Pułapki afromistycyzmu

11 minut czytania

/ Muzyka

Pułapki afromistycyzmu

Artur Szarecki

Dla kolejnych pokoleń styl Johna Coltrane’a jawił się jako niedościgniony ideał, zapewniający przepustkę do duchowej i artystycznej pełni. To właśnie z tym dziedzictwem mierzy się na najnowszej płycie Raphael Rogiński

Jeszcze 3 minuty czytania

W latach 50. jazz, a w szczególności jego nowoczesny odłam, bebop, był nie tylko gatunkiem, stylem gry, ale także wyjątkowym sposobem odczuwania, myślenia i zachowania. Wyrażał on głębokie poczucie odrębności wobec reszty społeczeństwa oraz pogardę dla wszystkiego, co konwencjonalne. Bebopowcy mieli swój własny, niepodrabialny sznyt. Charakterystyczny beret, okulary o szerokich oprawkach i kozia bródka uczyniły z Dizzy’ego Gillespie ikonę hipsterskiej mody. Równie klawa była skłonność niektórych jazzmanów do spontanicznych, ekstrawaganckich i często lekkomyślnych wybryków, które współtworzyły ich legendę. Niestety kilku, np. Charliego Parkera, doprowadziło to do nasilającej się autodestrukcyjności. Najważniejsza jednak była muzyka, której gorączkowa, rozedrgana energia doskonale korespondowała z nonkonformistycznym etosem.

Na tym tle duchowe przebudzenie Johna Coltrane’a było czymś niezwykłym. Zrywając z nałogiem narkotykowym w 1957 roku, odrzucił on ekscentryzm i bunt charakteryzujące pokolenie bebopowców,  a w ich miejsce zaproponował szczere zaangażowanie i autentyzm ekspresji oraz zdyscyplinowanie i powagę w podejściu do muzyki.  Grał z pełnym oddaniem oraz niemal bolesną samoświadomością. Nie bez powodu Amiri Baraka określił go jako „najcięższą z dusz”. Właśnie to metafizyczne brzemię, które nosił w sobie i wyrażał w dźwiękach, uczyniło z Coltrane’a patrona duchowych poszukiwań w muzyce. Niezwykła intensywność charakteryzująca jego styl gry stała się w zasadzie równoznaczna z dźwiękowym odpowiednikiem mistycyzmu.

 
 

Dla kolejnych pokoleń muzyków styl Coltrane’a jawił się jako niedościgniony ideał, zapewniający przepustkę do osiągnięcia duchowej i artystycznej pełni. Naśladowany i powielany w nieskończoność, stopniowo ulegał erozji, stając się swoją karykaturą – schematycznym repertuarem technik i środków estetycznych, wykorzystywanych, aby tworzyć pseudomistyczną, a w istocie do bólu przewidywalną muzykę.

To właśnie z tym dziedzictwem zdaje się przede wszystkim mierzyć Raphael Rogiński. Na swojej najnowszej płycie, wydanej w ramach serii „Populista” przez Bôłt Records, poddaje on najbardziej znane kompozycje Coltrane’a radykalnej reinterpretacji, poszukując ich duchowych źródeł w tradycji afrykańskiej.

Przekorny wydaje się już sam wybór materiału, który trafił na płytę. Większość utworów pochodzi z wczesnego, harmoniczno-modalnego okresu solowej kariery Coltrane’a, z lat 1957–63, a więc od daty jego religijnego przebudzenia do momentu tuż przed nagraniem „A Love Supreme”. W rezultacie późny, eksperymentalny okres twórczości, uchodzący za kulminację drogi Trane’a do duchowego wyzwolenia i zawierający najwięcej bezpośrednich nawiązań do mistycyzmu, nie jest na albumie Rogińskiego prawie w ogóle uwzględniony.

Jedynym wyjątkiem jest „Seraphic Light”, pochodzący z pośmiertnie wydanego albumu „Stellar Regions”, który zawiera materiał z sesji nagranej w 1967 roku. W większości jednak Rogiński zmaga się z najsłynniejszymi i najbardziej ogranymi standardami, jak: „Blue Train”, „Equinox”, „Mr. P. C.” czy „Naima”. Przy czym mało kto – poza nim samym – będzie w stanie je rozpoznać. W palcach gitarzysty uległy bowiem tak daleko idącej dekonstrukcji, że nawet przy bezpośrednim porównaniu nieraz ciężko jest wychwycić podobieństwa.

