Lubię tu być
Lokator, fot. Kamila Zarembska

21 minut czytania

/ Literatura

Lubię tu być

Rozmowa z PIO Kalińskim i Mateuszem Pakułą

Żyjemy w epoce wygody. Im łatwiejszy dostęp do literatury, tym lepiej. Nie mam problemu z tym, że ludzie kupują książki w dyskontach. Trzeba się cieszyć, że w ogóle czytają. A u nas w Lokatorze można nie tylko kupować, ale też oglądać i rozmawiać o książkach

Jeszcze 5 minut czytania

MACIEJ JAKUBOWIAK: Czy można tu kupić piwo?
PIO KALIŃSKI: Nie!
MJ: Dlaczego?
PIO: Zaczynasz tak, jak wszyscy, którzy robią ze mną wywiady od jakichś czterech lat. Zawsze pytają, czy można kupić piwo w Lokatorze. Naprawdę, taki jest początek tej rozmowy?
MICHAŁ SOWIŃSKI: To pierwsze pytanie, które się nasuwa.
PIO: Jeszcze rok temu można było kupić, takie małe butelkowe, na smaka. Ale jako że idea zmiany wizerunku zakładała obrót o sto osiemdziesiąt stopni, to piwo się tu po prostu nie przyjęło. Było zupełnie nie na miejscu i ludzie to czuli. Nie było takiej potrzeby. O dwudziestej kończymy pracę i wtedy mamy czas, żeby iść na piwo i pogadać. Wcześniej to w Lokatorze od dwudziestej wszyscy przychodzili i zaczynali pić piwo. Nie ukrywam, że zmiana nastąpiła po tym, jak urodził się Franciszek. Życie z dziećmi automatycznie zmieniło cykl imprezowy. A Lokator był kiedyś stuprocentowo imprezowy.

MJ: Już dwa razy powiedziałeś o dawnych miejscach „Lokator”. Nie siedzimy teraz w Lokatorze?
PIO: Staram się to rozgraniczać. To jest niby ta sama firma, bo Lokator funkcjonuje od 14 lat i po prostu zmienia siedziby, natomiast idea była taka, żeby zmienić imprezownię w miejsce, gdzie wciąż można się spotkać i pogadać, ale przede wszystkim można spotkać literaturę. Kiedyś była tylko duchem, a teraz jest namacalna. Jest wybrany księgozbiór, są spotkania literackie, ale też przychodzą ludzie, którzy są literaturą zainteresowani. W dalszym ciągu przesiaduje tu Jurek Franczak, może nie tyle, co kiedyś. Ale za to częściej można spotkać Grzesia Franczaka. Przyzwyczajenia pozostały.

MATEUSZ PAKUŁA: To miejsce ma mnóstwo plusów dla literatów. To właśnie tu napisałem połowę zbioru dramatów „Panoptikos”. I Grzegorz Franczak tak samo.
PIO: Dokładnie, „Kobierki” powstawały już tutaj.
MP: W starym Lokatorze nie dałoby się tego zrobić, przynajmniej ja bym nie umiał.
MS: A dlaczego tylko pół?
MP: Drugie pół napisałem już w swoim biurze, w klitce, którą wynająłem w Forum Przestrzenie, żeby się nie rozpraszać ludźmi, którzy tu przychodzili. Ale to pół książki, które powstało tu, jest lepsze.
PIO: Kiedyś istniał Point, taka kafejka internetowa na Grodzkiej – tam Jurek Franczak napisał swoją pierwszą książkę. Siedział przy komputerze, kasował ludzi, którzy przychodzili na internet, i klepał, i klepał. Potem nastała dekada Lokatora. Tam różni ludzie coś pisali, choć nie powstawały może całe powieści. Ale już w Lokatorze na Krakowskiej przecież swoje powieści pisali i Łukasz Orbitowski, i Jurek Franczak, i Robert Ostaszewski. Natomiast tutaj Mateusz Pakuła i Grzegorz Franczak. Jest piękna kontynuacja.
MP: A kto wie, czy ktoś jeszcze tu czegoś nie napisał. Może ktoś się nie przyznał.

