Stosunki polsko-amerykańskie

7 minut czytania

/ Film

Stosunki polsko-amerykańskie

Jakub Socha

Polscy żołnierze w filmie Łukaszewicza nie mówią: „napierdalaj”, tylko „strzelaj”. Ogólnie, to dobre chłopaki, ale – mimo że aktorzy się starają – nieciekawe, pozbawione życia

Jeszcze 2 minuty czytania

Jest w tym jakaś nieodparta logika – ktoś powie, że to po prostu sprawiedliwość; ktoś, że ironia – niedoinwestowana misja stabilizacyjna, na którą ponad dziesięć lat temu pojechali do Iraku Polacy, zamienia się po dekadzie w niedoinwestowane kino. A przecież to nie jedyny problem z produkcją Krzysztofa Łukaszewicza. Tak jak i tamto wydarzenie – dwuznaczną i wcale nie wiem, czy potrzebną (czy zostaną zbite na niej równie wielkie kokosy jak na irackich kontraktach, to się jeszcze okaże). Tak tu, jak i tam założenia były ambitne – miało być wreszcie po amerykańsku, czyli profesjonalnie i na bogato. W książce reportażowej „Karbala” Piotra Głuchowskiego i Marcina Górki – która opowiada nie tylko o akcji będącej rdzeniem filmu Łukaszewicza, ale też o innych działaniach w Iraku i Afganistanie, w jakich uczestniczyli Polacy – żołnierze opowiadają, że na ich filmowej liście tytułów oglądanych przed wylotem na misję niepodzielnie rządził „Helikopter w ogniu” Ridleya Scotta. Kilkadziesiąt stron dalej Łukaszewicz opowiada, że on sam chciał nakręcić właśnie polską wersję „Helikoptera w ogniu”. Można powiedzieć: udało się. Jest to bez wątpienia polska wersja – dokładnie tak samo jak Honker jest polską wersją amerykańskiego Humvee.

Jedno dopełnienie dla nieobeznanych z tematem: „Helikopter w ogniu” opowiada o bitwie w Mogadiszu, w której poległo 18 Amerykanów i około 1000 Somalijczyków, o czym informuje czarna plansza przed napisami końcowymi. Jak słusznie uważa znajomy, film Scotta wygląda jak film o polowaniu Amerykanów na zombie, a nie o walce między ludźmi. Przeciwnik jest tu tylko mięsem armatnim – rozwścieczoną i dziką, znajdującą się w amoku, anonimową masą, dowodzoną przez przesadzonego potwora. Wcielenie czystego zła. Amerykanie to zupełnie co innego: doskonale wyszkoleni zabójcy, kulturalni bariści, subtelni analitycy idei, jaką jest wojna, niepozbawieni twarzy i empatii, z goryczą spoglądający na polityków, którzy wrzucili ich w piekło, ale gotowi zrobić wszystko, by iść z pomocą temu, kto wpadł w łapy szatana.

W tym doskonałym kinie propagandowym – wspaniale sfotografowanym przez Sławomira Idziaka – nie ma tak naprawdę jednego bohatera, Scott prowadzi równolegle kilka wątków, które co jakiś czas się zazębiają. Nie inaczej miało być w „Karbali”, skończyło się jednak na dwóch wątkach: Kalickiego, dowódcy zjednoczonych sił polsko-bułgarskich, która w kwietniu 2004 roku odparła atak na City Hall – siedzibę nowo powstałych władz lokalnych i policji, oraz niejakiego Kamila, szeregowego sanitariusza, który najpierw zostaje oskrażony o tchórzostwo na polu walki, a następnie, zupełnie przez przypadek, znajduje się na terenie opanowanym przez rebeliantów. Poza nimi pojawiają się: agent WSI w arafatce, dowódca, który miał już rzucić papierosy, ale nie rzuca, bo życie jest takie uciążliwe, dwóch braci, z których ten młodszy przyjechał do Iraku z zośką – w pełnym słońcu ładnie ją sobie podbija. Jest jeszcze oficer-służbista, którego nagle dopada syndrom stresu pola walki – stupor, niemożność wykonania jakiegokolwiek ruchu. No i oczywiście anonimowy tłum, do którego wali się ze wszystkiego, co jest pod ręką. Końcówka ewidentnie też wzorowana jest na amerykańskim filmie. Gdy jednak porównać te dwie produkcje – polska wygląda przy tej amerykańskiej jak kajak przy Darze Pomorza.