Rogiński zdaje się rozbijać swój materiał źródłowy na pojedyncze cząstki – molekuły dźwięku – które następnie zderza ze sobą w rytmiczne serie. Zawarta na płycie muzyka nie tyle eksponuje więc melodie, co przede wszystkim wydobywa fraktalne regularności, multiplikujące się w pofalowanych warstwach dźwięku. Zupełnie jakby istota mistycyzmu miała kryć się w repetycji, w miarowym powtarzaniu kombinacji dźwięków rytmicznie pobudzających ciało – zestrajaniu progresji akordów z równomiernym tempem oddechu, pulsowania krwi, mikroruchów nerwów, etc. Szczególnie słyszalne było to podczas koncertu promującego album, na którym Rogiński raz po raz hipnotycznie zapętlał frazy, w stylu nawiązującym nieco do pustynnego bluesa z zachodniej Afryki, by po jakimś czasie niespodziewanie złamać rytm bądź przerwać trans nagłym sprzężeniem lub ścianą hałasu.

 
 

Materiał zawarty na płycie jest jednak znacznie bardziej stonowany i raczej skłania do wyciszenia niż pobudza fizycznie. W przeciwieństwie do szeroko rozpowszechnionego przekonania, które utożsamia żarliwość stylu Coltrane’a z ekspansywną i przybierającą na sile grą, podejście Rogińskiego jawi się jako skrajnie ascetyczne. Dźwięki wyłaniają się nieśpiesznie i z pewną powściągliwością, niczym serie drgań w czasoprzestrzeni, każde samoistne i wymagające pełnego skupienia. Rogiński mistrzowsko posługuje się techniką fingerstyle, grając oszczędnie i ze smakiem, wykorzystując minimum koniecznych środków, aby wciągnąć słuchacza w swój indywidualny świat.

Główną inspiracją, a zarazem leitmotivem spajającym koncepcję płyty, są nawiązania do tradycji afrykańskiej, które przejawiają się na kilku płaszczyznach, np. w charakterystycznym stroju gitary oraz jej preparacjach, dzięki czemu niektóre fragmenty sprawiają wrażenie, jakby były grane na przesterowanym ngoni lub korze, a w najbardziej perkusyjnych momentach mogą nawet kojarzyć się z dźwiękami mbiry. Rogińskiemu jednak chodzi przede wszystkim o pewne podejście do tworzenia, które ma odzwierciedlać ducha bricolage’u – praktycznego majsterkowania i składania ze sobą elementów pochodzących z różnych porządków, dzięki czemu powstaje nowa, oryginalna całość. Przywoływanym przez niego przykładem są właśnie muzycy afrykańscy, tworzący swoje instrumenty z tego, co akurat mają pod ręką – często rzeczy znalezionych na śmietnikach czy złomowiskach – by za ich pomocą grać w sposób rzekomo bardziej szczery, bezpretensjonalny i autentyczny.

 
 

Podobnie wernakularny (nieprofesjonalny, tworzony przez anonimowych twórców) w założeniu charakter ma adaptacja dokonana przez Rogińskiego. Podchodzi on do materiału źródłowego nie z pozycji namaszczenia, ale – przeciwnie – raczej stara się obedrzeć twórczość Coltrane’a z tego, czym obrosła w przeciągu lat, odkrywając jej mistyczny rdzeń w zwykłym, przyziemnym muzykowaniu, inspirowanym „prymitywnymi” technikami tradycji afrykańskiej. W zabiegu tym pojawia się jednak dość niepokojąca tendencja do uromantycznienia biedy z pozycji uprzywilejowania. Sprowadzanie nierówności społecznych do wyborów czysto estetycznych sprawia, że ulegają one neutralizacji; zwłaszcza jeśli uprawomocniane są przez głoszenie ideologicznych bajek, że żyjemy w czasach, gdy każdy może być kimkolwiek tylko zapragnie.

