Pałac albo kto zabił

16 minut czytania

/ Sztuka

Pałac albo kto zabił

Marcin Wicha

„Pałac w Warszawie” można czytać jak czarny kryminał. Niewygodne fakty. Mroczne tajemnice. Zakurzone akta, które posłużą jako broń we współczesnych wojnach o miasto. Jeśli na końcu coś się wyjaśni, to i tak nikomu nie zrobi się lepiej

Jeszcze 4 minuty czytania

Impreza pod tytułem „Pałac jest super” odbyła się 22 lipca, ale fajerwerki wystrzeliły dopiero trzy dni później. Może czekano do soboty, a może feta w dniu komunistycznego święta wydała się komuś przesadną prowokacją. Prawicowe portale napisały, że obchody to „aberracja” i część „diabolicznego planu”, ale w donosach zabrakło dawnego żaru. Zapas oburzenia wyczerpał się jakieś dziesięć lat temu, gdy wpisywano Pałac do rejestru zabytków. Poza tym sześćdziesiątą rocznicę uświetniły spotkania, wystawy, zlot food trucków i aukcja krzeseł z Sali Kongresowej, a strona Culture.pl wyliczyła siedem nowych książek, które trafiły do księgarń. Nie ma w Polsce drugiego budynku, któremu poświęcono by tyle uwagi.

[Miejsce ukrycia zwłok]
Wśród publikacji jest „Pałac w Warszawie”, esej – albo zbiór wykładów – profesora Waldemara Baraniewskiego. W pierwszym rozdziale tej niezwykłej książki czytamy:

(…) rozległy niezabudowany teren w samym centrum europejskiej stolicy to kuriozum – centrum bez centrum. Na ogromnej działce, 400 × 500 metrów, w miejscu, gdzie ceny ziemi sięgają gigantycznych kwot, stoi jeden budynek otoczony parkingiem i okazjonalnymi barakami. (…) Skąd po wojnie w miejscu dzisiejszego placu Defilad wzięła się ta pustka?

Czterdzieści dwie kondygnacje, czterdzieści milionów cegieł, materiały budowlane przywiezione z Uralu, wszystkie te skrupulatnie wyliczane metry bieżące, kwadratowe i sześcienne, oceany betonu, kopalnie marmuru… Mimo to opowieść o Pałacu jest historią pustki. 

Dlatego „Pałac w Warszawie” można czytać jak czarny kryminał. Znajdziemy tu wszystko, co lubimy. Niewygodne fakty. Mroczne tajemnice. Sprawy, których lepiej nie ruszać. Zakurzone akta, które posłużą jako broń we współczesnych wojnach (o miasto, o wolny rynek, o awangardę). Jeśli na końcu coś się wyjaśni, to i tak nikomu nie zrobi się od tego lepiej.

Waldemar Baraniewski, „Pałac w Warszawie”. Fotografie: Błażej Pindor, projekt graficzny: Michał Kaczyński, Raster, Warszawa 2014, 232 stronyWaldemar Baraniewski, „Pałac w Warszawie”. Fotografie w części albumowej: Błażej Pindor, Raster, 232 strony, w księgarniach od marca 2015[Szkic sytuacyjny]
W 1947 roku Biuro Odbudowy Stolicy opracowało mapę zniszczeń Warszawy. Za podstawę posłużyły zdjęcia lotnicze z 1945 roku. Budynki spalone, zaminowane, wysadzone w powietrze zaznaczono różnymi odcieniami czerwieni. Na tym planie Śródmieście jest wielką plamą. W czerwonej kałuży widać równe białe linie. Domy, których już nie ma, wciąż stoją wzdłuż ulic. Sterty gruzu otaczają place i skwery. Wypalone ruiny wpisują się w równe kwartały zabudowy. Wszystko jak przed wojną.

Pięć lat później, w kwietniu 1952 roku, w Sali Kolumnowej Urzędu Rady Ministrów odbyła się prezentacja wstępnego projektu Pałacu Kultury i Nauki. W stenogramie zachowały się słowa radzieckiego architekta:

[M]iejsce które było poprzednio zajęte przez domy czynszowe, obecnie zostało oczyszczone i przekształcone w szeroki jasny plac, w którego centrum stanie monumentalny Pałac Kultury i Nauki.

