Festiwal czarnych koszul
fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

17 minut czytania

/ Muzyka

Festiwal czarnych koszul

Adam Wiedemann

Na festiwalu „Chopin i jego Europa” muzycy wyglądali, jakby przyszli prosto z domu. Na ekstrawagancję pozwolił sobie jedynie Lisiecki, który wystąpił w muszce w groszki i takichże skarpetkach. Inną widoczną modą było granie wszystkiego z nut

Jeszcze 4 minuty czytania

„Od Chopina do Skriabina”, taki podtytuł nosi tegoroczny Festiwal, co jest nieco mylące, gdyż Skriabin pojawia się w dawkach raczej symbolicznych, a znacznie silniej zaznacza swoją obecność choćby Andrzej Czajkowski (bohater aż dwóch koncertów), przy czym podtytuł „Od Chopina do Czajkowskiego” zabrzmiałby równie zwodniczo, wszyscy myśleliby pewnie, że chodzi o słynnego Piotra, może więc trzeba by zagrać utwory wszystkich trzech Czajkowskich: Piotra, Andrzeja i na dokładkę Borysa? Robi się z tymi Czajkowskimi taki sam problem, jak z Bachami i Straussami, stąd też zapewne w podtytule pojawił się Skriabin, który jest tylko jeden. Lecz mamy za to jeszcze drugi podtytuł: „Przed wielkim Konkursem”. Chodzi o zbliżający się Konkurs Chopinowski i tutaj zgoda: Festiwal został przez ów Konkurs nieco zdominowany, prawie codziennie w kościele Św. Krzyża grają na starym Erardzie jego polscy uczestnicy, są to w tym roku prawie sami chłopcy i nie wiem, co na to parytety, niemniej postanowiłem na chłopców nie chodzić, posłuchać ich sobie później, a teraz skupić się na gwiazdach, których nie jest wcale aż tak znowu mniej niż na poprzednich Festiwalach, mniej tylko koncertów z ich udziałem, więc ma się takie wrażenie, jak gdyby czegoś ubyło.

Alexandre Tharaud / NIFCAlexandre Tharaud / NIFCSwoje chodzenie postanowiłem rozpocząć od Alexandre'a Tharauda, którego artyzm podziwiałem już jedenaście lat temu w Krakowie, kiedy to grał Ravela. Tym razem program dobrany był nader wykwintnie, rozpoczynał go Mozart, acz osobom niezorientowanym mogło wydać się dziwne, czemu słuchają Bacha, i to takiego, jakby opracował go Schumann. Była to jednak Mozartowska (niedokończona) Suita KV 399, po której trzech jedynie częściach odczuwało się niedosyt i wręcz żal, iż jej autor nie postanowił jednak zostać kompozytorem barokowym, zwłaszcza że następująca po niej Sonata KV 331 była już tylko odegranym z wielką elegancją klasycystycznym evergreenem. Nie mniej przebojowy był kolejny punkt programu, a mianowicie Adagietto z Piątej Symfonii Mahlera, przetranskrybowane na fortepian przez samego Tharauda. Spodziewałem się tu Ravelowskiej finezyjności łączącej impresjonizm z klasycyzmem, jednak rzecz była zrobiona w duchu raczej Liszta i przywodziła na myśl jego transkrypcję „Miłosnej śmierci Izoldy” (Wagnera), jednocześnie wszak można było nareszcie usłyszeć, jak to cudeńko zostało naprawdę zrobione, ile w nim kompozytorskiej maestrii, która w lejącym się smyczkowym sosie może się zdawać czymś tak ponętnym, że aż zwykłym. Ta sama „niezwykłość zwykłego” panowała i w drugiej części recitalu, przy czym Fantazja f-moll op. 49 Chopina została odegrana tak sucho, iż zdawała się czymś zgoła nieudanym, zlepkiem niepasujących do siebie pomysłów. Inna sprawa w przypadku Sonaty op. 57 (też f-moll) Beethovena, stanowiącej (jak mi się zdaje) studium kobiecej histerii, o czym świadczą zarówno nieustające zabawy w krzyżowanie rąk, będące znakiem rozpoznawczym muzyki pisanej dla grających pań, jak też fakt, iż najlepszych nagrań tego utworu dokonały kobiety (Myra Hess i Annie Fischer), mężczyźni zaś są w nim albo szarżującymi smokami (Sofronicki, Richter), albo też usiłują okiełznać go przez sprowadzenie do „czystej muzyczności”. Glenn Gould stosuje tak wolne tempa, że zamiast szalejącej „Appassionaty” otrzymujemy obraz osoby na silnych lekach, Yves Nat z kolei podkreśla związki łączące tę sonatę z poprzedzającą ją F-dur op. 54, stara się więc ją „zażyć” od strony intelektualnej. Podobnie Tharaud przedstawił nam nie „Appassionatę”, lecz raczej esej o niej, wykonał ją z taką starannością, jak gdyby była jakimś obiektem laboratoryjnym, który trzeba obejrzeć ze wszystkich stron, a nawet prześwietlić. Co zresztą nie sprawiało bynajmniej, że stawała się mniej fascynująca, wręcz przeciwnie, Witold Hulewicz pisze, że panuje w niej „atmosfera groźnie przeładowana”, tutaj zaś wiele było powietrza i przestrzeni, w której nie „siły kłębiące się bez ujścia”, lecz właśnie najzupełniej mistrzowskie rozwiązania przykuwały naszą uwagę (nie nas wszystkich, gdyż panie siedzące za mną dość obcesowo śmiały się).

