Najprzyjemniejsi w Polsce
fot. Michał Wandzilak

22 minuty czytania

/ Muzyka

Najprzyjemniejsi w Polsce

Rozmowa z Dariuszem Dudzińskim

Sto razy proponowałem Świetlickiemu, żebyśmy coś zagrali razem, aż w końcu się zgodził. W Najprzyjemniejszych jest luz: gra coś z komputera, grają koledzy, jak się rąbnę, to się nie wywali

Jeszcze 6 minut czytania

 Elbląg, sobota, 16 maja, godziny popołudniowe. Tawerna nad brzegiem kanału. Muzycznym tłem jest radio akopaniujące wędkarzowi na drugim brzegu: najpierw disco polo, potem rock. Rozmowa toczy się na zaaranżowanej plaży. Zaczynamy przy dźwiękach dzwonu z kościoła, też na drugim brzegu.

TOMASZ SWOBODA: Dlaczego zgodziłeś się grać ze Świetlickim? Piszesz, że Najprzyjemniejsi to pierwszy zespół, do którego zostałeś przyjęty.
DARIUSZ DUDZIŃSKI
: Jako gitarzysta. Bo wcześniej różni tam słyszeli, że gram na perkusji, a moje umiejętności gitarowe nie wzbudzały dotąd szacunku ani entuzjazmu.

Dopiero Świetlicki się pierwszy poznał na twoim talencie?
To znaczy: sto razy proponowałem Świetlickiemu, żebyśmy coś zagrali razem, ale on zawsze znajdował wymówkę albo zrywał znajomość, aż w końcu się zgodził.

Czyli to jednak ty założyłeś zespół? Tym samym obalasz moją podstawową tezę, ale będzie tym ciekawiej.
Co jakiś czas podsyłałem mu jakieś swoje nagrania, jemu się podobało i w pewnym momencie zapytał, czy może puścić to klawiszowcowi Świetlików. I jemu też się spodobało, co mnie zdziwiło, że takiemu młodemu człowiekowi może się podobać coś takiego.

Wandzilak nie jest chyba taki młody?
Rocznik 89.

Trasa koncertowa Najprzyjemniejszych

Warszawa, Klub Hydrozagadka – 24.09
Rzeszów, Underground Pub – 25.09
Kraków, Piękny Pies – 26.09
Częstochowa, Centrum Promocji Młodych, festiwal Czytaj! – 27.09

Więcej informacji: https://www.facebook.com/najprzyjemniejsi?fref=ts

Najprzyjemniejsi powstali jako projekt korespondencyjny w 2014 roku. Zespół pierwszy koncert zagrał w lutym 2015 roku w Krakowie. W kwietniu ukazała się płyta „Wzięli i zagrali”. Skład: Marcin Świetlicki (wokal, kazoo), Dariusz Dudziński (wokal, gitara, perkusja), Michał Wandzilak (perkusja, instrumenty klawiszowe). Zespół okazyjnie wspiera aktorka i wokalistka Julia Kamińska..

Wygląda starzej.
Dojrzały jak na swój wiek jest. Kiedyś wystąpili we dwóch na Festiwalu Brunona Schulza. Taki performans: pokazywanie starych fotografii (jedna z nich jest na okładce Najprzyjemniejszych), Wandzilak coś gra, Świetlicki coś improwizuje, co jest komentarzem do fotografii. No i potem Świetlicki do mnie: zgraj się z naszym klawiszowcem, on coś tam dogra do twojej muzyki. Ja postawiłem warunek: dobra, ale ty będziesz śpiewał. On się pół godziny zastanawiał, ale jakoś poszło. Mogę się tylko domyślać, że w Świetlikach jest jakaś część potencjału twórczego ich dwóch, która nie ma może ujścia…

Ale pierwszy twój kontakt ze Świetlickim to malunek, który znalazł się na okładce kasety Przyzwoitości? Ty go poprosiłeś, a on się o dziwo zgodził?
Tak, i chyba nawet nie żałował. Wiem, że wykonywał później moje dwie piosenki, ja się na to zgodziłem: „Wzięli i zabili” i „To są filmy o miłości”. Ale nie słyszałem, jak to robi.

Piosenka „Wzięli i zabili” jest też na płycie Najprzyjemniejszych, tak samo jak „Zespół”.
Ale muszę zaznaczyć, że to nie była moja inicjatywa.

