Don Kichot w sieci
Daniel Silliman / CC BY-NC-ND 2.0

23 minuty czytania

/ Literatura

Don Kichot w sieci

Maciej Jakubowiak

U Franzena internet okazuje się przestrzenią alienujących nieporozumień, uwikłań i fałszywych obietnic. Odwrót od sieci – i „sieciowości” – znajduje nieoczywiste przełożenie na kompozycję jego najnowszej powieści „Bez skazy”

Jeszcze 6 minut czytania

Nawet jeśli magazyn „Time” przesadził, nazywając Jonathana Franzena w 2010 r. „wielkim amerykańskim powieściopisarzem”, to z pewnością uchwycił istotny rys jego pisarstwa. Sam Franzen ustawia się bowiem na pozycji wielkiego analityka amerykańskiej (a może i globalnej) obyczajowości. Czyni to jednak nie za pomocą pustych obwieszczeń czy doraźnych komentarzy, ale poprzez materię swoich powieści, których ambicje znacznie przekraczają granice opowieści o fikcyjnych bohaterach. Takie pisarstwo może być wielkie – albo żadne.

Nie od początku jednak zamiary Franzena pokrywały się z jego publicznym wizerunkiem, choć już w swojej debiutanckiej powieści  usiłował przekształcić się z 29-latka z dyplomem wyższej uczelni w literacki autorytet swoich czasów. Publikacja „Dwudziestego siódmego miasta” w 1988 r. spotkała się z dosyć przychylną reakcją krytyki i publiczności, podobnie zresztą jak w przypadku późniejszego o cztery lata „Silnego wstrząsu”. Te dwie książki nie przyniosły jednak Franzenowi takiego uznania, na jakie liczył, co wpędziło go w trwający prawie całe lata 90. pisarski kryzys. Ale to najwyraźniej przebrnięcie przez ten literacki czyściec sprawiło, że po 13 latach od debiutu Franzen mógł odnieść spektakularny sukces.

Nie przypadkiem lukę w jego powieściopisarskiej karierze wypełniła publicystyka. Wśród pisanych m.in. dla „New Yorkera” i „Harper’s Magazine” esejów, zebranych w 2002 r. w książce „How to Be Alone”, znajdują się perełki reportażu śledczego, w których krystalizuje się metoda pisarska Franzena. Jeden z najciekawszych przykładów stanowi artykuł „Lost in the Mail” z 1994 r., opowiadający o kryzysie poczty federalnej w regionie Chicago:

Upadek zaczął się w czwartek, 20 stycznia 1994 r., około drugiej po południu, kiedy kobieta o nazwisku Debra Doyle zadzwoniła do menadżera swojej lokalnej poczty i powiedziała mu, że jej rodzina nie otrzymuje korespondencji od poprzedniego czwartku.

Wychodząc od jednostkowej historii, Franzen zatacza coraz szersze kręgi, sięgające od władz miasta i stanu aż do rządu federalnego w Waszyngtonie i dalej – do dziejów dyskryminacji rasowej w Stanach Zjednoczonych. Wszystko to okazuje się konieczne, aby zrozumieć pojedyncze zdarzenie. Franzen działa tu trochę jak neurotyczny analityk, który nie godzi się na zakończenie procesu analizy i za każdą przyczyną dopatruje się kolejnej, bardziej ogólnej, nie tracąc przy tym z oczu jednostkowego zdarzenia. To właśnie czyni z jego neurozy produktywny mechanizm literacki.

