Tomograf w gębie
Bronka Nowicka

11 minut czytania

/ Literatura

Tomograf w gębie

Maciej Woźniak

Na książkę Bronki Nowickiej składa się czterdzieści parę niewielkich próz, gęsto unerwionych, momentami wręcz przeczulonych, na tyle poetyckich, że do zmiany w wiersze pewnie wystarczyłaby zmiana zapisu – na poszarpany z prawej

Jeszcze 3 minuty czytania

Bronka Nowicka urodziła się jesienią w Radomsku – tak samo jak Tadeusz Różewicz, tylko pół wieku później. Właśnie wydała książkę poetycką w Biurze Literackim – choć podobnie jak Różewicz, który też tam publikował, nie uczestniczyła w projekcie „Połów”. Co sugeruje, że była już za grubą rybą, aby się zmieścić w tym formacie. I faktycznie, od paru lat jest znana jako artystka wizualna, a także reżyserka. Ta pierwsza aktywność została zwieńczona wystawą „Rzeczy Istoty” z tomograficznymi zdjęciami przedmiotów, osiągającymi wymiar metafor. Zaś druga działalność, oprócz realizacji sztuk teatralnych, przejawiła się w reżyserii programu „Superniania”, którego tematem są kłopoty wychowawcze rodziców z dziećmi. Lecz i w tym formacie, zakupionym przez TVN, trudno byłoby jej twórczość upchnąć – czego tom „Nakarmić kamień” jest najlepszym dowodem.

Wymieniam rozmaite pola medialnej aktywności Nowickiej, ponieważ każde znajduje jakieś swoje odbicie w książce. Program „Superniania” był utrzymany w tabloidowej konwencji reality show, chodziło w nim o sposoby wypracowania w domu dyscypliny, jakiej życzą sobie dorośli – i to raczej ci najbardziej zmieszczaniali. Tymczasem głos narratora w „Nakarmić kamień” odzywa się z przeciwnej, krnąbrnie dziecięcej strony i zaczyna kwestionowanie dorosłego porządku od podstaw, czyli od fundamentów języka – „domu bytu”. Tę perspektywę zauważyła Joanna Mueller, zaczynając swój esej o książce Nowickiej nader ostrożnie: „Dorosłe obraca pod językiem obły zalążek. Boi się kiełkowania szkicu, żeby nie wybujał zanadto. Samo dla siebie jest niezgrabnie duże, za wiele wie i na słowach mogłoby postawić zbyt ciężki odważnik”. Podobny wniosek nasuwa wywiad przeprowadzony przez Katarzynę Fetlińską, w którym Nowicka dokonuje rejterady z pozycji reżyserki i graficzki, mówiąc: „Gdybyś przyparła mnie do muru, przyznałabym, że uważam (zawsze uważałam) sztuki filmowe i plastyczne za dość impotentne. (...) Język wydaje się materią «bezpośrednią», nie wymagającą zapośredniczenia”. Jeżeli dodać do tego to, co Nowickiej powiedział podobno aktor Krzysztof Majchrzak – że „jej wyobraźnia i biblioteka są imponujące” – doświadczenie literackie okaże się prostą konsekwencją poprzednich działań.