Czyli Najprzyjemniejsi grają covery Przywoitości.
Dla mnie najciekawszym doświadczeniem jest i tak to, że gram na gitarze i mam perkusistę – pierwszy raz w życiu.

Ale grasz tu też na perkusji.
Całkiem sporo. Programowanych bębnów jest mało: są tylko w „Skrzyżowaniu” i w „Grzmotylu”. A tak wszystko zagrane albo przynajmniej zapętlone własnoręcznie.

Ale w najlepszym na płycie „Gorylionie” grasz ty?
Tak, dwie partie: akustyczną i elektroniczną, choć to nie za bardzo słychać. Tu też się kłóciliśmy o to, czy to musi brzmieć tak lo-fi. Ale w końcu brzmi.


Zmiana scenerii. Kawiarnia w podziemiach świeżo zbudowanej elbląskiej starówki. W tle radio z przebojami.

Wróćmy jednak do mojej tezy, którą obaliłeś. Myślałem, że cię prosili, żebyś zgodził się grać w tym zespole, ty się zgodziłeś, a mnie zdziwiło, że się zgodziłeś, bo dewizą Przyzwoitości jest to, że ten zespół jest znany z tego, że jest nieznany. Tymczasem Najprzyjemniejsi są na razie znani z tego, że są znani.
Cóż, troszkę mnie zmęczyło jednak bycie w undergroundzie undergroundu. Druga sprawa jest taka, że narosło mi jednak trochę nowego materiału i różnych pomysłów. W którymś momencie zaopatrzyłem się w multiefekt gitarowy, który miał funkcję loopera: Digitech któryś tam z rzędu. To kompletnie zmieniło mój sposób komponowania i tego zupełnie nie dało się przekuć w piosenki Przyzwoitości. Część tego materiału jest na „Być bezużytecznym” – płycie, która trochę się różni od tego, co wcześniej robiłem. Kilka pętli podesłałem mailowo Świetlickiemu i Wandzilakowi, żeby zobaczyli, czy to im po drodze, a oni na to: toś nam brat, fajna, taneczna muza. I tak zostało.

Czyli stwierdziłeś, że do pętli by ci się przydał Świetlicki. Dlaczego on?
Nie było specjalnego wyboru. Nie kontaktuję się za dużo z ludźmi, a z nim akurat wymienialiśmy się co jakiś czas wiadomościami.

Ale impuls był od strony sprzętowej? Pamiętam, że kiedy graliśmy razem koncert – Columbus Duo i Przyzwoitość – ucieszyłeś się, że podobnie jak ty, niespecjalnie przejmowałem się sprzętem i brzmieniem. Jestem ciekaw, czy to podejście jakoś u ciebie od tamtego czasu ewoluowało. Bo ja muszę się przyznać, że zdecydowanie zmieniłem spojrzenie na te sprawy.
Wiesz, technika cyfrowa trafiła od tamtego czasu pod strzechy. Za kilkaset złotych masz do dyspozycji kilkadziesiąt modeli wzmacniaczy. Pozostaję wierny digitechom: wtedy miałem najmniejszego, teraz mam model 355. Też najmniejszy, ale już profesjonalny. Cieszy mnie, że jak masz takie coś, nie musisz się kłopotać szukaniem tych wszystkich brzmień i możesz się zająć muzyką. Jak ze sloganu reklamowego, ale to prawda.


Wracając do współpracy ze Świetlickim: myślisz, że to coś na dłuższy czas? Da się z nim?
No pewnie. Poza tym to nie tylko Świetlicki, ale jeszcze Wandzilak. To my dwaj tworzymy muzyczne jądro Najprzyjemniejszych. Dwa jądra. I dajemy radę. Już na pierwszym koncercie w Elblągu mieliśmy przygotowane trzy utwory, a zagraliśmy pięć. Naprawdę dajemy radę.

Mimo iż Wandzilak taki młody.
Oj tam młody, ale kojarzy, jak mu powiedzieć Gil Evans, Tony Williams, punk rock, wszystko. Tylko na Grechucie się nie zna.

