Czego nie widać

7 minut czytania

/ Film

Czego nie widać

Darek Arest

Sugestie, aluzje, przemilczenia – Jerzy Skolimowski robi w „11 minutach” wiele, by niczego nie powiedzieć. I, niestety, udaje mu się to znakomicie

Jeszcze 2 minuty czytania

Debiutanckie filmy Skolimowskiego to jedne z najbardziej naturalnych eksplozji talentu, jakie przydarzyły się kinu. „Rysopis” i „Walkower” mają w sobie lekkość gwałtownego gestu, zdają się raczej wyplute, wykrzyczane i wyśpiewane niż „wyprodukowane” i „wyreżyserowane”. Grany przez reżysera bohater błąkał się po ekranie, jakby nie obchodziła go fabuła i technika realizacji. Po prostu jest, intryguje i obnosi się ze swoim ironicznym poczuciem humoru. Skolimowski opierał się wtedy na długich ujęciach, na jazdach kamery, podczas których aktorzy wchodzili i wychodzili z kadru. Taka strategia wymaga starannego planowania, ale praktycznie eliminuje montaż. Kiedy więc reżyser zaczynał pracować na Zachodzie, musiał odrzucić metodę stanowiącą o jego stylu i uczyć się rzemiosła na nowo. Mimo tego, w zrealizowanych niemal pół wieku później „Czterech nocach z Anną” wciąż można dopatrzyć się śladów tej samej wrażliwości, która zdecydowała o jego sukcesie w latach 60. Jeśli rozpatrywać „11 minut” jako kolejne przekroczenie siebie i swojego stylu, to ćwiczenie znowu się udało: nie ma tu prawie nic z tego, co uchodzi za „skolimowskie”. Wiele wysiłku idzie w to, by czegoś nie zrobić w określony sposób, nie pokazać i nie powiedzieć. Niestety niewiele po tej operacji zostaje – ledwie parę ziarenek grochu, grzechoczących na dnie dużego, pustawego garnka.

Planszą, na której toczy się gra, jest centrum współczesnej Warszawy, całkiem sprytnie udającej metropolię w rodzaju Nowego Jorku. Pionkami jest cały szereg mijających się postaci, które sprawiają wrażenie, jakby trafiły tu z planów dziesięciu różnych filmów. Jest aktorka uczestnicząca w dziwnym castingu, jej zazdrosny mąż, który krąży po hotelowych korytarzach, naćpany kurier motocyklowy, jego sprzedający hot dogi ojciec, zdesperowany chłopiec krążący wokół lombardu. Można skrupulatnie wymieniać i silić się na opisy, ale wiadomo od samego początku, że żaden z bohaterów nie ma tak naprawdę znaczenia, bo chodzi wyłącznie o nich wszystkich i o ten moment, w którym nieubłaganie przetną się ich ścieżki, by mogło wydarzyć się coś większego. Konstrukcyjnie „11 minut” to popularna w kinie amerykańskim mozaika w rodzaju „Magnolii” czy „Miasta gniewu”, z tą różnicą, że silnikiem zdarzeń nie jest tu fabuła, ale jakieś podskórne poczucie niepokoju. Zaraz stanie się coś złego – nieuchwytne zagrożenie towarzyszy wszystkim wydarzeniom pokazanym na ekranie. Ale niepokój nie wynika z fabuły – to fabuła wynika z niepokoju.

W przypadku Skolimowskiego wybór takiej akurat formuły jest szczególnie prowokacyjny. Od pierwszych filmów, w których sam wcielał się w swoje alter ego, do „Essential Killing”, reżyser budował swoje opowieści wokół indywidualnej, intymnej perspektywy, a czasoprzestrzeń najczęściej zagęszczał tak, że godzina wydawała się chwilą – w najnowszym filmie rozciąga w nieskończoność tytułowe 11 minut, pokazując wielokrotnie to samo z różnych perspektyw. Samo to zwielokrotnienie nadaje sytuacji cech nadnaturalnych. Takie opowieści zamiast zbliżenia zawsze proponują oddalenie, spojrzenie z „boskiego” dystansu. Ten dystans reprezentuje w „11 minutach” policjant śledzący obraz stolicy przez system monitoringu. Jednak nawet on musi zadowolić się fragmentami, bez wiedzy o tym, co kryje się za krawędzią kadru czy martwym pikselem na ekranie. Film Skolimowskiego jest pełen właśnie takich martwych pikseli, które są efektowne, ale nie dość efektywne w ukrywaniu słabości i banału.