W istocie fascynacja Rogińskiego „czarną” kulturą oraz jego utożsamianie się z nią mogą nieco przypominać négrophilie, która ogarnęła awangardową Europę na początku XX wieku. Wówczas również rzekoma „pierwotność” sztuki afrykańskiej i afroamerykańskiej postrzegana była jako źródło szczerości i prawdy, mające stanowić uniwersalne remedium na bolączki nadmiaru cywilizacji. Jednym z symboli tego zwrotu był właśnie jazz, postrzegany jako ucieleśnienie witalności, energii i zmysłowości, które zaniknęły w przeintelektualizowanej tradycji muzyki zachodniej.

W tym kontekście warto przywołać kolejnego bohatera płyty, którego wiersze – „Walkers With The Dawn” i „The Negro Speaks of Rivers” – wyśpiewane przez Natalię Przybysz, stanowią bazę dla dwóch autorskich kompozycji Rogińskiego.

 

Langston Hughes to poeta utożsamiany głównie z nurtem tzw. renesansu Harlemu w latach 20. i 30. ubiegłego wieku. Jego twórczość często podejmowała tematykę społeczną, wyrażając rozpowszechnione wśród Afroamerykanów dążenie do duchowego i politycznego wyzwolenia. Hughes starał się wypracować swoistą formę poetycką, która pozwalałaby jednocześnie na odrzucenie hańbiących stereotypów rasowych oraz wypracowanie bardziej afirmatywnego projektu „czarnej” tożsamości. W tym celu sięgał do rdzennych tradycji, głównie bluesa, który stanowił dla niego najważniejszą ekspresję potocznego doświadczenia czarnoskórej ludności Ameryki, ukazując jej troski i cierpienia, ale też wytrwałość i siłę w obliczu trudnych warunków życiowych.

Niewątpliwie właśnie to zakorzenienie w wernakularnych tradycjach oraz płynące stąd roszczenie do autentyczności przyciągnęło Rogińskiego do twórczości Hughesa. Stanowi ono wspólny mianownik, spajający wszystkie pojawiające się na płycie wątki w jedną całość. Jednak zestawienie to samo w sobie przesycone jest ambiwalencją. Renesans Harlemu stanowił bowiem wyjątkowy zryw kulturowego przebudzenia oraz kształtowania się samoświadomości Afroamerykanów, ale także moment narodzin swoistej mody na „czarną” estetykę i rozrywkę ze strony białej publiczności. W rezultacie tendencje do samostanowienia przenikały się z kulturowym zawłaszczeniem, podobnie jak dążenie do wyzwolenia z imitacją, pragnienie autonomii z wyzyskiem, a roszczenie do autentyczności z egzotyzacją. Stąd również wypływała swoista dwuznaczność nawiązań do muzyki Czarnych – bluesa i jazzu – często kojarzonych ze stereotypami, wobec których starano się dystansować, a jednocześnie stanowiących ekspresję wolności i odrębności, o które tak zabiegano.

Raphael Rogiński, Plays John Coltrane and Langston Hughes. African Mystic Music, Bôłt Records, 2015Raphael Rogiński, „Plays John Coltrane and Langston Hughes. African Mystic Music”,
Bôłt Records, 2015
Afrykocentryczne nastawienie Rogińskiego, łączące twórczość Coltrane’a i Hughesa ze zwrotem ku „pierwotności”, uruchamia więc złożoną problematykę na styku rasy, pochodzenia etnicznego i władzy, chwiejnie balansując, czasem w dość niepokojący sposób, między kontekstami, które przywołuje. Są to jednak dość dalekie echa, które – podobnie, jak źródłowa materia muzyczna – w ostatecznym rozrachunku okazują się trudne do rozpoznania i jednoznacznego przyporządkowania. Jest to niewątpliwa zaleta tego albumu, prezentującego w pełni autorskie podejście do gry, stanowiące unikalną celebrację mocy ludzkiego słuchu. Wychwytując nieznane w tym, co po wielokroć powtarzane i – wydawałoby się – już zupełnie skonwencjonalizowane, Rogiński nie tylko demonstruje własny kunszt, ale też wskazuje na niezwykłą a zarazem bardzo przyziemną zdolność, jaką wszyscy posiadamy – twórczego słuchania i rezonowania z dźwiękiem.

 

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.