Czyli zna muzykę, która powstała, zanim się urodził. To zacne.
I ma swoje jazdy na dziwaczne rzeczy, których ja w ogóle nie znam. Ostatnio jakieś, jak by to określić, disco polo z blackmetalowym posmakiem. Piosenka „Zakazany smak”. Nie wiem, skąd on wyciąga takich artystów. Ale lubi też zespół Viet Cong.

Dariusz Dudziński

Ur. 1970, muzyk zespołów Ewa Braun, Przyzwoitość i Najprzyjemniejsi, publikował recenzje muzyczne i książkowe w miesięczniku „Lampa”, autor dwutygodnik.com, prowadzi blog przyzwoitosc.wordpress.com

Jakie jest twoim zdaniem przełożenie muzyki, jakiej się słucha, na muzykę, którą się tworzy? U ciebie wydaje mi się to szczególnie interesujące, bo jesteś muzycznym pożeraczem, erudytą. Na twoich listach najlepszych płyt – z najlepszych roczników, czyli, wedle twojej teorii, co trzynaście lat – pojawia się masa rzeczy, dużo krautrocka, sporo Sonic Youth i pokrewnych twórców, ale najlepszą płytą w historii jest „The Ghost Trade” Camberwell Now. Dlaczego? Ja chyba nie rozumiem, o co na tej płycie chodzi.
Ja też nie umiem tego wytłumaczyć. W tej muzyce jest wszystko, kosmiczny wymiar. Słucham teraz wciąż tej awangardy z lat 80., Skeleton Crew, Pere Ubu, Camberwell Now, i czuję, że ta muzyka mi weszła w krew, że głęboko we mnie siedzi.

Ile miałeś lat, jak poznałeś Camberwell Now?
Tak jakoś przed maturą.

To by potwierdzało tezę, według której najbardziej kochamy muzykę, którą usłyszeliśmy przed maturą. A którą płytę Sonic Youth uważasz w końcu za najlepszą? Bo to u ciebie ewoluowało.
Nie wiem. Wiem, „Sister”. Wbrew pozorom bardzo cenię „Sonic Nurse”. „Goo” spadło. „Daydream Nation” oczywiście super. Ostatnie płyty kompletnie mi się nie podobały. Solowe płyty Ranaldo genialne. Ostatnia Thurstona Moore’a też świetna.

Czyli w sumie grasz trochę inną muzykę od tej, której słuchasz?
No wiesz, właściwie to słucham wszystkiego. W Najprzyjemniejszych mamy takie hasło: stare chłopy, nowa muzyka. Stara muzyka już jest, nie ma sensu jej grać, jest fajna, ale zawsze można sobie ją włączyć, a grać coś nowego.

To jeden z kluczowych momentów twojego bloga. Piszesz o zespole W Nogi: „Jest rok 1988. Się zmieniło i nie można już dalej grać jak Cure, New Model Army albo nawet jak Killing Joke. Wiedzieliśmy, że są na świecie Swans, że są Butthole Surfers, są Pixies, a nawet wiedzieliśmy, że już się rozpadło Big Black”. Jak według ciebie dzisiaj nie można już grać, a jak można?
Dobre pytanie. No cóż, coś we mnie się buntuje, kiedy jakiś artysta trochę młodszy ode mnie tworzy muzykę elektroniczną i robi powrót do lat 80. Stylizuje się na coś, co było futurystyczne, a robi z tego retro i mówi, że w tym jest dusza. Coś się we mnie wtedy gotuje. Na przykład Błażej Król. Co można chcieć osiągnąć w konwencji, która jest już tak ułożona? Trzeba naprawdę zrobić coś bardzo dobrego, żeby to miało sens.