Mocno powiedziane. Co spotkało centrum Warszawy? Zostało „oczyszczone i przekształcone w plac”. Przy okazji pojawia się określenie „dom czynszowy” (w domyśle – nie warto go żałować).

[Martwy w chwili przybycia]
Pytanie o czas zbrodni ma w tym przypadku rozstrzygające znaczenie. Czy śródmieście zostało zgładzone w 1944 roku? A może jeszcze żyło, gdy rok później radziecki kukuruźnik fotografował morze ruin? Pomińmy nawet fakt, że pod budowę Pałacu trzeba było zburzyć sto uszkodzonych, ale nadających się do odbudowy kamienic. Że w zniszczonym mieście poświęcono ileś tam setek izb mieszkalnych. Pytanie brzmi: czy układ ulic można zamordować. Innymi słowy: czy siatka urbanistyczna jest żywym organizmem. A jeśli tak, to czy żywą tkankę można zastąpić projektem. Odpowiedź sytuuje nas po jednej stronie sporu o miasto.

Waldemar Baraniewski przytacza historię śródmieścia. Opowiada o rolnictwie, układzie pól, o późnośredniowiecznym osadnictwie, o jurydykach. O rosnących cenach gruntu, o rozwoju przemysłu i budowie kolei. Pokazuje, że w mieście jest miejsce na spontaniczność i projektowanie. Zamiary i konieczność. Przypadek i wizję. Procesy społeczne. A także ślad zamordowanych mieszkańców.

[Narzędzie zbrodni]
Prezent to prezent. Trudno odmówić, nie wypada schować, wyrzucić ani sprzedać. Zwłaszcza, gdy ofiarodawca jest ludobójcą i tyranem. Baraniewski przypomina krótki dialog, wzięty z zapisków Józefa Sigalina, naczelnego architekta Warszawy:

– A jakbyście widzieli taki wieżowiec jak u nas? [– pyta Wiaczesław Mołotow].
– No cóż, owszem [– odpowiada Sigalin].

Brak entuzjazmu jest uderzający. Pałac to od początku kłopotliwy dar (taki tytuł nosi esej Konrada Rokickiego z 2003 roku). „Niechciany prezent”. W kryminałach podobną rolę odgrywa wersja z nieznajomym włóczęgą – zaraz, przecież dzień wcześniej widziano w okolicy nieznajomego włóczęgę, nie, nikt nie pamięta, jak wyglądał, taki wysoki i zarośnięty. My nie mamy z tym nic wspólnego.

Pałac w Warszawie„Pałac w Warszawie”

[Amok]
Jednak w sprawie Pałacu wiele decyzji zapadło po stronie polskiej. Przy czym polska strona to nie tylko komunistyczni dygnitarze, lecz także warszawscy architekci i urbaniści. Przedwojenni praktycy (innych jeszcze nie było), okupacyjni wizjonerzy, reformatorzy, społecznicy. W latach stalinizmu mieli powody się bać, ale próbowali jeszcze rozgrywać własne partie.

W pamiętnikach Józefa Sigalina czytamy, jak wyznaczano wysokość przyszłego budynku. Po niebie znów latał kukuruźnik, tym razem ciągnął za sobą balon. Zebrani na dole architekci wydawali wskazówki przez radio:

Pierwsza wysokość – 100 metrów. Druga – 110. Trzecia – 120. Architekci radzieccy, zwłaszcza Rudniew: „Starczy (…)”. Nas jednak (…) ogarnął niepojęty amok wysokości – po każdym nawrocie samolotu dyspozycja: „Wyżej!”. Zatrzymaliśmy się – jednomyślnie – na wysokości 150–160 m. Czemu tak? Może mniej lub bardziej świadomie chodziło o stworzenie znacznie większej skali nowej Warszawy niż ta, którą wyznaczały przed wojną Prudential, Hotel „Warszawa” czy „Cedergren”.