Rozwinięcie tej metody do rozmiarów powieściowych przyszło później. Najgłośniejszym natomiast skutkiem publicystycznego terminowania w latach 90. był – nawiązujący w tytule do Hamleta – esej „Perchance to Dream: In the Age of Images, a Reason to Write Novels” („Śnić może: w epoce obrazów powód, by pisać powieści”), przedrukowany później w rozszerzonej wersji pod bardziej wymownym tytułem „Why Bother?” („Po co się przejmować?”). Franzen wylewa w nim żale na kulturę mediów masowych i szybkiej komunikacji (co zresztą stanie się stałym motywem jego pisarstwa), w niej upatrując przyczyn własnego kryzysu pisarskiego. „Pisarz ma wciąż więcej i więcej do powiedzenia czytelnikom, którzy mają coraz mniej i mniej czasu na czytanie: Gdzie znaleźć energię, by zaangażować się w kulturę w kryzysie, gdy kryzys polega na niemożliwości zaangażowania się w kulturę?” – pisał, załamując ręce nad przyszłością powieści jako gatunku i przyszłością swoją jako powieściopisarza. W tym samym eseju – uznawanym przez krytyków za główny manifest jego twórczości – Franzen wyznaczał powieści niezmienne zadanie komplikowania obrazu świata i krytycznego odsłaniania jego ukrytych mechanizmów. I właśnie w tym „depresyjnym realizmie” znajdował Franzen ostatecznie motywację, by nie porzucać pisarskiego fachu.

Za tę wytrwałość został nagrodzony – dosłownie – na początku XXI wieku, kiedy ukazała się jego kolejna powieść. „Korekty” – na przekór wybitnie niesprzyjającym okolicznościom premiery, która odbyła się 10 dni przed atakami z 11 września 2001 r. i, jak przyznawał później pisarz, równie dobrze mogła utonąć w informacyjnym natłoku – błyskawicznie zdobyły uznanie i przyniosły autorowi kilka prestiżowych nagród. Wtedy też wykonał ruch tyleż ryzykowny, co genialny. Kiedy Oprah Winfrey ogłosiła, że „Korekty” zostaną włączone do jej prestiżowego klubu książkowego, który gwarantuje każdej wybranej książce masowy sukces w Stanach Zjednoczonych, Franzen początkowo z ochotą na to przystał (kto by nie przystał?), by na chwilę przed wizytą na kanapie Winfrey publicznie ogłosić, że rezygnuje z tego wyróżnienia. Tylko „wielki amerykański pisarz” mógłby sobie na coś takiego pozwolić. Wykonując ten gest, Franzen pokazał, że jest gotów przyjąć na siebie tę rolę.

Sukces pisarza – trzeba dodać na zasadzie lokalnego ekskursu – sprawił też, że jego powieści zostały błyskawicznie przyswojone polszczyźnie. Pośpiech wpłynął jednak niekorzystnie na jakość wydawnictw, które nie tylko rażą cokolwiek kiczowatymi okładkami, ale przede wszystkim jakością tłumaczenia i redakcji. Chlubnym wyjątkiem są „Korekty” w przekładzie Arkadiusza Nakoniecznika i Joanny Grabarek, pozwalającym docenić tempo narracyjne powieści. Niestety zupełnie inaczej jest w przypadku pozostałych tytułów, straszących natrętnymi anglicyzmami i sztucznie brzmiącymi dialogami. Takie wydawnicze wpadki sprawiają niestety, że polski czytelnik może słusznie zapytać: o co tyle hałasu?

Edyp ze Środkowych Stanów

Choć etykietka „wielkiego pisarza” sama w sobie jest niewiele warta, to pozwala uchwycić specyfikę pewnego typu pisarstwa, które jest możliwe tylko przy założeniu, że autor jest zarazem autorytetem, a literatura pełni uprzywilejowaną funkcję w poznawaniu świata. Wielka powieść realistyczna może powstawać jedynie pod piórem wielkiego pisarza, w innym wypadku traci swoją wiarygodność. Nie oznacza to jednak, że pisarz wynosi się ponad społeczność, którą chce opisywać. Przeciwnie, w zbiorze autobiograficznych esejów z 2006 r. „The Discomfort Zone” („Strefa dyskomfortu”) wyznaje: „Wychowałem się w środku kraju, w środku złotej ery amerykańskiej klasy średniej”.

