Bez tytułu

Anka Herbut

Odważna decyzja Kuśmirowskiego o niepodpisywaniu żadnej z prac na wystawie „Palindrom”, nadała im wszystkim równy status. Ma to jednak swoją cenę

Bez tytułu

Jeszcze 2 minuty czytania

Bez tytułu

     I didn't have a disorder. I created order.
Zdeněk Košek

Według antypsychiatry Thomasa Szasza choroby psychiczne nie istnieją, a szaleństwo to historyczny konstrukt, będący wytworem przemian cywilizacyjnych XIX wieku i protestanckiej etyki pracy. Według Szasza życie to walka, a nie choroba, którą należy diagnozować i leczyć.  Według Szasza choroba psychiczna nie istnieje. Jest wydrążoną z sensu kategorią, która ma jedynie za zadanie ujarzmiać społeczeństwa i utrzymywać je w ryzach wysokiej produktywności. Tyle.

Na wystawie „Palindrom” w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie żadna z prac nie została podpisana. Nie ma nazwisk autorów. Nie ma tytułów. Dat. Kolekcji. Kurator Robert Kuśmirowski zaprosił do niej wykształconych kierunkowo artystów, których nazwiska wyznaczają dziś wiodące kierunki sztuki współczesnej oraz zdradzających trwałe lub przejściowe zaburzenia psychiczne amatorów, tworzących intuitywnie i kompulsywnie lub w ramach prywatnej autoterapii. Teoretycznie nie jesteśmy w stanie prezentowanych tu prac obudować faktograficznymi kontekstami. Nie wiemy która czyja. Teoretycznie. Praktycznie niektóre z nich część widzów  będzie jakoś kojarzyła. Jest tutaj obraz Romana Opałki i instalacja, na którą składają się trzy jego autoportrety czy „Dzieła zebrane”, powtarzające w formie zapisu na maszynie rosnące liczby z kolejnych jego obrazów. Są bazujące na zużytych rekwizytach codzienności asamblaże Władysława Hasiora i improwizowane malarstwo Jakuba Juliana Ziółkowskiego. Są obrazy Pawła Dunala i precyzyjnie szczegółowe rysunki Mikołaja Kownackiego (swoją drogą ilościowo zdecydowanie  zdominowały wystawę). To akurat nazwiska-pułapki, które utrudniają czyste, niezapośredniczone obcowanie z dziełem sztuki, choć i tak w takim właśnie trybie powinny być oglądane. Tym bardziej kuszą w tej sytuacji pozostałe elementy anonimowego układu ekspozycji, które ze wspomnianymi wyżej łączy wspólna stylistyka. Czasem temat. Filtrowanie świata. Wspólna morfologia.  Wykraczanie poza kalki wyobraźni.

Palindrom

kurator: Robert Kuśmirowski, PGS, Sopot, do 16 sierpnia 2015

Odważna decyzja Kuśmirowskiego o niepodpisywaniu żadnej z prac, nadała im wszystkim równy status, nie pozwalając na spolaryzowanie ich według dynamiki życiorysów i dokonań twórców. Wszystko w myśl zachowania tajemnicy lekarskiej – wystawa pomyślana została jako tryumf wizualności, nie jako próba analizy psychologicznej. Miała doprowadzić do wykrystalizowania wspólnego poziomu estetycznego dzieł profesjonalnych i nieprofesjonalnych”. Do ich przeżywania w bezpośrednim, pozbawionym instytucjonalnych kontekstów, kontakcie. Do wspólnej gramatyki wypowiedzi artystycznej. I doprowadziła. Ma to jednak swoją cenę.