LOKATOR

Krakowska księgarniokawiarnia założona w 2001 r. przez PIO Kalińskiego. Od 2006 r. działa również wydawnictwo Lokator Media. Lokator był wydawcą art-zinu „Mrówki w czekoladzie” (2001–2006) oraz magazynu „Mrówkojad” (2006–2010). W 2015 r. wydawnictwo zostało laureatem pierwszej edycji konkursu Promotor Debiutów. Wyróżniona książka, „O pochodzeniu łajdaków, czyli opowieści z metra” Tomasza Wiśniewskiego, ukaże się w grudniu 2015.

Lokator kilkukrotnie zmieniał lokalizację. W latach 2001–2006 mieścił się przy ul. Krakowskiej 10 (róg Meiselsa), w latach 2006–2011 – przy ul. Krakowskiej 27. Od 2011 r. działa przy ul. Mostowej 1. W 2014 r. na krakowskim Podgórzu powstała filia Lokatora przy ul. Stromej 6.

MS: Kim są lokatorzy Lokatora?
PIO: Lokator starzeje się razem ze mną, ale też ze swoimi lokatorami.
MP: Ja do pierwszego Lokatora przychodziłem, mając lat 20.
PIO: Miałem 24 lata, kiedy założyłem Lokatora. Bywa tu część takich dawnych lokatorów, którzy już w ogóle nie chodzą po knajpach. Forma wpadania na poranną kawę albo po książkę bardziej pasuje. A jeśli już się mamy spotkać wieczorem, to od wielkiego dzwonu, jak mamy wychodne. Czasem, kiedy spotykamy się ze znajomymi, powracają stare historie: „A pamiętasz to? A pamiętasz tamto?”. Te wspomnienia są żywe. Wszyscy się jednak zmieniamy, rodzą się dzieci. Myślę, że gdyby Lokator utknął w swojej pierwszej siedzibie na Meiselsa, wyglądałoby to zupełnie inaczej.

MJ: Czy to nowe, eleganckie miejsce, z książkami i kawą, bardzo warszawskie, byłoby możliwe bez swojej legendy z Meiselsa i Krakowskiej?
PIO: Lokator jest możliwy, dopóki ludzie wiedzą, że to jest Lokator. To jest fenomen tego miejsca.
MP: Nowy Lokator wydaje dużo więcej książek niż kiedyś. I to go też odróżnia od innych krakowskich księgarni, które zajmują się tylko sprzedawaniem książek.
PIO: Nasza księgarnia to przede wszystkim fajne miejsce promocyjne. Wszystko, co chcemy robić wokół wydawnictwa, możemy robić tu. Ale oczywiście nie ograniczamy się do niego, bo współpracujemy z zaprzyjaźnionymi księgarniami z całej Polski, choć tylko takimi, które myślą o tym, co sprzedają. Po tym można poznać dobrą księgarnię: pracujący tam ludzie patrzą na książkę i wiedzą, że to nie jest towar, ale pewien twór artystyczny, i doceniają to. Ja nawet się nie pcham do księgarni sieciowych, bo wiem, że moje książki by tam przepadły. Wiem, że jeśli księgarz nie doceni książki, to jej tak naprawdę nie ma. To się sprawdza i coraz więcej małych księgarni właśnie w ten sposób działa.

MJ: Jak doszło do tego, że wydajesz książki autorów z grupy OuLiPo?
PIO: Zaczęło się od przenosin na Krakowską i od „Mrówkojada”, który wtedy wystartował. „Mrówki w czekoladzie” – czyli niezależny art-zin na najdziwniejsze tematy, wyszło tego aż 99 numerów – rządziły na Meiselsa. Natomiast na Krakowskiej 27 bardzo dużo się zaczęło dziać, natłok imprez, koncertów, wystaw. Stworzyliśmy pismo, żeby powstała o tym wszystkim jakaś pamięć. Sporo się w nim udzielali Jacek Olczyk, Jurek Franczak, Grzegorz Jankowicz, ale też Jan Gondowicz, który pisał wykłady patafizyczne, Agnieszka Taborska, która do każdego numeru pisała felietony. Bardzo fajna grupa ludzi.

