Morderstwo tępym narzędziem

6 minut czytania

/ Film

Morderstwo tępym narzędziem

Darek Arest

Do „Nieracjonalnego mężczyzny” dobrze pasowałaby inwektywa, że to „krótkometrażówka rozciągnięta do pełnego metrażu”. Tyle że zwykle stosuje się ją do przeciągniętych ćwiczeń stylistycznych, a film Allena jest stylu wręcz pozbawiony

Jeszcze 2 minuty czytania

Koniec miłości. Własną pisaniną broniłem Woody’ego Allena, który na starość zaryzykował artystycznie, odszedł od utartego komediowego schematu i w poszukiwaniu dramatu na miarę Dostojewskiego zanurkował w nieznanych wodach thrillera. Pewna nieporadność gatunkowa tych filmów („Wszystko gra”, „Sen Kasandry”), współbrzmiała mi z nieporadnością bohaterów po raz pierwszy próbujących zbrodni, sztywność formy pasowała do portretowanych środowisk, obojętność wobec niej wydawała się ujmującą deklaracją starego reżysera, który mówi: już nie muszę starać się o poklask. Robię filmy o sprawach, które mnie intersują, mówię wprost i nie wypruwam sobie żył w pogoni za efektem, bo muszę zdążyć na popołudniową transmisję meczu w telewizji. Wypracowana w ten sposób konwencja przypowiastki, rozgrywającej się poza rzeczywistością, wydawała się uroczo bezpretensjonalna i pojemna. I chociaż nierówność to jeden z Allena znaków rozpoznawczych, nigdy przedtem nie kazał mi cierpieć mąk tak dotkliwych jak na „Nieracjonalnym mężczyźnie”, zmuszając, bym odwracał wzrok od ekranu i ze wstydu chował twarz w dłoniach.

Tytułowy mężczyzna jest nieszczęśliwym profesorem filozofii, żyjącym w mydlanej bańce małego kampusu uniwersyteckiego. Abe był idealistą, który jeździł po świecie, walcząc o zmiany, ale poddał się, gdy gdzieś na nieprzyjaznej ziemi, na minie zginął jego przyjaciel. Była to więc albo bardzo głęboka przyjaźń, albo niezmiernie płytki idealizm. Dziś profesor zapuścił brzuszek, ogłusza się whisky i przyciąga uwagę kobiet. Jest wśród nich Jill – piękna studentka, której dni wypełniają: lektura Dostojewskiego, lekcje gry na fortepianie i rozczulanie się nad rozpaczą nowego wykładowcy. Kula się to leniwie w kierunku beznadziejnego romansu, do chwili, gdy całkowicie nieprzekonującym zrządzeniem losu w życie tej dwójki wciśnie się z czwartego planu anonimowy zły człowiek. Przed Abe'em niespodziewanie zarysuje się ekscytująca wizja słusznej moralnie zbrodni, która realnie może zmienić świat na lepsze. Z nieciekawego duetu bohaterów zrobi się w ten sposób źle wyważony dramatycznie trójkąt. Zarówno ponętna studentka, jak i anonimowy podelec są bowiem jedynie zwierciadłami dla udręczonego intelektualisty, który zresztą jest zbyt cienki w barach, by dźwignąć historię samodzielnie.

Abe to kolejny Allenowski pieszczoszek, który w świecie bez Boga zostaje wciągnięty w otchłań zbrodni. Dla jego poprzedników zbrodnia była doświadczeniem zamykającym (w duchu przemyśleń Camusa, który pisał, że zabójstwo wysysa i wyczerpuje w człowieku całą zdolność życia), ale dla Abe'a sam zamiar morderstwa jest doświadczeniem otwierającym, dostarczającym powodów, by żyć. Szkoda, że ta ekscytacja nie promieniuje na film. Intryga niemrawo toczy się od punktu do punktu, co wynika nie tyle ze stylu, co z dramatycznego braku materiału dramatycznego. To nic nowego, że postaci Allena nie należą do świata zmysłów, ale tym razem nie dostarczają nawet dość materiału na anegdotę. Punkty zwrotne przypominają nerwowe drapanie dna patelni, a temperatura opowieści szybko staje się rozpaczliwie nijaka. Mógłby tu zapunktować Allenowski paradoks – nuda wynika z tego, że reżyser opowiada o nieciekawych ludziach, którzy bezpodstawnie roją sobie prawo do fascynujących przeżyć. „Fascynujący” intelektualista to w gruncie rzeczy inteligentny grafoman, a jego młoda muza żyje obawą, że zostanie przez swego mędrca uznana za rozsądną mieszczkę. Nieudany portret fascynujących ludzi byłby więc w rzeczywistości udanym portretem ludzi banalnych. Ale niestety banalne są też same obserwacje Allena – brak w nich ożywczej ironii, humoru, a nawet zwykłej ciekawości, czy istnieje za tym banałem coś więcej.

