Mapa i terytorium
Marlena Jabłońska, "Nierozpoznane przybycie"

9 minut czytania

/ Sztuka

Mapa i terytorium

Anka Herbut

Tegoroczny TIFF można potraktować jako próbę mapowania polskiej fotografii. Jak daleko jej do trupa?

Jeszcze 2 minuty czytania

Wrocławski festiwal fotografii TIFF ma już pięć lat. Nie wypracował jednak jednej zasady programowej – formuła zmienia się w zależności od tematów kolejnych edycji. W tym roku była to polska fotografia współczesna. „Polska NOW! Fotografia, która jeszcze nigdy nie była w lepszym momencie”, jak pisze dyrektor festiwalu Maciej Bujko. Fotografia, która może właśnie umiera, jak zakłada kurator jednej z wystaw, Adam Mazur. Fotografia w pozytywnie rozumianym kryzysie, jak ta z wystawy Jakuba Śwircza. Oraz fotografia, która od kilku lat bardzo prężnie funkcjonuje w photobookach, wydawnictwach selfpublishingowych i zinach – sporo można ich zobaczyć na kuratorowanej przez Franka Ammera wystawie „Mapy”. Obydwie wspomniane wystawy zaprezentowano w Galerii BWA Awangarda i w zasadzie obydwie przeczą tezie o rzekomym trupie polskiej fotografii. Tegoroczny TIFF można potraktować jako próbę mapowania zjawiska, rozeznania się w terenie i komparatystycznego ujęcia rozmaitych jego obrazów. Jako retoryczne pytanie o definicję współczesnej polskiej fotografii – bo czy w ogóle da się ją dzisiaj zdefiniować? Jeśli się da, to jak daleko jej do trupa? A jeśli nie, to czy nie to jest w niej właśnie najciekawsze? W galerii SiC! można w ramach TIFF-u zobaczyć wystawę „Kryzys jest tylko początkiem”. No, tak. Kryzys jest początkiem. 

TIFF Festival 2015

03–13.09.2015 | Wrocław

„Wyborny trup fotografii polskiej” Adama Mazura odnosi się do ulubionej gry surrealistów cadavre exquis (wyrafinowany trup), której uczestnicy tworzą kolejne elementy obrazu, kolażu czy zdania, znając fragment poprzedzający ich działanie, ale nie znając kontekstu całości. Mazur stworzył dwanaście takich trupów, każdorazowo wskazując jedynie pierwszego fotografa cyklu i pozwalając na to, by ten wyznaczył następnego, a następny – kolejnego. Zaproponowana fotografia miała się zawsze odnosić do tej, która ją poprzedzała – w temacie, formie, kadrze, detalu. Miały konotować. Przejmować pałeczkę. W dowolny sposób. W przypadku, gdy któryś z fotografów nie odpowiedział na zaproszenie do gry lub gdy propozycja poprzednika nie dawała mu impulsu do reakcji, trup umierał śmiercią naturalną. Niektóre kończyły się, zanim jeszcze się zaczęły, ale i te zaprezentowane zostały na wystawie. Jednym z nich jest fotografia Zuzy Krajewskiej, na którą nie odpowiedział Paweł Bownik. Inną – zdjęcie Romana Dziadkiewicza. Zdjęcia odrzucone. Albo: zdjęcia osobne.

„Wyborny trup fotografii polskiej”„Wyborny trup fotografii polskiej” / galeria Awangarda BWA Wrocław

Są w BWA świetne prace Wojtka Skrzypczyńskiego, Łukasza Wierzbowskiego, Łukasza Rusznicy, Ernesta Protasiewicza i Mikołaja Długosza, Szymona Rogińskiego czy Krzysztofa Pijarskiego. Są też zdjęcia gorsze. Nie szkodzi. Nie o same zdjęcia tutaj chodzi. W swojej koncepcji kuratorskiej Mazur nawiązał do „Antologii fotografii polskiej” Jerzego Lewczyńskiego, sprawiając tym samym, że jego wystawa stała się aktualizacją wydanej dwadzieścia lat temu książki. Najważniejsza i podstawowa zmiana zachodzi tutaj jednak już na poziomie doboru artystów: nie ma miejsca na arbitralną decyzję kuratora, który miałby zarysować subiektywną mapę polskiej fotografii. Efekt jest nieprzewidywalny tak dla uczestników, jak i dla organizatorów i dla kuratora. Środowisko fotograficzne zaprezentowane na wystawie wytworzyło się oddolnie. Nieoficjalnie. Na skrzyżowaniu relacji zawodowych i prywatnych, w sieci powiązań, wzajemnych inspiracji, nawet animozji. Możemy prześledzić, kto kogo zaprosił do wystawy, jak zawiązywał się myślowo-wizualny dialog, kiedy się kończył i dlaczego. To fascynujące. Mniej fascynujący był natomiast plotkarski tryb oprowadzania kuratorskiego, podczas którego relacje między obrazami rozpatrywane były przez pryzmat relacji między fotografami. I podczas którego niepotrzebnie padało wiele nazwisk otoczonych prywatnymi kontekstami. Niepotrzebnie i bez sensu.