Jacek Olczyk – wtedy chyba bronił magisterkę – przetłumaczył „Teatr 1” Pereca. Od tego się zaczęło. Jak to oceniam z dzisiejszej perspektywy, to był największy błąd wydawnictwa, że „Teatr 1” poszedł na pierwszy ogień. To książka, która nawet dzisiaj się zupełnie nie sprzedaje, a ludzie sięgają po nią dopiero wtedy, kiedy kupią inne książki Pereca. Teraz dopiero mógłbym ją spokojnie wydać. Ale trzeba popełnić swoje pierwsze błędy. Wtedy to było wielkie wydarzenie: pierwsza książka z Serii Potencjalnej, plany na kolejne tytuły. To przedsięwzięcie zgromadziło też fajnych tłumaczy, bo i Annę Wasilewską, i Wawrzyńca Brzozowskiego. Dzięki temu kolejną książką był „Gabinet kolekcjonera”, który przetłumaczył Wawrzyniec, i „Człowiek, który śpi” w tłumaczeniu Anny Wasilewskiej.

Natomiast lata wcześniej to Grzegorz Jankowicz zaraził mnie Perekiem po pierwszym wydaniu „Życia instrukcji obsługi”. Złamał kiedyś rękę i bardzo mu się nie chciało jechać na konferencję do Katowic, więc siedział w Lokatorze i przez cały dzień opowiadał mi fabułę „Życia instrukcji obsługi”. Zaraz po tym spotkaniu kupiłem własny egzemplarz. Później odbywały się spotkania patafizyczne, spirala została nakręcona, brnęliśmy w to dalej. A teraz, dzięki temu, że poznałem Jacques'a Joueta i bardziej osobiście wszedłem w struktury OuLiPo, jest mi łatwiej. Czuję się w tym świecie bardziej swojsko.

MJ: Planujesz zostać oulipiańczykiem?
PIO: Nie. Ale mam wielką przyjemność w wydawaniu tych książek. Choć zdaję sobie sprawę, że Jouet nie jest u nas najbardziej poczytnym autorem, to z wielką przyjemnością rozmawiam z nim o kolejnej książce czy o kolejnym autorze, którego chcemy promować w Polsce. Bardzo fajnie się z nimi współpracuje i chyba w tym tkwi problem: trudno z tym zerwać.
MS: A czy to się opłaca?
PIO: Finansowo? Oczywiście, że nie. Ale satysfakcja z powoływania tych książek do życia w Polsce jest wielka. Mam zresztą wielką satysfakcję z każdej książki, którą wydaję: czy to jest rozsławiony już Perec, czy mniej znany w Polsce Jouet. Na pewno nie jest to nasze jedyne źródło dochodów. Jest księgarnia, jest wydawnictwo, czasem sprzedają się moje grafiki. Ale już z racji braku czasu musiałem zrezygnować z dodatkowych zleceń. Nie robię już projektów dla innych wydawnictw, nie robię projektów plakatów, którymi się kiedyś zajmowałem, ale też wydawałem wtedy mniej książek. Coś za coś.