To właśnie środkowoamerykańskie mieszczaństwo – purytańskie, konserwatywne, tradycyjne obyczajowo, przywiązane do wartości, skoncentrowane na życiu rodzinnym – jest grupą społeczną, którą Franzen zarazem reprezentuje i zdradza, by móc zarejestrować jej degradację. Przypomina przy tym Thomasa Manna, który z rozwoju i upadku niemieckiego mieszczaństwa uczynił, zaraz obok refleksji nad własną pozycją wyrodnego spadkobiercy, swój naczelny temat. Franzena i Manna łączy też umiejętność operowania zmienną skalą obserwacji, pozwalającą na ukazywanie tych samych mechanizmów społecznych na różnych poziomach szczegółowości.

Jonathan Franzen, „Dwudzieste siódme miasto”. Przeł. Witold Kurylak, Sonia Draga, 560 stron, w księgarniach od maja 2014Jonathan Franzen, „Dwudzieste siódme miasto”. Przeł. Witold Kurylak, Sonia Draga, 560 stron, w księgarniach od maja 2014„Korekty” stanowią najwyrazistszą realizację tej strategii. Losy członków rodziny Lambertów – starzejących się rodziców i trojga dorosłych dzieci – zostają wpisane w niezwykle złożoną siatkę relacji, której granic nie da się łatwo wyznaczyć. Charakteryzuje się ona przy tym własną dynamiką, która sprawia, że każdy z bohaterów, choć na własny sposób i we własnym tempie, przemieszcza się po trajektorii wyznaczanej przez tytułowe korekty: poprawki, uzupełnienia, ale i najczęściej bolesne rewizje. Choć losy każdego z przedstawicieli młodszego pokolenia Lambertów – cierpiącego na depresję, ale odnoszącego sukcesy zawodowe Gary’ego, rozczarowanego akademickim marksizmem Chipa oraz uwikłanej w toksyczne relacje erotyczne z mężczyznami i kobietami szefowej kuchni Denise – wydają się odmienne i osobne, to ostatecznie okazują się uwikłane w ten sam splot uwarunkowań.

W „The Discomfort Zone” Franzen opisuje, jak pod wpływem klasycznej literatury niemieckiej odkrył, że członkowie jego rodziny „są prawdziwymi ludźmi, a nie tylko relacjami”. Ale dopiero odwrócenie tego rozpoznania i uznanie, że ludzie są przede wszystkim zbiorami relacji, sprawia, że „Korekty” zyskują właściwą sobie dynamikę i stają się – według sformułowania z „Why Bother?” – „żywe i wieloznaczne jak miasto”.

Franzen nie opiera się – w gruncie rzeczy teologicznej – skłonności do sprowadzania tych rozplenionych relacji do jednego źródła. Tyle tylko, że miejsce Boga jako gwaranta sensów zajmuje u niego matka – źródło wszystkich problemów. O pokręconych relacjach z matką opowiadał już „Silny wstrząs”, druga powieść Franzena. Jej główny bohater, Louis Holland usiłuje uporządkować swoje układy z rodzicami – matką w szczególności – po trzęsieniu ziemi, w wyniku którego ginie jego ekscentryczna babka, pozostawiając rodzinie ponad 20 milionów dolarów spadku. W Lousie walczą ze sobą sprzeczne skłonności: do uwolnienia się od matki, do uzyskania od niej zadośćuczynienia za zmarnowane dzieciństwo, czy po prostu do zrobienia jej na złość w imię społecznej uczciwości.

Matka zajmuje też centralne miejsce w konfesyjnych esejach pisarza, w których postać Irene Franzen zostaje opisana w kilku co najmniej rolach: gwarantki rodzinnych praw, nadgorliwej opiekunki, depozytariuszki tradycyjnych wartości, uwikłanej w sprzeczności nieszczęśliwej małżonki czy wreszcie umierającej staruszki walczącej do końca o swoją godność. Choć z pewnością dałoby się w tej natrętnej obecności dostrzec symptomy nieprzepracowanego kompleksu Edypa, to Franzenowi udaje się rozegrać tę obsesję w znacznie ciekawszy sposób, który mówi tyle o samym pisarzu, co o kondycji amerykańskiego społeczeństwa w ogóle.