Z „atmosferą przeładowania” mieliśmy natomiast przyjemność zetknąć się na kolejnym koncercie, a ściślej mówiąc w Koncercie d-moll Wieniawskiego, za sprawą skrzypka Siergieja Kryłowa, który ze swoim wąsem i w postawie „przyczajonego zwierza” podobał się chyba wszystkim poza mną, no ale nie może podobać mi się Kryłow, skoro podobają mi się Ferras i Szigeti. Jego wirtuozeria, pełna ekspresyjnych przerysowań, może i dobarwiała nieco ów znany aż do bólu utwór, jednak w transkrypcji Toccaty d-moll BWV 565 Bacha wykonanej (na bis) w stylu „graj, piękny Cyganie” osiągnęła już wymiar autokarykatury. Mnie Siergiej Kryłow / NIFCSiergiej Kryłow / NIFCzresztą interesował przede wszystkim dyrygent, którym był Michaił Pletniow, cenię go jako pianistę (za Schumanna, Prokofiewa, Mozarta), więc ciekaw byłem, jak też prowadzi orkiestrę. W sensie widowiskowości okazał się wręcz antydyrygentem: przygarbiony, stojący niczym pulpit na złączonych nogach, wciąż jedynie wskazywał poszczególnym grupom instrumentalnym ich wejścia, w związku z czym grały one jak gdyby osobno, niczym nachodzące na siebie płyty tektoniczne, czego rezultat był zresztą zaskakująco dobry, już u Wieniawskiego dały się słyszeć efekty jak gdyby Brucknerowskie, tym bardziej więc zżerała mnie ciekawość co do Symfonii e-moll Karłowicza z podtytułem „Odrodzenie”. Nie ma ona charakteru renesansowego, lecz młodopolski, co jest pewną trudnością, gdyż nasza dzisiejsza wrażliwość nie odpowiada ówczesnej i skłonniśmy z niej wręcz szydzić (nawet autor tekściku w książce programowej pisze o „egzaltacji”). A jednak symfonia dała radę, okazała się wręcz sporą niespodzianką, nie przypominała bowiem Mahlera ani Straussa (Richarda), lecz... Fibicha, mojego ulubionego czeskiego romantyka, który przytłoczony Dvořakiem i Smetaną, skazany już jest jakby na swoje podrzędne stanowisko. A przecież jego Druga symfonia z jej archaicznie-nowoczesną motorycznością to jedno z najbardziej udanych dzieł stworzonych przez „szkoły narodowe”. Jej echa pobrzmiewały w utworze Karłowicza, zwłaszcza w śmiało synkopowanym scherzu i w finale, gdzie tak ważną rolę odgrywają kotły, że chwilami miało się wrażenie, jakby dyrygentem nie był przykurczony w sobie Pletniow, tylko stojący dumnie naprzeciw niego, gromowładny perkusista.

