią u byłej żony, zostaje trochę w lokalu, wypija drinka z innymi komikami. Ranki ma wolne, ale tylko, gdy dzieci są u byłej żony. W innym wypadku szykuje śniadanie, odprowadza je do szkoły i dopiero wtedy ma chwilę dla siebie. Chodzi więc na randki, je dużo słodyczy, onanizuje się, śpi, leży, włóczy się po mieście. Czasami świat się o niego upomina, wtedy rusza do L.A., żeby po okiem demonicznego i rozczulającego Davida Lyncha przygotować się do podboju show-biznesu, albo pakuje zwykłą walizkę na kółkach i jedzie na krótkie tournée po Stanach. Robi kilka występów, zalicza kilka moteli, spotyka kilku miejscowych, wraca do domu.

W czasach, gdy psychologowie ogłaszają kryzys ojcostwa, Louie jest doskonałym ojcem. Słucha, karmi, zabiera na spacery, na lody, do kina. Ma czas, nie wpada w złość ani wtedy, gdy młodsza mówi mu: tato, jesteśmy sami we wszechświecie, ani wtedy, gdy starsza zaczyna popalać blanty. Choć w jego życiu nie ma nic spektakularnego, zdarzają mu się dziwne rzeczy i dziwne spotkania: z neurotyczną panią z księgarni, z napalonym policjantem, wrażliwą emigrantką z Węgier, zgorzkniałym lekarzem, przystojnym Latynosem. Z facetem, który mówi do siebie w metrze, co okazuje się dopiero w momencie, gdy siedząca obok niego kobieta wysiada z wagonika. Co robi wtedy Louie? Siada na jej miejscu, obok niego. Próbuje bezinteresowanie zrobić coś dobrego.

„Louie”, reż. Louis C.K.


3. Cały serial właściwie składa się z prób. Louie próbuje rozmawiać z córkami, próbuje zrozumieć swoją matkę, próbuje segregować śmieci, próbuje chodzić do kina na europejskie filmy, próbuje dogadać się z byłą żoną, próbuje żyć w zgodzie z bratem, próbuje podtrzymać przyjaźnie, próbuje z kimś się przespać, próbuje być lepszym w swojej pracy. Próbuje być otwartym, bo wie, że to, że się głosuje na demokratów, popiera wychowanie bez stresu, związki partnerskie, jest się świadomym społecznych wykluczeń i biedy w Afryce, jeszcze wiosny nie czyni. Cały serial poprzetykany jest wręcz różnego rodzaju przypowieściami, a może raczej skeczami z wychowawczą puentą. Jak to wygląda, pokazuje chociażby epizod z otyłą kobietą z poprzedniego sezonu. Dość dobitnie uzmysławia ona komikowi, że jest ograniczonym głąbem, który ucieka przed jej nadmiarowymi kilogramami co najmniej jakby to była choroba weneryczna.

Jeszcze jeden przykład: w ostatnim sezonie jest sekwencja, w której Louie idzie ze starszą córką do teatru na przedstawienie w duchu Czechowa. W finalnej scenie, gdy młody aktor się smuci nad kształtem świata, a Louie płacze, solidaryzując się z jego smutkiem, córka surfuje na smartfonie po internecie. Po wyjściu z teatru ojciec reaguje standardowo i mówi do dziecka: rekwiruję komórkę, to coś lasuje ci mózg. Na co dziecko cierpliwie mu tłumaczy, właśnie jak dziecku, że to nietrafione, całkowicie stereotypowe rozpoznanie, że dzięki komórce można w trakcie spektaklu przeczytać mały esej o autorze sztuki, prześledzić najciekawsze interpretacje, zapoznać się z sylwetkami aktorów, że naprawdę są gorsze rzeczy niż multitasking, np. płakanie za każdym razem, gdy ktoś ci powie, że wszystko nie ma sensu. I co robi Louie po wysłuchaniu córki? Zabiera jej dodatkowo komputer? Nie, opuszcza głowę, coś mruczy pod wąsem, wreszcie mówi: w sumie może i masz rację.