„Nieracjonalny mężczyzna”, reż. Woody Allen. USA 2015, w kinach od 14 sierpnia 2015„Nieracjonalny mężczyzna”, reż. Woody Allen. USA 2015, w kinach od 14 sierpnia 2015Iskrę tym filmom Allena, które nie opierały się na humorze, zwykle dawał elektryzujący moralnie kocept oraz aktorzy. Ale tym razem reżyser nie tylko, jak to ma w zwyczaju, puszcza swoje gwiazdy samopas, nie tylko rzuca je na linię frontu bez broni i bez wsparcia, ale jeszcze przeszkadza im fatalnie napisanym tekstem. Nie do wiary, że spod ręki takiego fachury jak Allen wyszło coś tak topornego. Życie wewnętrzne bohaterów toczy się w wygłaszanych ex cathedra deklaracjach, które najczęściej zostają jeszcze powtórzone w formie monologu wewnętrznego. Joaquin Phoenix, znany z tego, że samym czołem potrafi zagrać to, czego inni nie osiągną całym ciałem, miota się bezradnie jak drewniana kukiełka. Jego bycie profesorem polega na obnoszeniu brzuszka i wygłaszaniu zdań w rodzaju: „Banalność zła według Hannah Arendt, blablabla, a Sartre powiedział, że piekło to inni”. Jego rozpacz wyraża się w mince smutnego misia i zdaniach typu: „egzystencja jest bezcelowa, oj, oj, a życiem rządzi przypadek”. Wtłoczona w rolę zachwyconej nim studentki Emma Stone próbuje bronić się urokiem, ale w dłuższej perspektywie jest to walka skazana na niepowodzenie.

Do „Nieracjonalnego mężczyzny” dobrze pasowałaby ta poręczna inwektywa, że jest to „krótkometrażówka rozciągnięta do pełnego metrażu”. Tyle że zwykle stosuje się ją w odniesieniu do filmów, które są przeciągniętymi ćwiczeniami stylistycznymi, podczas gdy film Allena brawurowo wręcz jest stylu pozbawiony. „(...) Nie ma bowiem drugiego pisarza, którego styl byłby tak szary, tak nieefektowny, tak rozpaczliwie gazeciarski. Dostojewski nie potrafił odtworzyć świata zewnętrznego. Czasem usiłuje sklecić jakiś pejzaż, czasem usiłuje opisać księżyc jakiejś nocy, zaułek czy schody, lecz natychmiast, rozdzierając całą zewnętrzną powłokę, wdziera się w każdą myśl i uczynek człowieka”. Niesprawiedliwie jest pewnie wrzucać ten skromny filmik do ringu z Dostojewskim, ale te słowa Marka Hłaski do pewnego stopnia pasują tu jak ulał (dokładnie – do momentu, od którego przestają pasować zupełnie). Człowiek Allena także jest monomanem, „wołającym z samego środka piekła o gwiazdę prawdy. Szuka jej w zbrodniach, własnej udręce, hulankach, miłości i cierpieniach”. Tyle że zajmuje się tym w godzinach pracy, a gdy zbliża się koniec zmiany, wraca do roli nudnego pragmatyka. Niedbale zmierza do sceny finałowej, by zdążyć na popołudniowy mecz baseballa. Gdzie świeci twoja gwiazda prawdy, Woody Allenie?