MS: Czy to, że prowadzisz księgarnię i spotykasz na co dzień ludzi, którzy kupują książki, wpływa jakoś na twoje decyzje wydawnicze?
PIO: Kompletnie nie. To raczej my staramy się wpływać na to, co nasi klienci mogą tu kupić, niż na odwrót.
MP: Pamiętam, że kiedy tu przesiadywałem, przyszła raz pani, która chciała kupić jakąś „sensowną książkę, tylko żeby to nie było żadne lewactwo” – jak powiedziała, grożąc Gosi palcem. Rozejrzała się, no i w tym, co jej tu zaproponowałeś, niczego dla siebie nie znalazła.
PIO: Czyli samo lewactwo? Zdarzają się różni klienci. Na przykład dzisiaj rano zjawiła się pani, która po prostu szukała jakiejś fajnej książki i wyszła z czterema, totalnie zachwycona. Jeśli sam lubisz książki i znasz to, co masz w księgarni, możesz też wyczuć, co polubi klient. Nie jest to jakoś specjalnie trudne, po kilku latach pracy w księgarni można taką wiedzę posiąść.

MJ: Mateuszu, spotykasz tu czasem swoich czytelników?
MP
: Zdarza się, ale najczęściej są to ludzie, których po prostu znam na co dzień. Zdarzyło się, że Wiktor Loga-Skarczewski, aktor ze Starego Teatru, spotkał mnie tu i akurat miał przy sobie dwadzieścia parę złotych, kupił moją książkę i zażądał autografu.
PIO
: Dlatego przeniosłeś się do pisania książek gdzie indziej? Grono ludzi, których się tu zna, wcale nie jest małe?
MS: Przychodzili i pytali, jak idzie?
MP
: Dobrze się tutaj pisało też dlatego, że mogłem wykorzystywać książki, które tu leżą na półkach. Czy to był Lévi-Strauss i „Smutek tropików”, czy reportaże z wydawnictwa Czarne, czy Pessoa, czy Brainard.
PIO
: Na ostatniej stronie „Panoptikosa” powinna być informacja, że wszystkie książki wykorzystane w tekście można zakupić w księgarni Lokator.
MP
: A przeniosłem się przede wszystkim dlatego, żeby mi nie przeszkadzały dzieciaki, które tu wpadają z rodzicami. To istotne w tej księgarni: bardzo dobra selekcja wydawnictw dla dzieci, pięknych książek. Ale krążące wśród tych książek dzieci czasem utrudniały skupienie się na pracy.
PIO
: Przede wszystkim zaczęło tu przychodzić dziecko Mateusza!
MP
: Tak, i żądało, żebyśmy poczytali razem „Mapy” Mizielińskich lub „Mamoko”.
PIO: Mateusz przychodził tu najpierw sam, potem z dzieckiem. Marta Eloy Cichocka, która dziesięć lat temu czytała w Lokatorze swoje wiersze i robiła wystawy fotografii, teraz przyprowadza córkę, która robi przemeblowanie w książkach. Jurek Franczak przychodzi tu regularnie z Hanią.

Krakowskie księgarnie/fot. Kamila Zarembska

MJ: Ten dział dziecięco-młodzieżowy rozrósł się już znacząco, bo przecież otworzyłeś nie tak dawno Lokatora bis na Stromej, prawie całkowicie wypełnionego książkami dla dzieci.
PIO: Otworzyłem, ale nie ma jeszcze pełnego sukcesu. Podgórze nie jest jeszcze dzielnicą bardzo turystyczną, choć zakładam, że w ciągu kilku lat się to zmieni. Po roku nie ma się co poddawać, trzeba chwilę poczekać i będzie dobrze.
MJ: Podobno miałeś plan przyciągać tam rodziców odbierających dzieci ze szkoły naprzeciwko.
PIO: Myśleliśmy o tym, że bliskość szkoły wygeneruje ruch, ale głównie dotyczy to jednak napojów. Lokator na Stromej jest też hurtownią książek dla naszego sklepu internetowego, który był bardzo dobrym pomysłem. Dużo więcej sprzedajemy przez internet niż stacjonarnie. Trzeba włożyć dużo pracy w to, aby to nowe miejsce stało się czymś takim, jak Lokator na Kazimierzu. Ale jest to możliwe. Niektórzy dopiero po roku dowiedzieli się, że tam jest Lokator. Podgórze ma swoje prawa. To jest już jednak dzielnica za rzeką.