Rozważano różne lokalizacje. Okolice placu Unii Lubelskiej, Port Praski, Grochów przy Wiatracznej (miejsca, które i dzisiaj wabią wysokie budynki). Ostatecznie padło na okolice Marszałkowskiej.

[Ofiara]
Jako pilni czytelnicy kryminałów wiemy, że dla śledztwa kluczowy jest obraz ofiary, jej charakter i przyzwyczajenia. W tym przypadku ofiarą jest miasto. Kapitalistyczne, XIX-wieczne miasto. Za wszystkie jego wady – a może nawet za wszystkie wady kapitalizmu – miał zapłacić nieszczęsny kawałek śródmieścia na zachód od ulicy Marszałkowskiej.

Nie jest dziś łatwo wyrobić sobie pogląd na przedwojenną Warszawę. Z jednej strony, opowieści o Paryżu Północy. Zdjęcia z Narodowego Archiwum Cyfrowego. Stal i szkło, opływowe linie samochodów, sklepowe witryny. Można obejrzeć dokumentalną animację (w tym określeniu kryje się pewna sprzeczność) „Warszawa 1935” o białych kamienicach zamieszkałych przez doskonale ubrane królewny Śnieżki.

A z drugiej strony? W wierszu Ważyka patologia przedwojennej gospodarki mieszkaniowej została przedstawiona w następujących słowach:

„Pokraczny dom czynszowy
Kupieckiej demokracji
I obliczany na rok
Dom – widmo spekulacji,
I styl wasz nieczłowieczy,
Dom, co domowi przeczy,
Z niezdarzonej przygody,
Bez serca i urody”.

Cóż, wiarygodność zeznań Adama Ważyka łatwo podważyć w sądzie. Ale podobny obraz znajdujemy w świadectwach z epoki, w reportażach i w statystykach. Naprawdę było bezrobocie, nędza, piwniczne izby, podwórka studnie, przeludnienie, grzyb i prątki gruźlicy. A także miejski chaos i nieracjonalność.

Pałac w Warszawie„Pałac w Warszawie”

[Motyw]
Baraniewski sięga po słynny referat Bolesława Bieruta zatytułowany „Sześcioletni plan odbudowy Warszawy”. Z tej książki zazwyczaj pamięta się obrazki, ołówkowe perspektywy, na których stolica wygląda jak ogromny MDM. Spiętrzone chmury, sztandary, a wśród socrealistycznych zigguratów maszerują radosne pochody mieszkańców Babilonu (jednym z rysowników był Jan Knothe).

Tymczasem Baraniewski pokazuje, że opinie wyrażane przez Bieruta (oraz jego ghostwriterów) są zbieżne z teorią modernizmu. Że krytyka burżuazyjnego miasta przystaje do tez wyrażonych w Karcie Ateńskiej CIAM, dekalogu corbusierowskiej urbanistyki:

„I nie chodzi w tym przypadku jedynie o retorykę obu tekstów. Łączy je coś znacznie ważniejszego – postawa wobec roli i zadań architektury, wiara w racjonalny, uporządkowany obraz miasta”.

[Materiał dowodowy]
Tuż przed śmiercią, na początku lat 80. Józef Sigalin przygotował do druku (może nie bez przewrotnej satysfakcji) stenogram debaty polskich architektów z radzieckimi twórcami Pałacu. Ramy dyskusji były wąskie. Doktryna głosiła, że budynek ma być „narodowy w formie”. W praktyce pozwalało to polskim kolegom na zgłaszanie uwag dotyczących dekoracji. Toteż większość uczestników zaczynała od bizantyjskich pochwał, by potem ostrożnie, bardzo ostrożnie, przechodzić do szczegółowych zastrzeżeń.

Marcin Weinfeld, projektant Prudentialu, mówił:

 „Budynek jest w pewnej mierze arcydziełem. (…) Mistrzostwo autorów jest wyżej wszelkiego poziomu”. A dalej: „(…) w pewnym względzie pewne uskromnienie tej rzeczy albo pewna większa powściągliwość, większy umiar w bogactwie form są konieczne”.