Gdybym mógł cię trochę naprowadzić, wrzucając kamyk do ogródka Najprzyjemniejszych: ta płyta trochę mi się dzieli na pół, na część Dudzińskiego i część Świetlickiego. Ta pierwsza, tak do numeru piątego, jest potwierdzeniem tezy z roku 1988, natomiast kolejne utwory mocno przypominają Świetliki z lat 90. Stąd też trochę moja błędna teza, że cię poprosili, żebyś z nimi zagrał. Ale jak dla mnie w tych paru numerach pełnisz właściwie funkcję sidemana, to nie do końca twoja muzyka. Pytając wprost: w jakim stopniu jesteś zadowolony z tej płyty?
Jestem bardzo zadowolony. Wiesz, w każdym utworze współpraca wygląda trochę inaczej. Ale kiedy ktoś podejmie jakąś decyzję, to właściwie nie ma czasu, żeby urządzać wokół tego dyskusję. Mieliśmy w sumie dwie próby i nagraliśmy płytę. A nawet mamy już trochę materiału na nową. Mamy różne pomysły i one są po prostu realizowane. Słyszysz Świetliki, bo słyszysz Świetlickiego i Wandzilaka. Ale to naprawdę jest zespół. Weź na przykład utwór „Buddyzm na ziemiach polskich”. Podpisane jest, że to moja muzyka i mój tekst. Ale sposób tworzenia był zespołowy. Tekst miał śpiewać Marcin, ale zmusili mnie i śpiewam ja.

Emblematyczna jest piosenka „Milion białych mrówek”. Świetlicki śpiewa cały numer, krzyczy „I pierdolnął głową w ten mur”, a na koniec pojawia się komentarz z twoją wyraźną sygnaturą: „Wszystko ładnie, tylko po co te wyrażenia”. To kwintesencja połączenia Świetlickiego i Dudzińskiego.
To był błysk. Przyszło mi to w trakcie koncertu.

Mówiliśmy o przełożeniu muzyki słuchanej na muzykę tworzoną. A jak jest z tekstami? Co czytasz, żeby pisać to, co piszesz?
Wstyd się przyznać, ale od dawna nic nie czytam, bo nie mam czasu.

A gdybyś miał, to co być czytał?
Jak miałem czas, moim ulubionym pisarzem był Coetzee. Przeczytałem wszystko, co było w bibliotece. Houellebecqa część, a część mnie rozczarowała, niestety. Nie mam przepisu, ale takie raczej smutniejsze rzeczy. John Banville mi się podobał.


Czyli przełożenie też jest problematyczne. Choć w sumie trudno powiedzieć, żeby twoje teksty były wesołe. Są zabawne, ale gorzkie. A na pewno złośliwe.
Nie wiem, czy są złośliwe.

W jednej z recenzji Przyzwoitości Marcin Wandzel pisze, że są to żarty na wyższym poziomie niż Big Cyc czy późny Tymański. Co czujesz, jak słyszysz coś takiego?
To, co powiem, będzie dosyć niskie, ale – pewną satysfakcję, że jest się lepszym niż to, co leci w każdym telewizorze. Ze zdaniem Wandzla, bo śledzę to, co pisze, prawie nigdy się nie zgadzam, ale zawsze je bardzo cenię.

Chyba zaczynam rozumieć twoją postawę: stajesz się kimś takim jak Houellebecq. Nie myślę o jego facjacie, bo ma teraz paskudną, ale o pewnym podejściu do życia, o ironicznej złośliwości i przenikliwości. Coetzee raczej nie.
Ale Coetzee ma to do siebie, że zostaje w głowie. Inne książki wylatują, a on zostaje. Dwa czy trzy lata temu przeczytałem „Dzieciństwo Jezusa”, oczywiście to nie jest o Jezusie, wszystko pamiętam. Dzieje się w kraju nie wiadomo jakim, ludzie mówią po hiszpańsku, klimat trochę jak za komuny...

A skąd się wziął na płycie tekst Préverta?
Powód jest bardzo prozaiczny. W Krakowie, w Pięknym Psie, był wieczór tematyczny poświęcony liczbie trzy i zostaliśmy poproszeni, żeby zagrać „Trzy zapałki”, cover TSA. I tak wyszło, kompletnie niepodobne.

Jacek Świąder pisze o Przyzwoitości, że to dekonstrukcja muzyki – popu i punka. Zgadzasz się z tym? Czy to można też odnieść do Najprzyjemniejszych?
Do Najprzyjemniejszych na pewno nie. My właśnie zrywamy z konwencjami, żeby wykonać krok naprzód. Taki rock progresywny. Wszystkie brzmienia mamy pod ręką. Nie ma czasu na kombinowanie, trzeba grać. A czy Przyzwoitość jest dekonstrukcją? Na pewno zwraca się do słuchacza inteligentnego. Chociaż nie jest to warunek. Ale jeżeli ktoś słucha tej muzyki bez przygotowania, to usłyszy tylko pijanego harcerza przy ognisku.