„Palindrom” utrzymany jest w formule horror vacui. Prace wiszą na ścianach, podwieszone są u sufitu, a te rozłożone na ściankach działowych można oglądać z drugiego piętra galerii. Wykorzystana została praktycznie każda wolna przestrzeń PGS-u (ciekawa do prześledzenia wydaje się relacja określanej jako „barok nadmiaru i entropia detali” działalności artystycznej Kuśmirowskiego do jego kuratorskiej aktywności). Bardzo gęsto rozlokowane jedna przy drugiej, prace tworzą pewien rodzaj narracji, którą zacząć można w dowolnym miejscu, ale w której każda praca wynika z poprzedniej i zapowiada kolejną. W ten sposób tworzy się bogaty alfabet, którym można już opowiadać o fenomenie Art Brut czy Raw Art. W kilku pracach pojawia się postępująca dekonstrukcja portretowanej twarzy, w innych zdrapywane są kolejne jej warstwy. Pojawiają się asamblaże i kolaże, kompulsywnie operujące detalem rozerotyzowane rysunki, ambiwalentna relacja między tłem i postacią, motyw ludzkiego ciała jako maszyny, roboty i cyborgi, traktowanie tekstu na prawach ornamentu, ręcznie robione okładki, które nie pasują do zawartości książek. Wizualne pamiętniki, szkicowniki, rzeźby z recyklingowanych surowców i wizje bujnej, rozpasanej natury. W ten sposób tworzy się alfabet, który pozwala złapać ogólną perspektywę i objąć całość fenomenu Art Brut czy Raw Art, wytracając przy tym niestety tożsamość poszczególnych prac. Za cenę pełnowymiarowego pejzażu tracimy z oczu obrazy, które ten pejzaż współtworzą. Coś za coś.

„Palindrom” / fot. Elwin Flamingo

Warto wspomnieć, że w tym samym mniej więcej czasie, w którym w PGS-ie zainaugurowano „Palindrom”, w Centrum Sztuki Współczesnej DOX w Pradze otwarta została wystawa „Art Brut Live”, bazująca na imponującej kolekcji abcd francuskiego kolekcjonera Bruno Decharme. Tutaj  Art Brut potraktowano zgoła inaczej: każda z prac została przez kuratorów opatrzona krótką biografią artysty, przefiltrowaną przez historię zdiagnozowanej choroby psychicznej. I nawet jeśli kontakt z poszczególnymi pracami był w tym przypadku dość silny, to kuratorzy pozwolili diagnozie zawłaszczyć perspektywę odbiorcy i skazali go na krzywdząco protekcjonalną wobec prezentowanych artystów formę recepcji. W sopockim PGS-ie można zaś wyczuć ogromną wrażliwość na prezentowane prace i ich twórców. Jej celem jest uchwycenie potencjału wrażliwości łączącego prezentowanych twórców i wyznaczenie wspólnego mianownika wizualnego ich prac. Morfologia zjawiska i jego cech czysto estetycznych, przechwytywanych coraz częściej przez artystów profesjonalnych.

Sam termin Art Brut stworzył Jean Dubuffet dla nazwania twórczości powstającej w oderwaniu od jakichkolwiek wpływów kulturowych czy koncepcji estetycznych. Surowej, dzikiej i anarchicznej. Miała to być domena społecznych outsiderów i ekscentryków, ale też osób ze zdiagnozowanymi zaburzeniami psychicznymi, pozostających pod obserwacją lub pod wpływem silnych leków psychotropowych. Taka sztuka stać miała w opozycji do sztuki oficjalnej, którą Dubuffet porównywał z kolei z esperanto, demaskując jej konceptualny rys, intelektualizm i towarzyszące jej kalkulacje estetyczne.  Na wystawie „Palindrom” obydwie perspektywy mają szansę się spotkać i wejść w rozszczelniający oficjalny obieg sztuki dialog. 

Tytułowy palindrom odnosi się do wyrażenia, które czytane od lewej i od prawej strony brzmi tak samo. Na plakacie towarzyszącym wystawie można zobaczyć dwie zrośnięte tłokami i podziałkami strzykawki: w jednej z nich zamknięto słowo „KREW” – w drugiej „WERK”, które z niemieckiego  tłumaczyć można jako „pracę”, „czyn” lub „dzieło”. Krew i praca. Puls i porządek. Jedno i to samo. Palindrom.