Duchy z roku owcy
Neil Slorance / CC BY-NC-ND 2.0

8 minut czytania

/ Literatura

Duchy z roku owcy

Zofia Król

Nieco staroświecko dziś brzmiąca dziennikowa forma zderza się w „Dzienniku roku Węża” Piotra Siemiona z ogromną prędkością z tym, co ze świata najświeższe, a dopiero nieznacznie dotknięte myślą

Jeszcze 2 minuty czytania

U schyłku stycznia 2014 pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna uderza w klawiaturę na dwudziestym drugim piętrze wieżowca w czeskiej Pradze. Nie patrzy za okno, na zmrożone miasto, jego wzrok jest utkwiony na ekranie laptopa, „rozmawia z duchami”. Duchy to rzecz jasna my, późniejsi czytelnicy; a facet jest pisarzem, który wiele lat temu wydał ze sporym sukcesem powieść, a potem jeszcze kolejną, jak sam uważa, ze znacznie mniejszym. „Dziennik roku Węża”, który pisze od lutego 2013, został szeroko rozpięty pomiędzy tymi dwoma elementami: codziennością, rozgrywającą się poza kadrem ekranu, i rytmem, który w zastępstwie pióra wyznacza pisarzowi kursor. Przy czym codzienność obejmuje nie tylko prywatne, rodzinne życie, którego w tym dzienniku i tak jest sporo – a najbarwniejsze wątki dotyczą malutkiego synka, rozwijającego się miesiąc po miesiącu na oczach czytelnika – ale i codzienność wspólną, związaną z polityką czy technologią. Rytm pisania z kolei nie ogranicza się do rozważań o tym, jak ustawiać osobny literacki głos, czy gdzie przebiega granica między chwilą przeżytą a chwilą zapisaną, ale jest stale zakotwiczony w zasadniczej wątpliwości, po co w ogóle pisać. Zwłaszcza w formie tak ekscentrycznej jak dziennik. 

Tymczasem upchnięcie tego wszystkiego między dwiema okładkami, na czterystu z grubsza stronach, jest możliwe właśnie wyłącznie dzięki dziennikowej formie, która pozostaje tu niezmieniona od czasów Gombrowicza, czyli w znakomitych proporcjach – identycznych z naturalnymi – splata kilka różnych poziomów świata, i kilka różnych poziomów samej osoby autora. Niektóre z tych momentów zostają szczegółowo rozpisane na drobiazgi, jak na przykład ten z czerwonym odkurzaczem, który „po zmianie worka znowu lepiej ciągnie” – i mimo wątpliwości, czy zasługuje na upamiętnienie, zostaje właśnie w tych wątpliwościach upamiętniony. Drobiazgowo odnotowywana codzienna krzątanina nasuwa podobieństwa nie tylko do „Dziennika” sprzed pół wieku, ale i do „Kronosa”. Przy czym porównanie do Gombrowicza nie jest tu pierwszą lepszą oczywistością, jaką o każdym dzienniku można by powiedzieć. Nie chodzi też o podkreślenie wybitności – choć nie mam żadnych wątpliwości, że Siemion napisał książkę wybitną – raczej o podobną w obu tych książkach intensywność wmyślenia, wyłapywania ze świata najświeższych wątków i poddawania ich bezlitosnej myślowej obróbce. Andrzej Stasiuk określa to lakonicznie na tylnej okładce, pisząc, że Siemion jest „czujny jak pies”. Sam autor zaś na kartach dziennika nazywa ten stan czujności „przebudzeniem” i podkreśla konieczność przebudzania się ciągle od nowa. Ironizuje także z tych, którzy nazywają się pochopnie już „przebudzonymi” i wykorzystując właściwą swojemu pisaniu giętkość akapitów, przeskakuje na inny, codzienny, związany z dziecięcym kwileniem kontekst nagłego przebudzenia, wcale nie tak odległy od tamtego. Codzienność, prosta życiowość okazuje się u Siemiona świetnym lekarstwem na literacki sentymentalizm i egzaltację, nie, jak zwykle się sądzi, czymś, co je wywołuje. Ilekroć rozważania, refleksje zajdą za daleko, autor „Dziennika roku Węża” ścina je sprawnym ruchem, przywołując listę swoich zakupów, sterczenie w korku albo niemowlęcą kupę.