Spiskowiec

Trudności z wywikłaniem się z relacji rodzinnych i uwolnieniem od matczynej kontroli stoją zapewne za drugą największą obsesją Franzena, którą dałoby się określić za pomocą par przeciwieństw: skryte – jawne, prywatne – publiczne. I nie chodziłoby w tym wypadku wyłącznie o trudności z rozgraniczeniem jednego od drugiego, ale też o niebezpieczeństwo wzięcia jednego za drugie.

Jonathan Franzen, „Silny wstrząs”. Przeł. Witold Kurylak, Sonia Draga, 544 strony, w księgarniach od kwietnia 2015Jonathan Franzen, „Silny wstrząs”. Przeł. Witold Kurylak, Sonia Draga, 544 strony, w księgarniach od kwietnia 2015W eseju „Imperial Bedroom” ze zbioru „How to Be Alone” Franzen pisze o swojej konfuzji powstałej w wyniku dwóch wydarzeń: opublikowania raportu dotyczącego romansu Billa Clintona z Moniką Levinsky oraz rutynowej kontroli operatora karty kredytowej. „Poczułem się osaczony, kiedy byłem najwyraźniej bezpieczny, i poczułem się bezpieczny, kiedy byłem najwyraźniej osaczony” – powiada, i by wyjaśnić tę pozorną sprzeczność, rozwija teorię sfery publicznej wyznaczanej właśnie przez izolację, a więc ochronę prywatności. Dla Franzena prywatyzacja tego, co publiczne – charakteryzująca tak nielubianą przez pisarza współczesną kulturę rozrywkową – stanowi istotne zagrożenie dla prywatności, która nie może już liczyć na bezpieczne schronienie.

Ale i sfera publiczna napastowana przez prywatność – domenę sekretów – traci swoją pożądaną przejrzystość. Przekonuje się o tym bohater debiutanckiego „Dwudziestego siódmego miasta”, Martin Probst – zamożny i uprzywilejowany w społeczności St. Louis deweloper. Jak powiada o nim narrator: „W końcu Probst żył na świecie nie od wczoraj. Wiedział, że nie ma Boga, nie ma spisku, nie ma ukrytego znaczenia; w ogóle nie było niczego. Z wyjątkiem koszul”. Prostoduszność bohatera zostaje wystawiona na próbę, gdy w mieście dochodzi do zmian, nad którymi on sam nie panuje i których, co gorsza, nie rozumie. Manipulacje na rynku nieruchomości i polityczne zawirowania zmierzające do administracyjnego połączenia St. Louis z hrabstwem okazują się elementem szeroko zakrojonej intrygi. Stoi za nią pochodząca z Indii S. Dżammu, świeżo mianowana komendantka policji w St. Louis, odgrywająca rolę zbawicielki pogrążonego w kryzysie miasta, a w istocie realizująca polityczne zamówienie środowisk związanych z Indirą Gandhi.

Pomysł fabularny, w ramach którego stabilność amerykańskiego miasta zostaje zagrożona przez inwazję żądnych pieniędzy Hindusów, może się wydawać cokolwiek rasistowski, a usprawiedliwić go może co najwyżej stan amerykańskiej świadomości lat 80. Ważniejsze okazuje się jednak to, że manipulując życiem miejskich decydentów, Dżammu narusza ustalone zasady gry oddzielające prywatne od publicznego.