Co też może być ciekawe.
W sumie tak. Bo nie chwaląc się albo chwaląc, zauważyłem coś takiego: muzyka Przyzwoitości albo podoba się ludziom, którzy nie gonią za nazwami, tylko słuchają po prostu tego, co do nich trafia, albo tym, którzy naprawdę się znają, na przykład prawdziwym gitarzystom. Którzy słyszą, że tam są ciekawe akordy czy jakieś dziwne metrum, które jest moim konikiem – właściwie moim sposobem na życie.

Ale nie jest to granie „artystowskie” w sensie ostentacyjnego epatowania sztuką muzyczną. Przekaz jest jednocześnie prosty i wysublimowany. W którymś z wywiadów obruszyłeś się na stwierdzenie, że jeden z twoich utworów to pastisz Cool Kids of Death, na co zareagowałeś, mówiąc, że oni w życiu by czegoś takiego nie zrobili, bo oni grają prostą siepankę.
Ale muszę przyznać, że CKOD z czasem mi się spodobali – ostatnia płyta, „Plan ewakuacji”. Połowa płyty to naprawdę świetne piosenki.

Teraz mam pytanie absolutnie fundamentalne.
Czy istnieje Bóg?

Wyjąłeś mi to z ust. Czy zgodzisz się z tezą, że tylko nie zarabiając na muzyce, można ją w stu procentach szanować i robić ją taką, jaką się chce? Czy może ta teza to tylko wycieranie sobie pyska ideologią, uzasadnianie tego, że nie zrobiło się w którymś momencie życia decydującego kroku, że nie stało się zawodowym muzykiem, tylko weekendowym?
Gdyby człowiek zajął się tylko muzyką, musiałby zwiększyć produkcję. I trochę obniżyć poprzeczkę.

Wiesz, przyszło mi to do głowy na wieczorze autorskim Olgi Tokarczuk, która jest świetną pisarką, ale czuję, że jej powieści nie są pisane na sto procent, bo ona ma z tyłu głowy, że to jej zawód i zarobek. I pisząc latami „Księgi Jakubowe”, musiała w którymś momencie napisać kryminał. I nawet w samych „Księgach Jakubowych” ten ukłon w stronę odbiorcy jest wyraźny. Choć w sumie niektórym się udaje. Takim The Rolling Stones.
Czy to są kompromisy artystyczne? Kiedyś się mówiło, że jeśli się sprzedaje, to na pewno grasz jakąś komerchę. Z drugiej strony – tylko kiedy nie robisz tego na sprzedaż, to stać cię, żeby trzymać swoją muzykę dziesięć lat na twardym dysku. Aż szlag go trafi.

W sumie albo sprzedajesz się tu, w muzyce, albo gdzie indziej, na przykład ucząc języka w szkole czy na kursach. Niby wychodzi na to samo, ale może lepiej prostytuować siebie niż muzykę.
Mnie dał do myślenia twórca serii Jackass, Johnny Knoxville, mówiąc, że za skok do kadzi wypełnionej odchodami słonia, co łącznie z przygotowaniami trwa piętnaście minut, dostaje tyle samo, ile by dostał, wchodząc w tyłek szefowi w jakiejś korporacji. A tutaj chociaż daje komuś ubaw.

Wracając do muzyki: twierdzisz, że ta najlepsza pojawia się co trzynaście lat. Z wyliczeń wynika, że następnym dobrym rokiem będzie 2025. Strasznie mnie to zmartwiło.
Ale już 2012 nie był rewelacyjny. Było sporo fajnej muzy, ale to nie był rok przełomowy.

Będziesz jeszcze grał w 2025?
Będę miał 55 lat. Na pewno. Świetlicki będzie miał 64. W tym roku numerologia jest po naszej stronie: on ma 54 lata, a ja 45. Rocznikami się różnimy, ale jedną z naszych ulubionych rozrywek jest wyszukiwanie związków karmicznych z przeszłości. Głównym jest oczywiście to, że Świetlicki odbywał służbę wojskową w Słupsku, kiedy ja miałem czternaście czy szesnaście lat. Budował trakcję trolejbusową. Bo w Słupsku były trolejbusy i dużo nimi jeździłem. Uruchomili je w 1985 roku, na początku były za darmo. Ale parę lat temu je rozebrali.