„11 minut”


Sytuacje, z których zbudowana jest opowieść, są wręcz uderzająco banalne i statyczne. Mamy tu co prawda gdzieś na marginesie wciąganie koksu, seks, pościg uliczny i bitwę stoczoną przez ratowników medycznych na klatce schodowej kamienicy, ale wszystkie te dramatyczne wątki odgrywają trochę rolę alibi. Zadanie większości postaci polega bowiem na tym, że przebywają po prostu w jakimś miejscu: kochankowie przekomarzają się w hotelowym łóżku, hipsterka o egzotycznej urodzie oprowadza po centrum swojego psa, malarz smaruje tuszem nadwiślański pejzaż. Cała temperatura nadająca zdarzeniom aurę złej wróżby pochodzi z zewnątrz – jest zrobiona muzyką, zdjęciami, montażem. I właśnie poczuciem, że wielu elementów w tej układance brakuje. „11 minut”, zarówno na poziomie fabularnym, jak i formalnym, zbudowane jest przede wszystkim właśnie z tego braku. Skolimowski wrzuca wiele fałszywych tropów i rozpraszaczy uwagi, sugerujących, że zjawiliśmy się w środku imprezy, przeoczyliśmy pierwszy akt, że za każdą postacią stoi coś więcej niż to, co zostało pomieszczone na ekranie. Sugeruje wydarzenia, których nie jesteśmy świadkami, wprowadza niejednoznaczność w relacjach bohaterów, unika zbudowania klarownego kontekstu i przejrzystego łączenia wątków. Sporo tu gimnastyki, by niczego wprost nie powiedzieć, by film nie stanął przed widzem nagi. Gdyby odrzeć go jednak z tej wypracowanej w pocie czoła intrygującej mgiełki i wymusić z niego, co ma do powiedzenia, musielibyśmy uznać, że mamrocze coś niewyraźnie o współczesności, powierzchowności życia, pośpiechu, mijaniu się i kruchości względem „11 minut”„11 minut”, reż. Jerzy Skolimowski.
Polska 2015, w kinach od 23 października
fatum, które dawno przesądziło o naszym losie.

Najlepsze filmy Skolimowskiego nigdy nie były skonstruowane z tez, dawały raczej wyraz jego wrażliwości i intuicji. Tak samo jest tutaj, tyle że zabrakło tarczy autoironicznego humoru, która pomagała mu do tej pory wykpiwać upojenie poczuciem własnej nieważności i przypadkowości. To, w czym autor „Bariery” był zawsze najlepszy: w kameralnych sytuacjach, w dialogach, czyli tam gdzie zbliża się do sfery intymnej bohatera, w „11 minutach” pojawia się pod postacią strzępów, przytłoczonych zresztą przez finałowy wysiłek sklejenia odłamków w coś większego. I niewiele zmienia fakt, że podczas gdy większość filmów mozaikowych gra pod dyktando jakiegoś metafizycznego dyrygenta, Skolimowski postuluje raczej dyktat chaosu. Finał, do którego wszystko się tu sprowadza, jest gestem smutnym w swojej desperacji, bardzo wysilonym i ostatecznie pustym. Nieszczęście, które przychodzi, by mogło się wydarzyć, wymaga tylu sprzyjających okoliczności, że w gruncie rzeczy przypomina szóstkę trafioną w lotku. Andrzej Leszczyc z „Walkowera” doceniłby ironię sytuacji.