To musiało się tak skończyć, skoro Karbalę udają opuszcozne hale FSO na Żeraniu. Na pierwszy rzut oka widać, że brakuje tu pieniędzy, tak samo jak brakowało ich polskim żołnierzom, którzy w Iraku mieli do dyspozycji przestarzały sprzęt (pojazdy trzeba było wzmaciać workami z piaskiem i dospawanymi na miejscu blachami). Nie widać tych 50 żołnierzy, którzy w rzeczywistości bronili City Hall, nie widać ich ciężkiego sprzętu, wojenna zawierucha sama w sobie nie jest też zbyt intensywna. Krew i mięso, pokawałkowane, rozerwane przez pociski ciała – obrazy, które noszą w sobie i o których mówią bohaterowie książki Głuchowskiego i Górki, są praktycznie nieobecne. Wojenna groza została ugładzona, horror został wypchnięty poza kadr, tak samo jak chociażby przekleństwa. Polscy żołnierze w filmie Łukaszewicza nie mówią: „napierdalaj”, tylko „strzelaj”. Ogólnie, to dobre chłopaki, ale – mimo tego, że aktorzy się starają (Topa, Lichota, Żurawski) – nieciekawe, pozbawione życia.

Nie udaje się oddać tego, co było esensją „Helikoptera w ogniu” – wspólnoty, braterstwa, czegoś intensywnego, co zawiązuje się na froncie między żołnierzami. W „Karbali” wszyscy w zasadzie pozostawieni są sami sobie, nikt nawet nie kładzie dłoni na barku żołnierza, który został wyrwany z rąk porywaczy. Żadnego gestu, żadnej empatii – strzelamy! Strzelają, prawie przez dwie trzecie filmu, ale co z tego? Inscenizacja jest toporna, dramaturgicznie całość się rozłazi – zamiast rozwijać trudny wątek tchórzostwa sanitariusza, reżyser i zarazem scenarzysta szybko rzuca mu koło ratunkowe – jemu też pozwala zostać bohaterem. Wymijając wszystko, co trudne, Łukaszewicz biegnie na skróty do triumfalnego finału, w którym na maszcie ratusza zostaje zawieszona sfatygowana, zniszczona, ale za to polska flaga. Ten obrazek jest więcej niż absurdalny, choć w sumie dobrze pokazuje, że cała ta misja stabilizacyjna była po prostu misją okupacyjną.

„Karbala”, reż. Krzysztof Łukaszewicz„Karbala”, reż. Krzysztof Łukaszewicz. Polska 2015, w kinach od 11 września 2015
To jednak dzieje się trochę niechcący, trochę na przekór intencjom reżysera, który dwójce reporterów powiedział, że chciał nakręcić rzecz pozytywną, z pozytywnym przesłaniem. Swoją decyzję tłumaczył tak: „Amerykanie swe wczesne filmy o Wietnamie zrobili o odwadze żołnierzy, a dopiero potem powstał «Urodzony 4 lipca»”. W tym tłumaczeniu jest jakaś logika, ale, jak wszystko co związane z „Karbalą”, jest ona kulawa. Jasne, „Urodzony 4 lipca” powstał w 1989 roku, ale już na przykład „Łowca jeleni” Cimino – jeden z najmocniejszych filmów antywojennych o Wietnamie – miał swoją premierę ponad dekadę wcześniej. Więc to wszystko nie jest takie proste – bohaterstwo też nie jest, bo czy ci, którym nie udało się obronić ratuszy w Al-Kucie i An-Nadżafie, byli mniej bohaterscy od tych z Karbali? Czy naprawdę aż tak bardzo trzeba się chwalić faktem, że polskiemu oddziałowi udało się zabić stu przeciwników przy zerowych stratach własnych na wojnie, która została oparta na kłamstwie i w zasadzie niewiele dobrego przyniosła ponad to, że część naszych żołnierzy mogła wreszcie postrzelać do ludzi zamiast do tarcz? Jedno jednak widać jak na dłoni – ciągle jesteśmy średnim krajem, który marzy o wielkości, a raczej o tym, żeby być Ameryką. I ciągle nam się nie udaje. Jaka szkoda.