MS: A skąd twoje zainteresowanie książką dla dzieci? Czy dlatego, że sam jesteś projektantem?
PIO
: Zawsze bardzo dużą wagę przywiązałem do szaty graficznej. I nawet, kiedy Lokator był na Krakowskiej, w jednej z salek był, znacznie bardziej selektywny niż tutaj, wybór książek. Było tam kilka wydawnictw: Karakter, który dopiero zaczynał, słowo obraz/terytoria, które zawsze świetnie wydawało książki. Tutaj musiałem powiększyć ofertę i może nie zwracam już na to takiej uwagi, natomiast w dalszym ciągu staram się współpracować z wydawnictwami, które dbają i o szatę graficzną, i o tekst, i o tłumaczenie, które są świadome tego, co robią. Nie lubię wydawnictw, które wydają książkę jako produkt i nie zadają sobie nawet trudu, żeby zaznaczyć, kto ją tłumaczył. Albo nie podają informacji, kto projektował okładkę.

MJ: Mówisz o tych różnych funkcjach związanych z powstawaniem książki: autorze, tłumaczu, projektancie, wydawcy. Sam do tego wszystkiego jesteś księgarzem. Czy można cię nazwać totalnym twórcą książek?
PIO
: Można powiedzieć, że jestem wydawcą i projektantem.
MJ: Ale wydajesz czasem swoje własne artbooki, więc występujesz też w roli autora.
PIO
: To wiele ułatwia, bo mogę zrozumieć wszystkie strony tego procesu. Każdy twórca przejmuje się tym, co robi. Autor chce dopiąć swój tekst do końca i znaleźć w nim spełnienie. Ale również wydawca i księgarz mają takie ambicje. Jako wydawca lepiej rozumiem księgarzy, a jako księgarz łatwiej dogaduję się z wydawnictwami. Jestem w dosyć komfortowej sytuacji. Co nie oznacza, że potrafię przez to wydawać książki, które się łatwo sprzedają. Bo zwracam uwagę przede wszystkim na to, żeby książka była dopieszczona. Niekoniecznie musi być łatwa w odbiorze, ale musi być dopięta pod każdym względem.

Zawsze można się bardziej postarać i wydać ją jeszcze bardziej elegancko, podnosząc przy tym cenę do 100 zł. Ale trzeba znać realia rynku: książki za 100 zł prawie nikt nie kupi. Ja się tego bardzo długo uczyłem. Studia skończyłem 14 lat temu. A jeszcze wcześniej, w „Nowym Wieku”, piśmie, które założyliśmy z Grzegorzem Jankowiczem i Jurkiem Franczakiem, uczyliśmy się druku. To były nasze pierwsze składy, zgrywanie tekstu z formą, dbanie o sprzedawalność gazety. Trzeba było myśleć o tym, żeby gazeta mogła i chciała się sprzedać, a więc żeby i jej cena nie była z kosmosu. Uczyliśmy się na bieżąco. Potem „Mrówkojad” był dużo fajniejszy i przychodził znacznie łatwiej. Natomiast dzisiaj wydawanie książek jest prostsze niż 15 lat temu, bo też technika poszła do przodu. Ale za to prawa rynku są trudne, konkurencja ogromna, a czytelnictwo nie jest na najwyższym poziomie. Trzeba się czasem bardzo postarać, żeby się dostać do czytelników.