W galerii SiC! BWA Wrocław zaprezentowano kuratorowaną przez Jakuba Śwircza wystawę „Kryzys jest tylko początkiem”. Kryzys jest tutaj jednak rozumiany nie tyle jako koniec, co jako przesilenie, punkt zwrotny, moment tuż przed podjęciem decyzji. Jako grząski grunt, dający raczej impuls do poszukiwania nowych dróg stabilizacji niż wieszczący rychłe zatonięcie. Jako kategoria poznawcza, brak jednoznacznej definicji traktująca jako walor, a nie wadę. Można tu zobaczyć fotografie dyskutujące z własnym medium, niepoddające się kastrującym definicjom, przełamujące schematy patrzenia. Ciężko je sklasyfikować jednoznacznie, blisko im do rzeźby czy obiektu przestrzennego, instalacji, scenografii, obrazu wideo. Nie tylko w formie, ale i w języku, jakim operują. Dystopijne, malarskie prace Filipa Berendta ujawniają sytuacje, w których obiekty potraciły swoje funkcje i którym nadać trzeba nowe cele i znaczenia, nowe sensy nadając również światu. Za pomocą głębi powierzchni organizującej jej prace, Anna Orłowska flirtuje z przyzwyczajeniami zdeterminowanej ramami gatunkowymi percepcji, zachęca do krzyżowania narzędzi poznawczych, do przerzucania ich między różnymi polami sztuki. Wszystkie prezentowane na wystawie fotografie są zresztą prowokowane do dialogowania z widzem i ze sobą nawzajem. Widz prowokowany jest do tropienia oraz nazywania nowych form materialności, krystalizujących się pomału tam, gdzie problematyczna tożsamość staje się atutem. Kryzys jest aż i tylko początkiem.

1. Anna Orłowska, „The Hole”, 2012 ; 2. Ewa Axelrad, „Warm Leatherette, Fluids #1”, 3. Agata Madejska, „From-now-on-Folly”, 2014 / galeria SiC! BWA Wrocław

Mocną propozycją TIFF-u okazała się także sekcja Debiutów – w szczególności zaś „Nierozpoznane przybycie” Marleny Jabłońskiej w galerii fotografii Miejsce przy Miejscu i prezentowany w Galerii Shopiq photobook Katarzyny Wąsowskiej „Don't draw map of the comet”.

Wystawa Jabłońskiej już samym swoim tytułem odnosi się do książki rosyjskiego strukturalisty Władimira Proppa, który badając w początkach XX wieku baśnie, wyznaczył w nich 31 następujących po sobie funkcji – zasad rzeczywistości. Funkcja nr 23 to Nierozpoznane przybycie bohatera czyli moment, w którym po długim czasie nieobecności powraca on do domu, nie zostaje rozpoznany i działa anonimowo. Zapożyczając strukturę narracji od Proppa, Jabłońska wraca do swojego rodzinnego domu i próbuje wymienić zapisane w pamięci obrazy na te zapisywane za pomocą medium fotograficznego. Baśń traktuje jako narzędzie, pozwalające na wypróbowanie świata, przetestowanie go – po 23 funkcji wszystkie kolejne w systematyce Proppa niosą pozytywne rozwiązanie. Okazuje się jednak, że wspomnień, zapamiętanych obrazów nie można zmienić. Kształtują nasze myślenie mocniej niż przydane z zewnątrz struktury. Kuratorzy Łukasz Rusznica i Beata Bartecka ujęli zdjęcia Jabłońskiej w równoboczne, ciemnobrązowe, drewniane ramy. Czasami ramy otaczają obraz, czasem wyklejony na ścianie pod zdjęciem obraz otacza ramy. Tak samo nachodzą na siebie funkcje w klasyfikacji Proppa. Podobnie przenikają się fragmenty zapamiętanych historii. Dodatkowo wszelkie prześwietlenia, zmiany odcienia czy świadome ścinanie części kadru stają się nie tylko zabiegiem formalnym, ale wpływają na rozumienie historii zapisanej w sekwencji zdjęć. Las, który budzi strach; brama, przez którą należy przejść; przedmioty i fragmenty krajobrazu kadrowane tak, że zaczynają w naszej wyobraźni funkcjonować jak plamy Rorschacha. Super. Bo historia zapisana w tej wystawie należy do Jabłońskiej, a baśń nie należy do nikogo albo należy do wszystkich.

Marlena Jabłońska, Nierozpoznane przybycie, Miejsce przy MiejscuMarlena Jabłońska, „Nierozpoznane przybycie”, Miejsce przy Miejscu

Kategoria domu – choć rozumiana zgoła odmiennie – jest silnie obecna również w photobooku / wystawie „Don't draw map of the comet” Katarzyny Wąsowskiej. Pięknie wydany album prezentowany w malutkiej galerii Shopiq we wrocławskiej Dzielnicy Czterech Wyznań opowiada o nomadyzmie i jego emocjonalnych konsekwencjach. O zagubieniu, rozmyciu granic – także tych wyobraźniowych, estetycznych czy formalnych. Jej zdjęcia są bardzo delikatne. Czasem prześwietlone, innym razem skupione na jednostajnie wyprojektowanym przez naturę detalu. Układ kręgów i linii na wodzie. Kilka pozornie takich samych zdjęć ciemnego lasu. Niebo gęsto pokryte ptakami. Wąsowska przez dziesięć miesięcy podróżowała, dokumentując życie swoich przyjaciół i znajomych poznanych podczas prac sezonowych przy zbiorach owoców w Europie. Ludzi, dla których zmiany planów nie są przeszkodą czy skutkiem ubocznym, ale celem. Pod koniec albumu na półprzeźroczystych kalkach rozrysowała trajektorie ruchu bohaterów swojej narracji. Bez mapy. Od jednego punktu do drugiego i kolejnych. W ten sposób wokół każdego przemieszczającego się punktu powstała siatka kierunków, przemieszczeń, powrotów. Nie wiadomo gdzie jest teraz punkt. Wiadomo, że jest w ruchu. Wiadomo, że jest dynamicznie. Że sporo się dzieje.