Bronka Nowicka, „Nakarmić kamień”. Biuro Literackie, 56 stron, w księgarniach od czerwca 2015Bronka Nowicka, „Nakarmić kamień”. Biuro Literackie, 56 stron, w księgarniach od czerwca 2015Forma tego literackiego doświadczenia, styl tomu „Nakarmić kamień”, jest ładnie zadłużony u Herty Müller, bo na książkę Nowickiej składa się czterdzieści parę niewielkich próz, gęsto unerwionych, momentami wręcz przeczulonych, na tyle poetyckich, że do zmiany w wiersze pewnie wystarczyłaby zmiana zapisu – na poszarpany z prawej. Wiodącym motywem miniatur są wspomnienia (zawartość pamięci, ale także ona sama jako nośnik), sięgające dzieciństwa w prowincjonalnej scenerii. To z kolei pozwala skojarzyć „Nakarmić kamień” z „Gugułami” Wioletty Grzegorzewskiej. Autorki są zresztą rówieśniczkami. Tom Nowickiej jest bardziej skondensowany poetycko, ale obie książki opisują dziewczyńskie dorastanie na polskiej wsi lat 70. i 80. z niemal identycznej perspektywy – głos narratorki zanurzony w tam i wtedy, unikający zewnętrznej oceny i przykładania współczesnej miarki.  Skoro już padło nazwisko Herty  Müller, warto wspomnieć także o zrealizowanej parę lat temu przez Nowicką sztuce innego uciekiniera z Rumunii, Matei Visnieca, „Człowiek śmietnik”. W recenzji ze spektaklu padł zarzut wobec reżyserki, że oprócz sugestywnego oddania tytułowego stanu ludzkiej świadomości, „tekst żadnej puenty nie wnosi (...). Scena w tym wypadku niczego nie uzmysławia, nie uczy, nie nawraca”. Od takiej dorosłej, pedagogicznej funkcji „superniani” Bronka Nowicka ucieka także w swojej książce. Dla Joanny Mueller pamięć w „Nakarmić kamień” jest natrętnym dzieckiem zakłócającym obrządki dorosłości, wrzucającym piasek (ba, czarną ziemię) w jej tryby. Także w tryby poważnej recenzji pisanej przez samą Mueller: „To przecież dziecinnie proste! – denerwuje się znowu, próbując dopasować swoje słowa nadmierne do słów Bronkowych, porodzonych z braku. Dorosłemu brak precyzji i uważności. Parówkowate paluchy pchają wytarte figury w nowe luki, ale książka broni się przed złudną adekwatnością”.

Wspomniane tu wątki pojawiają się w konkretnych tekstach z tomu. Na przykład w miniaturze „Siatka” dochodzi do śmiałych przeniknięć świata zwierzęcego i dziecięcego, które okazują się podobnie wyjęte spod prawa kultury („palec przerzucony przez metalowe oko drapie psi łeb tak długo, aż opuszka pokrywa się czarną mąką. Suka zamyka oczy, może nawet śpi oparta o płot. Wtedy dziecko myśli, jak układa się w brzuchu wyściełanym sierścią. Jak brzuch zabiera je tam, gdzie nigdy nie było”) i chociaż wnętrze psa okazuje się nie do wynajęcia, to powrót do ludzkiego świata już nie jest prosty. W prozie „Kasztan” mamy dywagacje o naturze wrażeń i ich przyszpilających inklinacjach, utrzymane poniekąd w poetyce Wisławy Szymborskiej („Dziecku śni się pejzaż, który kłamie. Patrzy na liście: są przyszyte do drzew. Psy stoją koło bud, bo łapy mają wkopane w ziemię. Kto widział takie stada wróbli siedzących na ziemi? Rzuć w nie kamieniem, nie odlecą. Wbiegnij w nie – nie poderwą się, powbijasz nogami ich łebki jak gwoździe”), zaś frapującej puencie jest z kolei blisko do spostrzeżenia Bohdana Zadury, że nie da się wejść nawet raz do tej samej rzeki. W tekście „Skóra” asumpt do rozważań o języku oraz jego znamiennym oderwaniu od rzeczywistości daje postać ojca, który choć pogrąża się w metafizycznych peregrynacjach w samym sobie („Pukał w stół. – Kto tam? – pytał. – Pan Bóg – odpowiadał, jakby samo słowo mogło sprowadzić Boga do kuchni”), widziany przez dzieci zmienia się, na przekór, w sposób dojmująco fizyczny („Pewnego dnia ojciec założył prawdziwą skórę szytą na miarę. Była mniej różowa, ale grubsza od poprzedniej. Sprawił też sobie żółte zęby i pięty”).

Kwestia istnienia warunkowanego przez czynniki zewnętrzne – przez otaczające okoliczności i przedmioty codziennego użytku (spójrzmy na tytuły: „Buty, „Łyżeczka”, „Grzebień”) – a nie przez mityczne, centralne „ja”, powraca w wielu miejscach książki. Rzeczy doświadczają reinkarnacji, ich żywot jest rozpięty między dzieciństwem i dorosłością, między kolejnymi osobami w rodzinie (której losy można uznać za fabularną oś książki), między życiem i śmiercią, ale także w drugą stronę – między śmiercią a życiem. Człowiek nie jest już panem tego zabałaganionego stworzenia, zaś o tym, że nie jest także człowiekiem śmietnikiem, decyduje sposób, w jaki mówi o tym, co go otacza. Rozpoczynające tom zdanie „Smutek mnie uczy, że służę do życia” wydaje się nieco zbyt efektowne, ale na przykład spostrzeżenie, że „widok całymi godzinami używa mnie do patrzenia” prowadzi ku przeczuciu paru analogicznych zasad, choćby takiej, że język używa nas do myślenia, a pamięć – do istnienia.