Ta skłonność do myślenia spiskowego, przejęta przez Franzena od jednego z jego mistrzów, Pynchona, jest stale obecna we wszystkich jego powieściach. W „Silnym wstrząsie” osią intrygi są machinacje koncernu chemicznego zatajającego sposoby składowania niebezpiecznych substancji. W „Korektach” z jednej strony mamy do czynienia z niejasnymi operacjami na rynku transportu kolejowego, z drugiej – nieprzejrzystymi zasadami dostępu do terapii medycznych, z trzeciej – pokrętnymi interesami na potransformacyjnej Litwie (!).

Jonathan Franzen, „Korekty”. Przeł. Arkadiusz Nakoniecznik, Joanna Grabarek, Sonia Draga, 584 strony, w księgarniach od maja 2015Jonathan Franzen, „Korekty”. Przeł. Arkadiusz Nakoniecznik, Joanna Grabarek, Sonia Draga, 584 strony, w księgarniach od maja 2015W „Wolności” z 2010 r., spiętrzenia spisków i tajemnic nie tylko przydarzają się bohaterom, ale stanowią też część ich strategii radzenia sobie z nimi. Jeden z głównych bohaterów powieści, Walter Berglund, prawnik specjalizujący się w regulacjach środowiskowych, angażuje się w przedsięwzięcie mające na celu ochronę rzadkiego gatunku ptaków, finansowane jednak przez przemysł wydobywczy. Usiłując przechytrzyć swoich pracodawców, o których wie, że wiedzą, że usiłuje ich przechytrzyć, Walter buduje coraz bardziej skomplikowane taktyki, w których sam ostatecznie się gubi. Ten mechanizm ma także swoje odbicie w życiu prywatnym bohaterów – Walter, jego żona Patty oraz ich przyjaciel, muzyk rockowy Richard Katz, wikłają się w kolejne poziomy oszustw, wobec siebie i innych.

Uwikłanie w niemożliwe do zrozumienia, a tym bardziej rozwiązania, sieci relacji i sprzeczności w pierwszych trzech powieściach Franzena prowadziło bohaterów do rozpaczy. W „Wolności” pojawia się jednak, trochę na zasadzie deus ex machina, obietnica prostoty i bezpośredniości. Przychodzi ona, rzecz jasna, ze strony natury. A właściwie nadlatuje. W ostatnim rozdziale „The Discomfort Zone” Franzen opisuje, w jaki sposób jego własne problemy osobiste: choroba i śmierć matki, kryzys pisarski, liczne przeprowadzki, rozwód, nowy związek, wahania dotyczące posiadania dziecka – w jaki sposób wszystkie te problemy znalazły swoje proste rozwiązanie w pasji do oglądania ptactwa (angielszczyzna ma na to jedno ładne słowo: birdwatching). Uczenie się trudnych do dostrzeżenia cech dystynktywnych, cierpliwe wypatrywanie rzadkich okazów, satysfakcja czerpana z faktu, że widziało się nieoglądany dotąd gatunek – mają stanowić odtrutkę na nieznośne zawikłanie świata.

Czystość

Choć w birdwatchingu Franzena można się dopatrywać fantazji o bezpośredniości i naturalności świata, to ostatnia powieść, „Bez skazy” (w oryginale „Purity”), jest kolejnym w jego dorobku dowodem na niemożliwość czystego załatwienia spraw. Podobnie jak w „Korektach” i „Wolności”, Franzen rozpisuje tytułową metaforę na złożoną sieć znaczeń. Jest tu więc i czystość głównej bohaterki, Pip (zdrobnienie od Purity) Tyler, która jak w klasycznym Bildungsroman wyrusza w świat, by zdobyć wiedzę o sobie. Jest też religijna (purytańska!) potrzeba oczyszczenia, wyznania i odpuszczenia grzechów, a właściwie nie tyle grzechów, ile sekretów, które stanowią grzech największy. Jest czystość i nieczystość intencji stojących za przedsięwzięciami postulującymi oczyszczenie sfery publicznej. Są także próby czyszczenia własnej przeszłości i zaczynania od czystej kartki.