MS: Jak się współpracuje z takim wydawcą jak PIO?
MP
: Świetnie się współpracuje. Przyszedłem do PIO chyba zimą, kiedy rozstałem się z moim poprzednim wydawcą, Fundacją SPLOT. W pewnym momencie przestali mieć siłę, aby skutecznie promować i sprzedawać moje książki, a do tego potrzeba naprawdę dużej determinacji. Przyszedłem do PIO z propozycją, by wydał kolejny zbiór moich sztuk. I powiedział, że bardzo chętnie…
PIO
: …ale pod warunkiem, że wymyślimy, jak to zrobić. Bo to nie jest łatwy temat.
MP
: Tak, bo chodzi tu o tak nieczytany gatunek, jakim jest polski dramat współczesny. Dramat czy w ogóle sztuki teatralne są bardzo mało czytane, prawdopodobnie mniej niż poezja albo na podobnym poziomie. Chyba na całym świecie tak to wygląda. Nie jest to bardzo opłacalna sprawa.
PIO
: Dlatego właśnie przez całe pół roku, odkąd książka się ukazała, trzeba ją nieustannie promować. Tu jeden wywiad, dla radia, tam drugi. Tu jakaś premiera, tu słuchowisko.
MP
: W sieciówkach nie ma nawet takiej półki jak dramat. W Polsce można dostać Gombrowicza, Mrożka, Witkacego, ale nie ma w ogóle twórców współczesnych. Poza tym jest jeszcze dwoje pisarzy, którzy piszą dramaty i je wydają: Demirski i Masłowska. Ale Masłowska nawet jako sprzedawalna prozaiczka jest niesprzedawalną dramatopisarką.

MS: PIO, jaki jest twój stosunek do publicznego wsparcia dla księgarni? Wolisz kompletną niezależność czy liczysz na jakieś ulgi?
PIO
: Wolę kompletną niezależność. Natomiast doceniam każde wsparcie. Uważam jednak, że nie należy tylko na tym poprzestawać. To jest biznes jak każdy inny. Może jest mniejsza grupa docelowa. Korzystam z programów wydawania książek i popieram akcje promowania czytelnictwa. Ale nie jest to jedyna podstawa działalności.
MS: A masz jakąś receptę na usprawnienie tych publicznych programów wspierania księgarń? Co jest szczególnie potrzebne?
PIO
: Trzeba uczyć czytelnictwa od podstaw. Przyzwyczajać do czytania od małego, żeby więcej ludzi uważało, że książka jest towarem potrzebnym.

MJ: Jeśli książka nie do końca jest towarem, to czy księgarnia nie do końca jest sklepem? Po co kupować tutaj, skoro w dyskontach internetowych te same książki można dostać 30% taniej?
MP
: Jeśli nie masz jakiejś konkretnej książki do kupienia, tylko chcesz po prostu coś dobrego, to możesz przyjść do takiej księgarni, w której selekcję za ciebie robi na przykład PIO Kaliński. Jak chcesz kupić komiks w takim sklepie internetowym, to musisz znać konkretny tytuł. A tutaj możesz przyjść i obejrzeć sobie różne komiksy, podjąć decyzję i kupić. Możesz oczywiście też stąd wyjść i kupić w dyskoncie.
PIO
: Nie mam problemu z tym, że ludzie kupują książki w dyskontach. Trzeba się cieszyć z tego, że ludzie w ogóle kupują książki i je czytają. Uważam, że powinno być jak najwięcej miejsc, w których są książki, żeby ludzie z nimi obcowali i czuli, że są jak chleb, dostępne codziennie. Potem dopiero możemy zacząć mówić, co jest lepsze, a co nie do końca fajne, i jakoś czytelników ukierunkowywać. Na razie jesteśmy na tym pierwszym etapie. Nie sądzę, żeby sieciówki nagle zbankrutowały, wręcz przeciwnie. Ale im większa dostępność książek, tym lepiej. To jest podstawa.

