Bunt i orzeczenie
fot. Hanna Maciąg

5 minut czytania

/ Teatr

Bunt i orzeczenie

Paweł Soszyński

„Hrabina Batory” Rubina i Janiczak została całkiem zjedzona przez obsesję mówienia – może dlatego, że węgierska wampirzyca pławiąca się w krwi dziewic w Kielcach szuka ratunku nie we krwi, ale właśnie w języku

Jeszcze 1 minuta czytania

Po znakomitych „Joannie Szalonej Królowej” i „Carycy Katarzynie” Wiktor Rubin i Jolanta Janiczak domykają swój kobiecy tryptyk spektaklem „Hrabina Batory”. W międzyczasie duet zdobył Paszport „Polityki” i wszedł do teatralnej czołówki, co tylko potwierdziła „Sprawa Gorgonowej” z zeszłego sezonu – spektakl szalony, ale zdyscyplinowany, napędzany hipnotyczną frazą dramatu Janiczak. „Hrabina Batory” to niestety potknięcie, w kieleckim spektaklu-instalacji zawodzi to, co było siłą tego teatru – tekst. Zawodzi od pierwszej chwili, gdy na szaroburą scenę wchodzi mała infantka, by połamać sobie język już na pierwszych zdaniach przedstawienia.  

To zresztą dopiero początek karkołomnej przeprawy aktorek przez „Hrabinę Batory”, naszpikowaną językowymi szaradami i spiętrzonymi metaforami, w których filozoficzne hasła przedzierają się przez gąszcz charakterystycznej dla Janiczak poetyki. Czuć, że ten język stawia scenie opór, a wielość semantycznych pułapek zamiast widza – więzi damy dworu i samą Batory. W tym sensie spektakl niepostrzeżenie zmienia się w instalację, aktorki stoją i wypluwają z siebie kolejne frazy z prędkością karabinu maszynowego. Jesteśmy w świecie bez dialogów, w narracji samych orzeczeń. Problem polega na tym, że kolejne monologi są raczej zbiorem haseł niż płynną narracją, to ciąg postulatów, puent zakulisowych rozważań, do których widzowi uparcie broni się dostępu. Zresztą ten, kto widział poprzednie części tryptyku, łatwiej podąży za filozofią ciała i wizerunku, którą wypracowała przez ostatnie lata Janiczak. To konsekwentna autorka pisząca teksty obsesyjne, a przy tym chyba jedyna polska pisarka, która tak głęboko i świadomie opisała współczesną kobiecość. 

Tym razem nie jest to kobiecość uwikłana w system władzy, kobieta walcząca o swoje miejsce w historii. Janiczak schodzi na poziom biologii, a całość dotyczy starości. Nie będzie już kuszenia, piersi młodej Carycy, hrabina ściśnie tylko obwisły brzuch matki, wyeksponuje wiązania gorsetu, będzie ukrywać swoją twarz, siedząc tyłem do widowni, za ramą lustra – tam gdzie nawarstwiają się zużyte, bezsilne wizerunki. Hrabina się nie poddaje, musi jednak zmienić rozkład akcentów na mapie władzy, być może dlatego nie ma w jej zamku miejsca na mężczyznę, mąż hrabiny wchodzi raz czy drugi na scenę, głównie gdzieś daleko walczy. Karta przetargową nie jest, nie może już być dla niej ciało i wyzyskiwanie pożądania. Teraz pojawia się jedyny ratunek – słowa. Jest w tej wierze w słowa coś z biblijnej naiwności Adama, który miał nimi władać nad światem. Nie bez powodu infantka w pierwszej scenie gada, zagryzając rajskim jabłkiem. Starotestamentowa przypowieść o przyczynie ludzkiej niedoli, starości i śmierci być może najsilniej odbija się właśnie w obsesyjnym obnażaniu pustki językowej władzy nad stworzeniem. 

Jolanta Janiczak, „Hrabina Batory”, reż. Wiktor Rubin. Teatr Żeromskiego w Kielcach, premiera 16 września 2015Jolanta Janiczak, „Hrabina Batory”, reż. Wiktor Rubin. Teatr Żeromskiego w Kielcach, premiera 18 września 2015„Batory” zostaje więc całkiem pochłonięta przez obsesję mówienia – węgierska wampirzyca pławiąca się w krwi dziewic u Janiczak szuka ratunku nie we krwi, ale właśnie w języku. Przywiędły wigor hrabiny żywi się kolejnymi słowami, otacza się nimi jak fatałaszkami i makijażem. Cała scena pracuje na to, by przełożyć jej ciało na narrację i dopiero w niej dokonać cudu odmłodzenia, odzyskania władzy. Stąd być może bierze się agresywna retoryczność tego dramatu, który mknie przez kolejne tropy, potyka się o poetyckie figury, gromadzi zasoby słownika i każe im gęstnieć, nawarstwiać się, bełkotać. Zamek w słowackich Čachticach zmienia się w dom rozgadanej staruchy, dwór nawijających bez końca kobiet. A cała filozofia Janiczak szybko kończy się jako zbiór frazesów. Melancholia starości pożera wszystkie sensy, wysysa znaczenia słów, podstępem przejmuje poetykę dramatopisarki – może zresztą Janiczak sama się na to godzi – i zmienia ją w pusty styl, mimiczne ćwiczenia przed lustrem. Bo energia pozyskana ze słów napędza już tylko frustrację i wpada w bezkształt melancholii; Janiczak nie oszukuje, nie pociesza się dopisanym na siłę zwrotem akcji, całość dąży do nieuniknionego fiaska, a realizatorzy są do końca uczciwi, nawet jeśli ceną jest tu położenie dramaturgii przedstawienia.

Bo to samo dzieje się z całym spektaklem. Projekcje wideo, hasła wyświetlane na ekranie, fragmenty piosenek śpiewane przez dwórki, strzępy choreografii, scenografia imitująca mętniejącą cerę hrabiny, brzydka jej brzydotą – wszystko to jest tylko odwzorowaniem, pustym, sentymentalnym odbiciem. Jak lustro, za którym w pierwszej scenie chowa się Elżbieta (Agnieszka Kwietniewska), by nie spojrzeć prawdzie w oczy. Ten gest ucieczki, ukrycia się, kamuflażu pogrąża świat sceniczny w pustce, nieobecności. Jest monologiem wokół nicości. Ostatnia scena, w której aktorki zachęcają widzów, by wraz z nimi, bijąc bejsbolami w worki z ziemią, krzyczeli: „nie będę starzeć się z godnością” – nie jest finałem oczyszczającym, nie przełamuje przemocą impasu, pozostaje ostatnim, fizycznym znakiem rozpaczy. I jak język dramatu, jest gestem już tylko retorycznego buntu.