Dzielny pan Jan Pełka rzucił krótko: „Kartusze wydają się zbyteczne”.

Czy na tej podstawie można powiedzieć, że dla architektów plan zastąpienia centrum miasta ogromnym placem był do zaakceptowania? Przeszkadzał im tylko dziwaczny, eklektyczny kostium nałożony na awangardową wizję? Czy wolno dopisać Pałac do rachunku wystawionego awangardzie? Uznać socrealizm za sprzeczkę w wielkiej modernistycznej rodzinie? Bo kartusze, oczywiście, zostały.

Swoją drogą, ciekawe, że fantazja na temat ostrzyżenia Pałacu będzie powracać. Jeszcze w 1982 roku Konrad Kucza-Kuczyński w książce „Czwarty wymiar architektury miasta” umieści intrygujący rysunek, niepodpisaną wizję przyszłości. Zza attyk wyrasta szklany wysokościowiec. Korpus Pałacu stoi na swoim miejscu, ale uwolniony z socrealistycznej szuby.

Zdjęcia Błażeja Pindora / „Pałac w Warszawie”

[Miasto jako stara lichwiarka]
Książka Baraniewskiego to urbanistyczna „Zbrodnia i kara”. Architekci mordują miasto (pod presją, z przekonania, niepotrzebne skreślić). W imię wielkiego projektu.

[Miasto jako przypadkowa ofiara]
Na rysunku Szymona Kobylińskiego chuda kobieta podnosi do oka lorgnon i przygląda się nowej pierzei placu Konstytucji. „Ależ to chyba propaganda” – mówi. Tylko skąd w 1952 roku lorgnon? Skąd pelisa, skąd czarny kapelusik według XIX-wiecznej mody? Agnieszka Osiecka zauważyła przy jakiejś okazji:

[Z]araz po wojnie, na skutek wulkaniczności przemian politycznych, pewne żywe jeszcze symbole minionej epoki gwałtem przerobiono na retro (…). Jeśli przejrzeć teksty satyryczne z drugiej połowy lat 40., to pełno tam zidiociałych starych ciotek, zbankrutowanych kawiarnianych ministrów i sklerotycznych eks-posiadaczy ziemskich.

Architektura też potrafi szachrować czasem. Dlatego gmachy wznoszone w początku lat 50. od nowości chciały być stare. Historyczny detal, kolumnady, posągi – formy sugerowały, że domy stoją od dawna.

Pałac w samym centrum był pieczęcią. Obwieszczał, że nic już nie wróci do dawnej formy. Domy, siatka ulic, życie ani ustrój. Pociąg odjechał. Kto nie wsiadł, ten już nie zdąży. Kto nie jest z nami, ten już nigdy nie rozpozna swojego miasta. Pałac wyznaczał rok zerowy w rewolucyjnym kalendarzu.

[Okres przedawnienia]
Był świątynią, ale nie do końca. Pomnikiem, ale niezupełnie. Czymś w rodzaju Panteonu, ale program ideowy wykluwał się powoli i jakby bez przekonania. Z trudem kompletowano listę posągów i bohaterów godnych upamiętnienia. Najważniejszy patron nigdy nie stanął na swoim cokole. Xawery Dunikowski pracował nad pomnikiem, sprawa się przeciągała… Po XX zjeździe imię Stalina wydrapano z elewacji. Inna rzecz, że wydrapano niestarannie i zawsze można było je odczytać.

W ostatnich rozdziałach książki Baraniewski opowiada, jak miasto próbowało wrócić na swoje dawne tereny. Opisuje historię Ściany Wschodniej (zapewne najlepsze, co się zdarzyło w tamtych stronach). Przypomina współczesne próby zagospodarowania placu Defilad, ten niekończący się festiwal bezradności.

Pointą jest albumowa część publikacji. Na współczesnych zdjęciach Błażeja Pindora wnętrza wyglądają jak nowe. Czarno-białe fotografie sprawiają wrażenie wykonanych w dniu otwarcia. Lśnią marmury nietknięte stopą pioniera. Nie widać plakatów, ogłoszeń, przedłużaczy, gaśnic ani czajników elektrycznych. Trwa wieczny projekt, bezludna abstrakcja.