Jonathan Franzen, „Wolność”. Przeł. Witold Kurylak, Sonia Draga, 610 stron, w księgarniach od października 2011Jonathan Franzen, „Wolność”. Przeł. Witold Kurylak, Sonia Draga, 610 stron, w księgarniach od października 2011W „Bez skazy” pojawiają się wszystkie stałe motywy pisarstwa Franzena: zawikłane relacje z matką, podmywanie publicznego przez prywatne, sekrety napędzające działania bohaterów, teorie spiskowe i seks jako narzędzie władzy. Nowe jest jednak umieszczenie akcji powieści w dwóch kontekstach, które Franzen wydaje się słabo znać.

Niemcy – a ściślej Berlin i Monachium – pisarz odwiedzał dwukrotnie na początku lat 80. jako student germanistyki. Opublikował także swoje przekłady „Przebudzenia wiosny” Franka Wedekinda oraz esejów Karla Krausa („The Kraus Project” z 2013 r.). O zainteresowaniu pisarza światem zza żelaznej kurtyny, ale tym już po transformacji, świadczą kuriozalne wątki w „Korektach” – gdy Chip trafia w sam środek zamachu stanu na Litwie i ewakuuje się stamtąd przez Warszawę, oraz w „Wolności” – gdy syn Berglundów, Joey, negocjuje z Polakami dostawy części do transporterów militarnych. Oba te epizody są jednak na tyle karykaturalne, że równie dobrze mogłyby mieć miejsce w Kazachstanie Borata. Tylko trochę inaczej jest w przypadku NRD w „Bez skazy”. Nie ma tu miejsca na groteskowe przegięcia, pojawiają się za to jakieś sygnały historyczności: agenci Stasi w czarnych samochodach, dacze wysokich urzędników państwowych. „Republika Złego Smaku” jest jednak w powieści ulepiona z fantazmatów o życiu w państwach komunistycznych, przefiltrowanych przez pisarstwo Milana Kundery. Po co one rasowemu realiście?

Totalitarna NRD ma stanowić metaforę dla zjawiska, które wydaje się znacznie bardziej dotkliwe dla Franzena – internetu. Jeden z bohaterów, z którymi styka się w swoich podróżach Pip, Andreas Wolf – jest pochodzącym ze wschodnich Niemiec aktywistą, wzorowanym na Julianie Assange’u, założycielu WikiLeaks. Działalność Wolfa, polegająca na publikowaniu w internecie tajnych dokumentów w celu „oczyszczenia” życia publicznego z nadużyć, odsłania swoje „nieczyste” zaplecze. Dialektyka czystości i nieczystości nie jest jednak jeszcze niczym wyjątkowym, szczególnie w przypadku postaci wzorowanej na Assange’u, oskarżanym przecież o przestępstwa seksualne (o czym w powieści przypomina się czytelnikom co najmniej kilka razy).

Jonathan Franzen, „Bez skazy”. Przeł. Zbigniew Kościuk, Sonia Draga, 664 strony, w księgarniach od 21 października 2015Jonathan Franzen, „Bez skazy”. Przeł. Zbigniew Kościuk, Sonia Draga, 664 strony, w księgarniach od 21 października 2015Znacznie ciekawsze jest to, w jaki sposób Franzen traktuje internet jako całość. Okazuje się on przestrzenią alienujących nieporozumień, uwikłań i fałszywych obietnic. I nie chodzi wyłącznie o fałszywą retorykę firm takich, jak Facebook czy Google, które przeciwstawiając się państwowej inwigilacji, maskują tylko własne praktyki komercjalizowania prywatności. Podejrzana jest cała „kultura internetu” z jej zwyczajami, rytuałami, praktykami i wartościami. Dlatego Wolf może bez problemu porównać internet do realnego socjalizmu, za wspólny mianownik przyjmując totalitaryzm: „Wystarczyło zastąpić słowo «socjalizm» słowem «sieć», żeby wyszedł internet. Konkurencyjne platformy, które go tworzyły, łączyła ambicja zdefiniowania każdej części naszego istnienia”.