Wracając do recitali, z nie mniejszym zaciekawieniem poszedłem na występ Ivo Pogorelicia, niegdyś ulubieńca warszawskiej publiczności, dziś uchodzącego raczej za dziwadełko, które trzeba obejrzeć ze względów pozamuzycznych. Aczkolwiek wydoroślał, nie jest już nieustannie żującym gumę pięknym młodzieńcem, tylko postawnym mężczyzną ogolonym na łyso i ubranym we frak. Tak czy inaczej, sala pękała w szwach, by w czasie przerwy spektakularnie się opróżnić, na grę Pogorelicia wypada bowiem kręcić nosem jako na przejaw „wyrachowanej ekstrawagancji” (tych słów użyła Basia Kopeć, która zresztą w ogóle na niego nie przyszła). Tymczasem już pierwsze dźwięki Nokturnu c-moll dowiodły, że mamy do czynienia z pianistą wielkim, doskonale panującym nad instrumentem i jego brzmieniem, jak również nad formą utworu z jej tajemniczymi fluktuacjami emocji. Nokturny odegrane zostały dwa, przy czym podczas każdego odezwała się nasza nieodłączna komórka, za drugim razem (gdy towarzyszyła wybrzmiewającej pianissimo kodzie) rozśmieszając nawet samego Mistrza. Który następnie wziął się za Sonatę op. 58 (ostatnio gra ją chętniej niż tę op. 35, którą niegdyś zasłynął, co również możemy wziąć za objaw „wydoroślenia”), której część pierwszą i drugą zagrał z budzącą podziw precyzją i wręcz skromnością, po czym niestety w Largo coś się stało, dźwięki przestały się ze sobą wiązać, osiągając stan dziwacznego wręcz punktualizmu, wynikającego raczej nie z zamysłu, tylko z rozproszenia uwagi. Być może dlatego, że na balkonie jakaś pani zasłabła i trzeba było ją ratować.

fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

Druga połowa występu podobała mi się mniej, może też dlatego, że były w niej utwory, które nie bardzo lubię. Najpierw sonata Dantejska Liszta, o której winno się mówić raczej „Piekielna”, bo obejmuje swoim rozmachem jedynie pierwszą część „Boskiej komedii”. Wolę od niej symfonię Dantejską tegoż kompozytora (z jej czyśćcową fugą i niebiańskim finałem), a nawet Uwerturę-Fantazję Czajkowskiego (Piotra), są to utwory dojrzalsze i bardziej pomysłowe. Pogorelić podszedł do niej w sposób jak gdyby rutynowy, walił w klawisze i pędził po nich jak huragan, co mimo niewątpliwej wirtuozerii nie pomagało utworowi, wręcz przeciwnie, czyniło go ciężkim i niestrawnym. W domu puściłem sobie tę sonatę w ulubionym wykonaniu Aldo Ciccoliniego i okazało się, że jednak można ją grać ciekawiej i wykwintniej, bez nadwyrężania możliwości fortepianu. Pogorelić jest mistrzem wprowadzania „trzecich planów”, podkreślania ważności głosów traktowanych jako poboczne, tak też było w wykonanej z kolei Fantazji op. 17 Schumanna, gdzie owe pojawiające się znienacka „dopowiedzenia” miały charakter nieomal demoniczny (zwłaszcza po tym „diabelskim” Liszcie), niestety pianista przyzwyczaił się jakby do grania fortevivace, co w tym akurat utworze nie jest aż tak konieczne i gdybym miał się kłócić, wybrałbym jednak słyszaną niedawno interpretację Anderszewskiego. Reasumując, nie był to występ zły i na pewno nie ekstrawagancki, dawało się raczej wyczuć niepewność co do własnych decyzji artystycznych, co jakoś wiąże mi się ze śmiercią żony Pogorelicia, Alizy Kezeradze – co prawda od tego momentu minęło już prawie 20 lat, lecz jednak mam wrażenie, że pianiście doskwiera brak autorytetu i mentora.