Tymczasem prawdziwe elewacje czerniały. Kruszył się detal. Majolikowym gąskom w ogrodzie zimowym ktoś utrącił głowy i białe szyje sterczały jak ucięte szlauchy ogrodowe. Pałac starzał się. Czyli robił to, do czego go stworzono.

Zdjęcia Błażeja Pindora „Pałac w Warszawie”

[Alibi]
W 2014 roku wieczorne wiadomości TVP dorobiły się nowej, komputerowej czołówki. W takt muzyki Radzimira Dębskiego kamera wędruje nad miastem – budynki mają kolor złota i miedzi – potem wykonuje piruet wokół Pałacu, by wreszcie zatrzymać się przed tarczą zegara. 19:30. Dobry wieczór państwu. 

Animacja wywołała entuzjazm Pawła Piskorskiego, kiedyś prezydenta Warszawy i wunderkinda polskiego liberalizmu:

…nieskromnie przypomnę, że zegar na Pałacu był moim własnym autorskim pomysłem. (…) [C]óż lepiej mogło przełamać komunistyczną genezę Pałacu niż zawieszone na jego szczycie – najwyżej w Europie – cztery tarcze Milenijnego Zegara odmierzającego nowy czas; nowy czas nie tylko Pałacu, ale także Warszawy i Polski.

Naprawdę, wystarczyło dodać cztery tarcze i wskazówki? Dołożymy jeszcze kolorowe logo i już? Wesoły Pan Tik-Tak zaprasza gości na taras widokowy.

[Umorzenie śledztwa]
Ta historia zaczyna się od katastrofy. Na początku jest zagłada. Potem zarzucony plan podboju świata. A na końcu – my. Nasza codzienna krzątanina. Przedstawienie w Teatrze Lalka, koncert w Sali Kongresowej, zajęcia z modelarstwa, białe wino w modnej kawiarni. Groza i swojskość. Jaka opowieść mogła się równać z Pałacem? Skrzydło orła zaprojektowane przez ochoczego Daniela Libeskinda? Szkło, stal i arkusze Excela?

W wolnej Polsce Pałac stał się Zagadnieniem, z Którym Trzeba Coś Zrobić. Palącą kwestią. Kwadraturą koła i reformą służby zdrowia. Rozbiórka byłaby działaniem absurdalnym i marnotrawczym. Próbowano więc otoczyć Pałac wieńcem budynków. Poniżyć, zasłonić lub chociaż przyćmić blaskiem nowych ikon. Z tego też nic nie wyszło.

Na projekt można odpowiedzieć tylko innym projektem. Równie monumentalnym i groteskowym jak ten pierwotny. Tylko że trzecia RP nie startowała już w takich zawodach. Nie potrafiła i w gruncie rzeczy – nie chciała. Gorzej, że nie umiała w sobie wykrzesać zainteresowania dla mniejszych przedsięwzięć.

[Spoiler]
Niedawno na opiniowych stronach „Gazety” mogliśmy przeczytać, że ojczyźnie zagrażają „wywody Filipa Springera o wyższości Bolesława Bieruta jako aktywisty mieszkaniowego nad dzisiejszymi deweloperami i wielkopłytowych blokowisk PRL nad współczesnymi apartamentowcami”.

Tak sobie żyjemy z czterdziestopiętrową maczugą w centrum. Z przestrogą: oto do czego może prowadzić projektowanie. Najlepiej nie ruszać. Nie dotykać. Nie poprawiać.

Zostaliśmy z rachunkami krzywd, roszczeniami właścicieli, konturem muzeum sztuki nowoczesnej namalowanym na jezdni. Oraz z pytaniem, czy to wszystko mogło pójść inaczej. Gdyby centrum miasta zaprojektował Maciej Nowicki, a Bolesław Bierut został zapamiętany tylko jako mąż przedszkolnej woźnej z Drugiej Kolonii WSM.

 

(Zaś mordercą był kamerdyner).