Choć w „Bez skazy” Franzen usiłuje uwzględnić sieć jako przestrzeń działania swoich bohaterów: cytuje pisane przez nich maile wraz z emotikonami, pozwala im zdobywać wiedzę z Facebooka – to jednak traktuje internet z dużą dozą dystansu. Stosunek pisarza do sieci wyjaśnia chyba najlepiej opublikowany w „New Yorkerze” esej „Farther Away”, poświęcony samobójstwu Davida Fostera Wallace’a, wieloletniego przyjaciela Franzena. Stwierdzając, że najważniejsza powieść Wallece’a, „Infinite Jest” – z jej „przypisami, dygresjami, nielinearnością i hiperłącznością” – zapowiadała rozwój internetu (pozostawmy już na boku pytanie o to, jak powieść z 1996 r. mogła wyprzedzać powstanie internetu pod koniec lat 60.), Franzen zarówno swojemu cierpiącemu na depresję przyjacielowi, jak i sieci przypisuje chorobliwą skłonność: „aby być wszystkim i czymś jeszcze”. A tylko zaakceptowanie swoich ograniczeń (na poziomie egzystencji) i stawienie oporu totalności (na poziomie internetu) – może uchronić przed samobójstwem.

Ale co, jeśli nie internet? W „Bez skazy” działaniom Wolfa zostaje przeciwstawione porządne, uczciwe dziennikarstwo śledcze, uosabiane przez Leilę Helou – chyba najmniej uwikłaną w toksyczne relacje (co nie znaczy, że wcale nieuwikłaną) postać. To właśnie ona uczy Pip, jak zdobywać cenne informacje w „prawdziwym” życiu, jak wiązać je w koherentną całość i jak budować z nich sensowną narrację – przeciwieństwo informacyjnego chaosu tworzonego przez Wolfa, Assange’a i im podobnych.

Franzen na Festiwalu Conrada

Jonathan Franzen będzie gościem Festiwalu Conrada, odbywającego się w Krakowie. W sobotę 24 października o godz. 20:00 spotkanie z pisarzem w Pałacu pod Baranami poprowadzi Grzegorz Jankowicz. Następnego dnia pisarz wygłosi wykład „Jak pisać”, towarzyszący gali Nagrody Conrada.

Ten odwrót od sieci – i od „sieciowości” – znajduje swoje nieoczywiste przełożenie na kompozycję powieści. W miejsce działającej fenomenalnie w „Korektach” relacyjności, w „Bez skazy” mamy raczej do czynienia z serią wglądów w osobowości: długich rozdziałów poświęconych każdej z głównych postaci. Choć ich losy w końcu się splatają, to nie ma tu mowy o współkształtowaniu się tożsamości bohaterów. Każdy z nich jest osobnym, substancjalnym podmiotem. Takie uproszczenie światopoglądu w przypadku Franzena, który w swoich dwóch wcześniejszych powieściach dowiódł, że nie chodzi na łatwiznę, jest po prostu rozczarowujące. A „Bez skazy” okazuje się krokiem wstecz w ewolucji jego pisarstwa.

Pod konfliktem między WikiLeaks a dziennikarstwem śledczym można bez problemu wyczytać spór między kulturą internetu a kulturą powieści. Franzen powraca tu wyraźnie do swojego sprzeciwu wobec kultury masowej, wyrażanego w „Why Bother?”. O ile jednak w połowie lat 90. można było jeszcze liczyć na to, że sprzeciw wobec internetu coś da, to pojedynkowanie się z siecią za pomocą powieści w 2015 r. jest już tylko donkiszoterią. Ale może właśnie na tym polega strategia Franzena: na podtrzymywaniu szlachetnych, choć nieużytecznych mitów? Takich jak ten o „wielkim amerykańskim pisarzu”.