Słuchasz jazzu, ale nie lubisz perkusistów, którzy grają jazzowato.
Nie odnajduję się w takim graniu, w synkopowaniu.

Ale lubisz jazzowe podziały rytmiczne.
To raczej bierze się z muzyki etnicznej. Pasjami słucham nagrań z lasu w Burundi, z Uzbekistanu, z Kazachstanu itp. Wychodzi sporo reedycji płyt 78-obrotowych z całego świata: Indie, Afryka… Recenzowałem kiedyś w „Lampie” single z Jemenu.

Czy ten zwrot wynika z wyczerpania się anglosaskiego modelu grania?
Pewnie tak, ma się już trochę dosyć tego rodzaju muzyki.

Jakie macie plany koncertowe?
We wrześniu gramy trasę – Warszawa, Rzeszów, Kraków, Częstochowa. A nowy materiał cały czas powstaje. Drogą korespondencyjną.

A skąd pomysł, żeby to się ukazało w Pinki Pajs?
Musiałbyś zapytać Świetlickiego. Wojtek Kozielski jest tam na miejscu, pracuje jako barman w Pięknym Psie. No i wydał nam płytę. Jakieś know-how ma, ja go pamiętam przecież jeszcze z Anteny Krzyku z czasów późnej komuny. Sprzedaż jest na razie tylko przez internet – trzeba napisać maila.

To celowy zabieg czy tak wyszło?
Chyba tak wyszło. Na razie sam fakt, że jest ta płyta i jest taka fajna, wystarczająco nas rajcuje.

 A skąd nazwa na ten przyjemny zespół?
Dałem trzy propozycje, z których ja wolałem dwie poprzednie, a koledzy woleli Najprzyjemniejszych. Gdzieś w gazecie w programie TV było coś w rodzaju „Gala – Najpiękniejsi w Polsce”, ja coś źle przeczytałem i zostało Najprzyjemniejsi.

Tego nie było na twoim blogu.
Tu, jeśli mogę, chciałbym przeprosić czytelników, że zaniedbałem bloga, ale mocno się teraz angażuję w zespół Najprzyjemniejsi.

Mimo iż odbył tylko dwie próby.
Trzy. Plus próby dźwięku przed koncertami.

I z tego powstało 12 utworów.
Tak, to najbardziej produktywny zespół w historii.

Ale ulubionym, w którym grałeś, pozostaje zespół W Nogi?
No właśnie chyba jednak będę musiał przeprosić kolegów. W Nogi to było szaleństwo, którego mi później brakowało w Ewie Braun. Tutaj czuję, że są jednak podobne pierwiastki. W Najprzyjemniejszych zauważyłem taką rzecz: w każdym zespole, w którym dotychczas grałem, wszystko zależało ode mnie. I to bez żadnej megalomanii. W Ewie Braun grałem na perkusji, nie mogłem sobie pozwolić na oddech: chwilę sobie odpuścisz, wszystko leży. W Przyzwoitości też: gitara, wokal, wszystko ja. A tutaj jest luz: gra coś z komputera, grają koledzy, jak się rąbnę, to się nie wywali.

Cieszę się, że to nie ja pierwszy użyłem w tej rozmowie nazwy Ewa Braun. Pewnie przy każdej okazji cię pytają, czy będzie reaktywacja?
Nie wykluczamy. To jest możliwe, jest prawdopodobne, tylko mało wykonalne technicznie. Tutaj nie dałoby się stosować korespondencyjnej techniki, jak w Najprzyjemniejszych.

Ja sobie już nie wyobrażam Marcina Dymitera grającego rockową muzykę z bębnami.
No, nawystępował się i ma dosyć. Rozumiem. A ja posiedziałem w domu dziesięć lat i teraz mi się chce. Ale częściej i tak bym nie mógł grać niż teraz. Za to Wandzilak jest bardzo rozchwytywany. Gra w strasznej ilości zespołów. Teraz głównym jego zajęciem jest Tymon & The Transistors, jakieś zespoły reggae, i kończy akademię muzyczną. Jest zawodowym muzykiem. Jak mieliśmy próbę w Elblągu, musiał odrzucić ofertę grania ze znaną popową piosenkarką, bo grał z Tymonem.