Teraz pozwolę sobie na dygresję na temat mody, poza bowiem Pogoreliciem (we wspomnianym fraku) i Tharaudem (w szykownym garniturku) wszyscy nieomal artyści występowali w czarnych koszulach wpuszczonych w spodnie, można wręcz stwierdzić, iż był to „festiwal czarnych koszul”, co jakoś niezbyt korzystnie wpływało na estetykę wizualną występów. Ci muzycy wyglądali po prostu niezbyt uroczyście, jak gdyby przyszli prosto z domu, i jakby ta czerń już załatwiała sprawę. Na ekstrawagancję (zresztą „systemową”) pozwolił sobie jedynie Jaś Lisiecki, który jak zwykle wystąpił w białej koszuli ze stójką, muszce w groszki i takichże skarpetkach, a zatem wciąż ubrany „na cudowne dziecko”, choć to już duży chłopak... Kolejna moda to granie wszystkiego z nut, wprowadzona niewątpliwie przez Światosława Richtera, obecnie wszakże wydająca się skutkiem wikipedyzacji i związanego z nią kryzysu pamiętania. Co ciekawe, nie ustaliły się jeszcze reguły obecności na estradzie owych przewracających nuty osób, dochodziło więc nieustannie do zabawnych qui pro quo, nie wiadomo wciąż bowiem, kto kiedy ma wyjść, co robić w trakcie ukłonów etc. Osoby te traktowane są zatem jako „niewidzialne”, w związku z czym stają się widzialne w dwójnasób (pianista w czarnej koszuli na tle rozpoetyzowanej studentki i jej leginsów), jedynie Pogorelić grał jak gdyby tylko dla tego chłopaka, który przewracał mu (nieustannie sprawiające jakiś kłopot) kartki partytur, wdawał się z nim w pogawędki i po każdym utworze spoglądał nań z oczekiwaniem aprobaty.

„Od Chopina do Skriabina”11. Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Chopin i jego Europa. Od Chopina do Skriabina”. Warszawa, 15–29 sierpnia 2015 Z pamięci grała natomiast Akiko Ebi, co jej się bardzo chwali, podobie jak chwali się Festiwalowi, że zaprasza takich skromnych i nieco już zapomnianych artystów jak ona. Ja ją akurat pamiętałem z Konkursu Chopinowskiego w 1980, gdzie zwróciła moją uwagę wyjątkowo nudnym wykonaniem Andante spianato i Poloneza op. 22, byłem więc ciekaw, jak też się od tej pory rozwinęła. Rozpoczęła swój występ od jakichś wariacji Mozarta i wykonała je po prostu bardzo źle. Jak ktoś się bierze za Mozarta, powinien umieć rozwiązać tryl, zrobić szybciutką repetycję i usiać całość niemal niezauważalnymi, a w każdym razie niewymuszonymi mordentami. Ebi nic z tego nie umiała, grała tak po szkolnemu, że aż zęby bolały, i oczywiście ciągnęło się to w nieskończoność. Potem nadeszły dwa utwory Liszta, z których pierwszy był równie piorunująco nieciekawy, drugi wszak (słynne „Funeralia”) zaskoczył pełną wigoru zaciętością, z jaką pianistka wzięła go za rogi. Potem co prawda zdawała się wykończona, lecz też robiła sobie z tego żarty, niezła z niej bowiem wesolutka śmieszka. Nie wiedzieć zatem czemu wybrała na swój występ tyle żałobności, bo nie tylko ten Liszt, ale i Sonata b-moll Chopina, ta ze słynnym marszem. Nie nadawała się do tego ani trochę, choć wystąpiła oczywiście w czerni, ale też w sukni tak fikuśnej, że nie ośmielę się tu jej opisać; kiedy w niej szła, wydawało się, że jedzie na wrotkach. Druga (chopinowska) część recitalu dowiodła, iż jest ona specjalistką od nastrojów spokojnych, pastelowych, zwłaszcza Trzecia ballada obfitowała w rozliczne piękności, subtelne frazowania, rozbłyski i zamglenia. Potem jednak nadeszły bisy i wtedy, po paru „wypoczynkowych” miniaturkach, rozchichotana pianistka (śmieszyły ją nawet kwiaty) rzuciła się nagle na Scherzo b-moll, ów fortepianowy tour de force, by wykonać je z takim wigorem, jakby dopiero co zasiadła do instrumentu. Mogła tym scherzem uraczyć nas zamiast Mozarta, ale też – z drugiej strony – ta jego niespodziewaność sprawiła, że wyszedłem z koncertu całkiem kontent, choć początkowo miałem chęć go wygwizdać.