Piotr Siemion, „Dziennik roku Węża”. Czarne, 408 stron, w księgarniach od lipca 2015Piotr Siemion, „Dziennik roku Węża”. Czarne, 408 stron, w księgarniach od lipca 2015Przede wszystkim jednak nieco staroświecko przecież dziś brzmiąca dziennikowa forma, dynamicznie rozgrywająca stany ducha i stany rzeczy, zderza się tu z ogromną prędkością z tym, co ze świata najświeższe, najbardziej aktualne, a dopiero nieznacznie dotknięte poważną myślą. I tak pojawia się oczywiście korporacja, znana Siemionowi z zawodowej pracy, czy inne współczesne problemy związane z ekonomią, wegetarianizmem, przemieszczaniem się. Rozmaite codzienne sprawy zostają rozpisane na subtelne i nienarzucające się analizy: jeżdżenia metrem („anihilacja przestrzeni pomiędzy punktami A i B”), kupowania na raty („porównuję modele, ślinię się”), chodzenia po Ikei („I jeszcze chaps! Hot dog za złotówkę. (…) Szczęście nie polega na aktywnej konsumpcji, tylko na aktywnym marzeniu o konsumpcji, której chwila być może kiedyś przyjdzie”). Pojawia się też rzecz jasna Facebook, i jest to chyba pierwszy w polskiej literaturze przypadek udanego wplatania facebookowych statusów – i komentarzy do tych statusów – w tkankę zapisków dziennikowych, a może w ogóle w tkankę literatury. 23 kwietnia autor zamieszcza na przykład na Fejsie „samojebkę” z Westerplatte i odnotowuje to także na użytek czytelnika „Dziennika”, tworząc coś w rodzaju podwójnego selfie. „Dziennik” jest jednak o tyle „samojebką” bardziej udaną niż społecznościowy profil, że autor pokazuje nam się w pełnej, zniuansowanej wersji, rozpisany na litery. W drugiej połowie roku Węża, we wrześniu, zmęczony sieciowym życiem, jak wielu, kompulsywnie będzie zmieniał pseudonim i zamykał konto. Obraz współczesnych istot zablokowanych za pudełkami laptopów, „mróweczek codziennie marszczących chitynowe czoła nad klawiaturą”, jest wyjątkowo trafny.

Słowa „facebook“ czy „ikea” należałoby tu pisać małą literą, bo stają się słowami pospolitymi, obejmującymi czynności najbardziej codzienne, typowe dla tego krótkiego wycinka czasów. Siemion nie raz podkreśla, jak ważne jest dla niego skupienie na teraźniejszości, dzisiejszości, „podskórna więź”, pozwalająca zrozumieć, czym jest właśnie ów „moment, w którym maszerujemy przez czas”. Nie tylko od swojego pisania, ale i w ogóle od sztuki wymaga, żeby było w niej „dużo o moim dzisiaj”, wiąże się to także ze stosunkiem do sztuki popularnej – którą należy traktować bez uprzedzeń, jako jeden z kilku możliwych horyzontów, na równi z horyzontem sztuki awangardowej. Dopiero na przecięciu tych perspektyw mogą powstawać rzeczy najbardziej wartościowe, bez ogródek korzystające z całego dostępnego spectrum. „Tylko z grzbietu opowiadanej historii albo z głębiny wygrywanej niechby i szyderczo melodii – co z tego, że skażonych banalnością i komerchą – możemy jak ze szczytu wzgórza ogarnąć horyzont swojego czasu”. Sztuka popularna staje się klejem, który trzyma przy dzisiejszości, nie pozwala na dalekie wycieczki ku rejonom jałowej refleksji.

I rok Węża, moment, w którym maszeruje przez czas Piotr Siemion, wykrojony przez niego jako teraźniejszość, rzeczywiście staje się głównym bohaterem tych zapisków. Nie chodzi o wiele więcej niż o to, żeby objąć umysłem kilka składających się na niego dni, wątków, złapać kilka tropów. W tym sensie sam autor przesuwa się w dzienniku na drugi plan, podobnie, wbrew pozorom, bywało i z Gombrowiczem. Żeby pisać, trzeba wyjść z własnej głowy, w której bywa zbyt bezpiecznie, „jak pod kołdrą” – tego właśnie Siemion uczył w październiku 2013 na warsztatach dla początkujących pisarzy, kiedy znad ośmiu laptopów unosiły się głowy i spoglądały na zmianę ku roztaczającemu się poza kadrem ekranu krajobrazowi i w biały prostokąt przed sobą. Dobrze ustawiony rytm podnoszenia i opuszczania wzroku staje się najważniejszą zasadą porządkującą dziennik. Trzeba przecież spojrzeć w najbardziej odpowiednim momencie, żeby dostrzec jeden z istotnych punktów dzisiejszości, jak choćby „sznury samochodów o zmroku, rzędy kół mieszających śnieg na breję w powolnym rytuale” w grudniu roku Węża, roku Konia i wielu innych teraźniejszych grudniach.