A ty nie żałujesz, że nie studiowałeś muzyki? Masz w swoim dorobku studia matematyczne, skandynawistyce i anglistyce, a na muzyce nie.
Żałuję. Chociaż być może nie ma czego żałować. Podobno to bardzo skostniały system.

Może dobrym pomysłem byłoby zacząć takie studia w wieku 40 lat, jak już masz do tego dystans.
Może faktycznie. Skoro emeryturę będę miał małą, starość spędzę na scenie… Ale spójrzmy: Cohen ma osiem dych a na scenie daje czadu jak Nick Cave, Scott Walker – 72 lata, Michael Gira też po sześćdziesiątce, Wodecki – 65, też niczego mu nie brakuje.

Myślisz, że jak nasze dzieci będą duże, będą jeszcze powstawać kapele rockowe?
Myślę, że tak. Radość z tego, że uderzysz w strunę i to słychać, to coś ponadczasowego. Pamiętam, że o śmierci muzyki rockowej mówili już w latach 80., a jeszcze potem koło roku 2000.

Z drugiej strony nie ma chyba wielu nowych, młodych kapel, które by takich dziadów jak my zadowalały.
No nie wiem. Jest ten Viet Cong… Nie no, są na pewno. Spotify masz?

Nie mam. A co musiałbym wstukać w tego Spotifaja, żeby znaleźć dobrą muzę?
Cokolwiek. I masz polecane kapele, dwadzieścia innych zespołów. Coś mi się nawet spodobało przez Spotifaja. Ale już nie pamiętam.

Ale kultura słuchania całych płyt chyba odchodzi do lamusa? Dominuje słuchanie pojedynczych utworów.
Nie byłbym taki pesymistyczny. Do tego trzeba po prostu dojrzeć, do myślenia formą. Jak byłem mały, też sobie nie zdawałem sprawy, że płyta to pewna całość, jakaś opowieść.

Znasz zespół Liturgy? Wydają u Thrill Jockeya, tegoroczna płyta to klasyczna płyta koncepcyjna, pomyślana jako całość, od pierwszej do ostatniej nuty, z lejtmotywami, dużo mniej metalowa niż dwa poprzednie albumy.
Ale oni chyba nerwowo grają? Nie za bardzo lubię. Na papierze takie pomysły brzmią dobrze, ale słucha się ciężko.

A co w ostatnich latach cię pozytywnie zadziwiło muzycznie?
No właśnie chyba niewiele. Dunes… Trochę 4AD to pachniało, jakoś milczą ostatnio. His Name Is Alive wydali płytę w zeszłym roku. Ale to już staruchy. Na Facebooku Najprzyjemniejszych pisałem o inspiracjach z zeszłego roku. Dla mnie to SBB, The Who, Eric Dolphy… No i ten Scott Walker, z „nowości”…

To straszne staruchy. Nie widziałem tego wpisu, pewnie ci Świetlicki skasował, żeby go nie utożsamiać z SBB. A on czego słucha?
Sleaford Mods. Mieliśmy grać jako ich support, ale się okazało, że są za drodzy i nie przyjechali. Dwóch gości z Anglii, starzy punkowcy, abnegaci. Jeden stoi, trzyma piwo i tylko wciska klawisz play na laptopie, podkłady motoryczne, postpunkowe, drugi gość ma mikrofon i napiernicza, jakby biały hip hop, ale to jest punk. Chwytliwe, ale bez melodii.

Znam, świetne. Jeszcze jakbym rozumiał teksty, to by w ogóle było pięknie.
A tak to podrzucam chłopcom dziwne rzeczy. Na przykład japońskie.

Japoński rock czy japoński folk?
Raczej folk. Potem mi piszą, że fajna muzyka, tylko im nie pozwalają puszczać w domu.

Jak myślisz, co się wykluje z projektu Najprzyjemniejsi?
To nie jest projekt, panie redaktorze, to jest zespół. Odpukać, ale wydaje mi się, że jest dobre wzajemne porozumienie. Co zrobi jeden, to akceptuje drugi, a trzeci rozwija.

Zgadzacie się też w tym, że nie macie czasu. Wandzilak ma tysiąc zespołów, ty życie w Elblągu, Świetlicki karierę literacką. Ale i tak ma pewnie z was najwięcej czasu.
No nie wiem. Musi psa wyprowadzać.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.