Nie pamiętam natomiast, co zagrał na bis Louis Lortie, tak mnie ten jego występ zmulił; pianista zaprezentował dwa cykle Preludiów, Chopina i Skriabina, zdążyłem tylko na ten drugi, lecz nie zmartwiło mnie to wcale, zlewały się te preludia w ciąg niezróżnicowanych plumkań bez żadnej narzucającej się słuchowo koncepcji (ja zaś wyhodowany jestem na wyjątkowo analitycznej interpretacji Igora Żukowa). To samo muszę niestety powiedzieć o wieczorze pieśni Schumanna, które śpiewał Matthias Goerne z Piotrem Anderszewskim przy fortepianie. Głos tego barytona jest istotnie przepiękny, głęboki i wyrównany na całej skali, ale ileż można przysłuchiwać się samemu brzmieniu? Przypomniał mi się występ Christopha Pregardiena, który przed paru laty wykonywał te same (mniej więcej) pieśni i każda z nich była małym dramatem, przeniesieniem w całkiem inną sytuację. Goernemu zabrakło aktorskiej iskry, a i jego znakomity akompaniator też zbytnio ograniczył się do roli tła. Truls Mørk ze wspomnianym już Jasiem Lisieckim tworzyli natomiast parę raczej komediową, tak do siebie nie pasowali i tak (wizualnie) znosili się nawzajem. Wolałbym tego występu słuchać z płyty, wtedy zapewne by mi się podobał, bo od strony czysto muzycznej nic mu zarzucić nie mogę, wyjąwszy może zbytnią zgodność, jak gdyby obaj soliści-kameraliści mieli już wszystko tak dokładnie ze sobą przedyskutowane, że nawet zadysponowane przez kompozytorów elementy konfliktu uzyskiwały pozór przyjacielskiej pogawędki.

Muszę natomiast poświęcić jeszcze nieco miejsca wieczorowi dwóch sonat altówkowych, pierwszej nowo odkrytej, drugiej – nowo napisanej. Zostały odegrane absolutnie znakomicie przez Krzysztofa Chorzelskiego i Macieja Grzybowskiego, choć w przypadku prawykonań mówienie o absolutnej znakomitości jest może sprawą dyskusyjną. Podczas festiwalu „Chopin i jego Europa” prawykonania zdarzają się raczej rzadko, acz w tym przypadku był to strzał w dziesiątkę, usłyszeliśmy utwory arcyciekawe, acz diametralnie różniące się między sobą. Sonata Czajkowskiego (Andrzeja) powstała w połowie lat 50., tuż po panującym w naszej muzyce epizodzie socrealistycznym. Jej autor był raczej pianistą o kompozytorskich ambicjach, opublikował zaledwie kilka żmudnie pisanych opusów. Utwór, o którym mowa, został odnaleziony przez Grzybowskiego w skrzyni; po wstępnym odsłuchu wydaje się, że mógłby powstać równie dobrze w latach 30., przypomina bowiem dzieła kameralne tworzone wówczas przez innych znakomitych wykonawców, jak Furtwängler bądź Schnabel, jakkolwiek przewyższa je swoją – nadmierną wręcz – pomysłowością i zróżnicowaniem, gwałtowne klastery sąsiadują tu z hiperwirtuozowskimi biegnikami wziętymi jakby wprost z Koncertu skrzypcowego Schumanna, który zresztą dopiero w tamtych czasach doczekał się prawykonania, był więc w pewnym sensie „nowinką”. Należy dodać, że nie jest to jakieś młodzieńcze byle co, trwa 35 minut i bezustannie przykuwa uwagę, acz od strony formalnej wprawia też w rodzaj zagubienia.

Sonata Pawła Szymańskiego wręcz przeciwnie, formalnie jest bardzo jasna i przypomina szereg wcześniejszych dzieł tego kompozytora, zwłaszcza jego Partity. Część wstępna obejmuje ileś kontrapunktycznych epizodów (przerywanych „stojącym” dźwiękiem fortepianu), których novum stanowi findesiecle'owo-tingeltanglowy charakter tematu; część główna w swojej adagiowości wspina się na wyżyny jakichś mistycyzmów, przy czym dopadła mnie myśl, dlaczego zarówno rozrywkowość, jak i mistyczność objawiają się zawsze w ten sam sposób, ta powtarzalność wszystkiego (na gruncie historii ludzkości) zaczyna mnie pomału martwić. Tak czy owak, wychodząc z koncertu, miało się satysfakcję z usłyszenia kolejnego świetnego utworu naszego wielkiego kompozytora. Nic tu już więcej nie napiszę, poszedłbym chętnie na kolejne koncerty (zwłaszcza Gabetty i Bożanowa), ale niestety muszę zmierzać do zimnych krajów, odpocząć od tutejszego upału, spotkamy się znowu jesienią.