W cyklu tomografik „Rzeczy Istoty” Bronka Nowicka zrobiła coś wręcz przeciwnego niż w albumie „Nekrobie” uczynił – wymyślony przez Stanisława Lema – artysta Cezary Strzybisz, który fotografował ludzi aparatem Roentgena, aby wszystko, co robią – z seksem na czele – przypominało, że to taniec martwych szkieletów. Prześwietlając rzeczy, Nowicka uczyniła z nich żywych pacjentów, pensjonariuszy ludzkiej uwagi i troski. Podobnego zabiegu, acz na sąsiednim polu, dokonuje w książce poetyckiej, a tomograficzna metoda prześwietlania najzwyczajniejszych czynności – wykonywanych przez dziecko lub obserwowanych podczas codziennej krzątaniny w domu – ukazuje ich złożoną strukturę i umocowanie w zaskakująco szerokich kulturowych kontekstach. Nowicka używa dwóch metod językowego skanowania rzeczywistości. Pierwsza to dziecięca wrażliwość na bodźce zmysłowe, choćby smak (miniatura „Rajtuzy” zaczynająca się od sugestywnego opisu gryzienia własnego kolana przyodzianego w rajstopki), albo dotyk (w „Szafie” tytułowy mebel, pełen kurzu i starych futer, okazuje się skrytką na pierwsze masturbacje, a przy okazji na odkrywanie dusznej zależności między rozkoszą a wstydem, pokusą a zakazem).

Drugą metodą poetyckiej tomografii jest wyobraźnia, jeszcze niepodległa dorosłej logice i racjonalności, a więc pozwalająca na absurdalnie odświeżający punkt widzenia (np. w tekście „Kieszenie” to punkt widzenia na ojcowskie ręce, które – znalezione w kieszeniach – w sam raz nadały się do robienia różnych domowych rzeczy, z biciem dziecka włącznie) oraz na bajkową metaforyzację czy alegoryzację codziennych sytuacji, często jednak prowadzącą do trzeźwo radykalnych wniosków. Na przykład takich, jak w miniaturze „Parapet”, gdzie dzieci – w tym także dziewczynka-narratorka – obserwują swoje matki w sklepie mięsnym, a przepychające się kobiety łatwo skojarzyć się z gdaczącymi kwokami, w związku z czym dziewczynka postanawia nigdy w życiu nie być kobietą. Ma to swoje konsekwencje w kolejnych tekstach z tomu, np. w „Nożyczkach”, gdzie dochodzi do akcji masowego upokarzania, okaleczania i w końcu eksterminacji lalek, za to, że „Lalki to kobiety i dzieci tych kobiet, lalki są głupie. Nie ma lalek panów”. Mógłby to sfilmować Michael Haneke. Na odwrotną sytuację – czyli próbę dawania życia, a nie odbierania – trafiamy w miniaturze „Poduszka do igieł”, w której dziewczynka celowo kaleczy się w palec – aby zafundować transfuzję krwi znalezionemu kamieniowi. Jedynemu – wobec kulturowej kompromitacji zabawek i naturalnej śmiertelności członków rodziny – przyjacielowi w biedzie wiejskiego dzieciństwa.

Ta niespodziewana zamiana miejsc: materii ożywionej i nieożywionej, rzeczy użytecznych i nieużyteczny to jeden z najistotniejszych wątków książki. W rozmowie z Fetlińską Bronka Nowicka skomentowała to aforystycznie: „Nie pragnę, aby martwe rzeczy były żywe. Chciałabym, żeby ludzie byli mniej martwi”. Martwi, czyli racjonalnie sformatowani, moralnie dobrze zatemperowani i traktujący rzeczy skrajnie pragmatycznie (co niepotrzebne czy niejednoznaczne kulturowo, to trzeba wyrzuć do studni – jak tytułowy kamień u Nowickiej), słowa zaś traktujący jak chłopców na posyłki – po te rzeczy właśnie. Kończy się to wciskaniem słów jak kitu – w polityce, handlu, rodzinnej codzienności. A Nowicka sugeruje, że jednak nie patrzymy przez szybę. I żebyśmy nie zapominali tomografu w gębie. Mówi to głosem jak najdalszym od tonu poetyckiej superniani. Chociaż urodziła się w tym samym mieście, co Tadeusz Różewicz.

Cykl tekstów o poezji powstaje we współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej.
logo