MS: Sprzedajesz czasem coś, czego nie polecasz albo czego się wstydzisz, tylko dlatego, że dobrze się sprzedaje?
PIO
: Tak. Niestety tak. Tak jest rynek urządzony, że muszę mieć książki, które się po prostu dobrze sprzedają. Choć robię bardzo ostrą selekcję. Muszę przyznać, że z tego, co jest polecane w mediach, mam 10%. Ale to są już rzeczy, które naprawdę muszę mieć. Natomiast kiedy czasem widzę, jak jest wydana książka, to mnie szlag trafia i najchętniej zdzieliłbym nią wydawcę przez łeb. Podczas festiwali literackich, na które przyjeżdżają autorzy, zastanawiam się, czy wydawcom nie jest głupio, że wydali książkę w taki sposób. Muszę ją mieć, ale drżę, że mam ją na półce. I czekam tylko na moment, kiedy się sprzeda, wyjdzie z księgarni i już jej nie będzie. Przerażają mnie na przykład książki złożone bez marginesów. Sam fakt, że ukazuje się książka, której się nie da czytać, jest straszny. A potem sprzedaje się to ludziom – i nie ma się co dziwić, że nie mogą tego przeczytać i tak są wkurzeni, że nie sięgają już po kolejne książki.

MJ: A jaki jest twój stosunek jako wydawcy i projektanta do e-booków?
PIO
: Bardzo pozytywny. Choć sam ich nie lubię czytać.
MJ: Myślisz, że są w stanie zagrozić książce papierowej?
PIO
: Nie. Ale myślę, że mogą przyczynić się do popularyzacji literatury. Żyjemy w epoce bardzo wygodnych ludzi. Im łatwiejszy dostęp do literatury, tym lepiej. Doceniam to, co zrobił ostatnio Jacek Dukaj w „Starości aksolotla”. Książka elektroniczna otwiera nowe możliwości, do tekstu można dodać inne media, muzykę, film, których nie ma w normalnej książce. Ja bym raczej w tę stronę to pociągnął, niż traktował e-booki jako konkurencję dla książek papierowych. Uważam, że media powinny się uzupełniać, a nie konkurować. Tak jak dobra ekranizacja czy dobra inscenizacja teatralna może napędzić czytelnictwo, tak książka może napędzić rynek filmowy. Daleko nie musimy szukać – „50 twarzy Greya” pobiło wszelkie rekordy. O, tej książki akurat nie miałem. Ale też nikt o nią nie pytał.
MJ: To nie takie miejsce, w którym pyta się o „50 twarzy Greya”?
PIO
: Nie, spodziewałem się, że ktoś może o to zapytać, ale jakoś się nie zdarzyło. Gosiu, czy pytał ktoś o „50 twarzy Greya”?
MAŁGORZATA WALENDOWSKA
: Tak! Pani była rozczarowana i powiedziała, że nic nie mamy.

MJ: Dużo czasu tu spędzasz?
PIO
: Jestem codziennie po kilka godzin. Ja tu po prostu lubię być. Albo pracuję i jestem wśród książek, albo robię ilustracje i też jestem wśród książek. Albo przychodzą znajomi i jest z kim pogadać o książkach.

MJ: Gosiu, kim są ludzie, którzy tu kupują?
MW
: W tygodniu przychodzą najczęściej stali klienci, którzy dużo czytają, mają sprecyzowany gust, wiedzą, czego chcą, i wiedzą, że tutaj to dostaną. Czasem przychodzą też po to, żeby po prostu pogadać o książkach. Zdarza im się włączać w rozmowy z klientami, kiedy słyszą, że coś polecam, dodają coś od siebie i wywiązują się przy tym świetne dyskusje. Bywa, że pół Lokatora stoi i rozmawia o książkach. Natomiast w weekendy pojawiają się przypadkowi ludzie, pytający o bestsellery, ale też o lody, kanapki i pierogi. I o kłódki do przyczepienia na kładce Bernatka. Ludzie pytają, czy można je tutaj wygrawerować.
PIO
: Jak nie będzie szło z książkami, to zmienimy branżę. A na razie we wrześniu obchodziliśmy czternastolecie.

Wywiad powstał we współpracy z Krakowskim Biurem Festiwalowym.
Jest częścią kampanii, realizowanej w ramach priorytetu wspierania rozwoju przemysłów kreatywnych wpisanego w program Kraków – Miasto Literatury UNESCO.
Projekt dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
loga