Tego typu starć, które w dialogu prowadzonym po angielsku często zaczynają się najczęściej od frazy „cut the crap”, jest więcej. Dotyczą związków, tych przyjacielskich i tych miłosnych, oraz tego, czego człowiek naprawdę od nich chce, a także polityki, równouprawnienia itd. Ale to „cut the crap”, po polsku „przestań pieprzyć”, jest właśnie kluczowe, bo ludzie uwielbiają pieprzyć, na dodatek często bez sensu. Żeby zabić czas, żeby odwrócić kota ogonem. Ale czy tą watą nie jest sam stand-up – te niekończące się monologi na każdy temat, w których ludzie przesadnie siebie analizują? Jest, ale właśnie stąd się wszystko zaczyna – z międlenia rodzi się błysk, międlenie wytwarza przeciwciała. Ile to razy zdarza się, że Louie wchodzi na scenę i zaczyna opowiadać, co mu się dzisiaj zdarzyło, co też tym razem przeżył. Najczęściej nie ma w tym nic ciekawego, ale puszczony w ruch aparat mowy, będący na scenie, nie może się zatrzymać, więc przeżuwa, rozdrabnia, trawi aż w końcu dochodzi do zaskakującej puenty, która wyjściowy temat oświetla z nieoczekiwanej strony. Tematem może być wszystko: moja duża, dużo paląca fura, bieda w Afryce, mój wielki brzuch, który przysłania mi mojego penisa, matka, ciuciubabka, republikanie, islamscy terroryści, Bóg, oczywiście masturbacja.


4. Amerykanie zwariowali na punkcie „Louiego”, ale serial oglądany jest namiętnie i w Australii, i w Europie. Stoi za nim Louis C.K. – pomysłodawca serialu, jego reżyser i scenarzysta, odtwórca roli Louiego. Jeden z najpopularniejszych obecnie amerykańskich komików zaczynał standardowo – od stand-upu w klubach komediowych, potem był scenarzystą piszącym dla Chrisa Rocka i Dany Carveya, pojawiał się u Davida Lettermana, Conana O'Briena, w międzyczasie realizował krótkie filmy, występy sceniczne. W 2006 roku stworzył dla HBO sitcom „Lucky Louie” – rzecz miejscami podobną do „Luiego”, a miejscami do naszych „Kiepskich”. C.K. gra tu robotnika i obiboka, męża i ojca kilkuletniej córki, sfrustrowanego brakiem seksu, brakiem kasy, spędzającego większość czasu ze swoimi durnymi kolesiami na piciu piwa i nabijaniu się z siebie nawzajem. Część aktorów, która pojawiła się w tamtym serialu, chociażby Pamela Adlon czy Jim Norton, występuje też w „Louiem”. Podobnie zresztą jak inni komicy, z którymi Louis C.K. współpracował na przestrzeni lat, ale też tacy, z którymi zwyczajnie się przyjaźni: Lenny Clarke, Marc Maron, Jerry Seinfeld, Chris Rock, Sarah Silverman czy Joan Rivers. Każdy z nich gra tu praktycznie siebie, tak jak C.K., który w „Louiem” bez przerwy trawestuje swoje życie (sam jest rozwodnikiem, ojcem dwóch córek, nowojorczykiem). Czasami ten styk jest bardzo bliski, jak choćby w epizodzie, w którym pojawia się Maron, jego kumpel z młodości, czy inny komik – Dane Cook, oskarżany o to, że kiedyś ukradł Louisowi C.K. dowcip (epizod, w którym pojawia się Cook, opowiada właśnie o tym domniemanym złodziejstwie).

To inteligentne granie własnym materiałem, odważne odsłanianie własnych słabości (i własnych myśli) sprawia, że całość nabiera niespotykanego autentyzmu, ale przecież to nie tylko autentyzm sprawia, że pisze się dzisiaj o autorze „Louiego”, że jest amerykańskim Gogolem, królem, filozofem. Sam komik, zdystansowany do tych przesadzonych epitetów, mówi w wywiadach, że najbardziej ze wszystkiego lubi się uczyć. To widać w jego serialu, który ciągle rozwija się, szuka nowej formuły i nowych tematów i nie ogranicza się jedynie do żartów o pierdzeniu. Louie C.K., jak powiedział w jednym z wywiadów Seinfeld, odnalazł doskonałą formułę: wymyślił serial, którego formuła zwyczajnie nie może się wyczerpać, bo jej paliwem jest jego życie – życie 47-letniego faceta, inteligentnego neurotyka, który uważnie przygląda się światu. Swojak, który z kuchni świata najbardziej lubi kurczaka w panierce, najlepiej z KFC.